Nie wszystko trzeba wypowiadać na głos.
Czasem wystarczy jeden ruch…
i droga sama się zaczyna.
— Przygotować konie — powiedział że spokojem Armand.
Nie było w tym wahania.
Tylko decyzja.
Myśl o liście wracała do niego raz po raz.
Zbyt uporczywie, aby ją zignorować.
To nie był przypadek.
Znał drogę.
Znał ludzi.
I wiedział, że coś zostało przerwane… zanim zdążyło się wydarzyć.
Nie chodziło już tylko o słowa.
Ale o to, co między nimi.
O to, co pozostało niedopowiedziane.
Wyruszył o świcie.

Droga była spokojna.
Zbyt spokojna, jak na ciężar, który niósł w sobie.
Koń poruszał się pewnie, a on pozwalał myślom płynąć bez oporu.
Dwór Serafiny był wyraźnym celem.
A jednak…
Im dalej się oddalał,
tym wyraźniej czuł, że odpowiedzi, których szuka,
mogą nie czekać tam, gdzie się ich spodziewał.
Zwolnił.
Na krótką chwilę.
Wystarczyło jedno spojrzenie w bok.
Jedno wspomnienie.
I decyzja… przesunęła swój kierunek.
— Zmieniamy drogę — powiedział spokojnie do swojego konia.
Nie zawahał się.
I choć kierunek, który obrał z każdym uderzeniem kopyt oddalał go od dworu Serafiny, jego myśli nie opuściły jej ani na chwile.
Przyspieszył, a jego wierzchowiec pędził przez las , jakby oboje czuli wspólny rytm niepokojących myśli i potrzebę odpowiedzi.
Ale droga do dworu musiała jeszcze poczekać.
Najpierw… rozmowa z kimś, kto mógł znać więcej.








