Każdego roku, gdy listopad cicho schodzi,
me serce wspomina, jak byłaś – nie odchodzi.
Twój uśmiech jak promień w jesiennym zmierzchu,
wciąż grzeje mnie ciepłem, gdy idę w bezdechu.
Twoje dłonie znały spokój i troskę,
a każde słowo – jak modlitwa – proste.
Czułaś me zwątpienie, nim je wypowiedziałam,
a kiedy płakałam – Ty przy mnie trwałaś.
Opowiadałaś o świecie łagodnie, z dobrocią,
co nigdy nie gaśnie po drodze.
Dałaś mi szczęście, dałaś też prawdę, że życie
to światło i cień w jednej kadrze.
Dziś świeczkę stawiam – maleńkie światło,
byś wiedziała, że pamięć nie zgasła.
Bo choć czas odszedł, serce wciąż wierzy –
że jesteś obok, w ciszy, w powiewie, w wierze.
I kiedy noc otuli mnie wspomnieniem,
wiem, że to Ty – łagodnym westchnieniem.
Nie ma już granic między „tu” a „tam”,
bo miłość, Ciociu, to wieczny znak.