Woda powoli znikała z pokładu.
Ostatnie beczki opróżniano za burtę, a zmęczona załoga ocierała mokre dłonie o przemoczone ubrania.
Przez długą chwilę nikt się nie odezwał.
Jakby wszyscy nasłuchiwali.
Jakby czekali na kolejny podmuch.
Na kolejne uderzenie kropli.
Na następny rozkaz.
Ale nic nie nadeszło.
Wiatr ucichł.
Nagle.
Tak samo niespodziewanie, jak wcześniej się pojawił.
Morze uspokoiło się, a fale zaczęły łagodnie uderzać o kadłub.
Słychać było tylko ich rytmiczny szum.
I oddechy załogi.
Ciężkie.
Zmęczone.
Pełne niedowierzania.
Kilku marynarzy spojrzało ku niebu.
Ciemne chmury zaczęły się rozsuwać.
Powoli.
Nieśpiesznie.
Jakby odsłaniały coś, co przez cały czas skrywały przed wzrokiem podróżników.
Wtedy zza nich wyłonił się księżyc.
Wąski.
Srebrzysty.
Przypominający delikatny rogal zawieszony nad górami.
Jego światło rozlało się po wodzie i pokładzie, odbijając się w kroplach pozostawionych przez tajemniczy deszcz.
Załoga w milczeniu patrzyła przed siebie.
Nikt nie świętował.
Nikt nie mówił o zwycięstwie.
Zbyt wiele pytań pozostało bez odpowiedzi.
Szafira stanęła przy burcie.

Obsydian podszedł obok niej.
Przez chwilę oboje patrzyli na spokojne morze i góry, które nadal otaczały ich niczym milczący strażnicy.
— Myślisz, że to koniec? — zapytał ktoś z załogi.
Nikt nie odpowiedział.
Bo choć sztorm ucichł…
W powietrzu nadal unosiło się wrażenie, że coś obserwuje ich z ciemności.
A góry…jakby wciąż czekały.
⚓

















