Ostatni promień zachodzącego słońca

Czasem nawet pośród mgły i niepewności przychodzi chwila, w której morze pozwala po prostu odetchnąć.

Przez krótką chwilę pojawiło się słońce, jakby wszechświat wraz ze zbliżającą się nocą i ostatnimi promieniami zachodzącego słońca był z nimi.

Wszyscy spoglądali w stronę słońca.

Stali ze spokojem w ciszy.

Zjednoczeni.

Odważni.

Dumni, że płyną razem, choć niespokojne morze już nie raz wystawiało ich na próby.

Szafira i Obsydian również patrzyli…

Patrzyli, jak zachodzące słońce otula morze swoim światłem.

Ale morze nie powiedziało jeszcze ostatniego słowa….

Statek zwolnił.

Ostrożnie pomiędzy skałami przemierzał spokojne morze, otulony ostatnimi promieniami słońca.

Płynęli dalej aż słońce na chwilę pożegnało ich ostatnim złotym promieniem…

Jeszcze wtedy nikt z nich nie wiedział , że za moment czeka jch kolejna próba przed którą staną.

Ślad wysoko na skałach

Statek płynął dalej i powoli.

Niemal bezszelestnie przecinał spokojną taflę wody, zagłębiając się coraz bardziej w wąski przesmyk.

Szum fal mieszał się z cichym skrzypieniem drewnianego kadłuba.

Mgła nadal unosiła się pomiędzy skałami.

Raz odsłaniała ich wysokie ściany, aby po chwili ponownie otulić je mlecznobiałą zasłoną.

Załoga pozostawała na swoich stanowiskach.

Nikt jednak nie zapomniał słów marynarza.

„Tam wysoko na skałach… widzę coś…”

Szafira również o nich pamiętała.

Stała nieruchomo, wpatrując się w miejsce, które przed chwilą wskazał jeden z członków załogi.

Obsydian trzymał dłonie na sterze.

Widzisz coś? — zapytała cicho Szafira.

Obsydian przez moment nie odpowiadał.

Przyglądał się wysokiej skalnej półce.

Jeszcze nie.

Mgła przesunęła się nieznacznie.

Na kilka sekund odsłoniła fragment skały.

Tam! — odezwał się ponownie marynarz. — Kapitanie, tam było!

Szafira zmrużyła oczy.

Tym razem również coś dostrzegła.

Nie potrafiła jednak określić, czym było.

Wysoko ponad nimi znajdował się ciemny, regularny kształt.

Nie przypominał wystającego fragmentu skały.

Nie poruszał się.

A jednak wyraźnie odcinał się od nierównej powierzchni góry.

Obsydianie…

Widzę — odpowiedział spokojnie.

Kilku marynarzy podeszło bliżej burty.

Co to jest? — zapytał jeden z nich.

Nikt nie znał odpowiedzi.

Przez krótką chwilę kształt pozostawał widoczny.

Potem mgła ponownie przesunęła się pomiędzy skałami.

Najpierw zakryła jego dolną część.

Później resztę.

Po kilku sekundach skalna półka całkowicie zniknęła za białą zasłoną.

Jeden z marynarzy zrobił krok do przodu.

Kapitanie, może powinniśmy…

Szafira uniosła dłoń.

Nie gwałtownie.

Wystarczyło.

Marynarz zamilkł.

Nie wiemy, co widzieliśmy — powiedziała spokojnie.

Nie będziemy więc nadawać temu znaczenia, którego jeszcze nie znamy.

Spojrzała na swoich ludzi.

Zachować czujność.

Następnie odwróciła się w stronę dziobu.

Utrzymać kurs.

Utrzymać kurs — powtórzył Obsydian.

Płynęli dalej… z nadzieją i wiarą, że w końcu wydostaną się z przesmyku, który z każdą chwilą przynosił więcej pytań niż odpowiedzi.

Cisza pomiędzy skałami

Burza nie ustąpiła całkowicie.

Gdzieś wysoko, ponad kamiennymi ścianami przesmyku, wciąż przetaczał się odległy pomruk grzmotu.

Niebo pozostawało ciężkie i ciemne.

Jednak im głębiej statek wpływał pomiędzy góry, tym słabszy stawał się głos burzy.

Aż w pewnej chwili… ucichł zupełnie.

Szafira uniosła wzrok. Wiatr, który jeszcze niedawno napinał żagle, niemal całkowicie zamarł.

Morze również zaczęło się uspokajać.

Fale nie uderzały już z taką siłą o kadłub.

Statek płynął dalej, powoli przecinając spokojną taflę wody.

Mgła jednak nie zniknęła.

Wciąż wydobywała się ze szczelin kamiennych ścian, miejscami spływając po nich niczym delikatna, mlecznobiała zasłona.

Jeden z marynarzy podszedł do burty.

Przez chwilę obserwował wodę.

Kapitanie… — odezwał się cicho. — Nawet morze ucichło.

Szafira spojrzała w jego stronę.

Nie odpowiedziała.

Ona również to czuła.

Cisza była inna niż wcześniej.

Nie przynosiła ukojenia.

Była głęboka. Niemal nienaturalna.

Słychać było jedynie pojedyncze krople wody spadające ze skał.

Załoga zachowywała czujność.

Nikt nie opuszczał swojego stanowiska, choć spojrzenia marynarzy coraz częściej wędrowały ku wysokim ścianom otaczającym okręt.

Obsydian stał przy sterze.

Od czasu do czasu spoglądał na Szafirę, lecz nie zadawał pytań.

Wiedział, że ona również obserwuje każdy szczegół.

Nagle jeden z marynarzy zmrużył oczy.

Wysoko ponad nimi, na skalnej półce, dostrzegł ptaki.

Było ich wiele.

Siedziały obok siebie zupełnie nieruchomo.

Żaden nie wydawał głosu.

Spójrzcie… — powiedział cicho.

Kilku marynarzy uniosło głowy.

Szafira również spojrzała w górę.

Przez kilka sekund nic się nie wydarzyło.

A potem… wszystkie ptaki poderwały się jednocześnie.

Nagły szum skrzydeł przeciął ciszę.

Stado wzbiło się ponad skały, zatoczyło szeroki łuk nad przesmykiem i zniknęło za jedną z kamiennych ścian.

Załoga śledziła je wzrokiem.

Przed czym uciekają?… — zapytał ktoś półgłosem.

Nikt nie odpowiedział.

Szafira nadal patrzyła w miejsce, w którym ptaki zniknęły.

Obsydian również.

Załoga zachowywała czujność.

Chłodny wiatr przenikał pokład, a skalne ściany sprawiały wrażenie, jakby z każdym kolejnym metrem przesmyk stawał się coraz ciaśniejszy.

Jeden z marynarzy zapytał:

Kapitanie, płyniemy dalej…?

Zwolnić.

Spokojny rozkaz Szafiry uspokoił załogę.

Płynęli dalej.

Wolno.

Spokojnie.

I cicho.

Statek niemal bezszelestnie przemierzał wąski przesmyk, jakby nawet załoga nie chciała zakłócać ciszy panującej pomiędzy górami.

Jednak jeden z marynarzy wciąż spoglądał wysoko.

Nagle zrobił krok w stronę burty i zmarszczył brwi.

Kapitanie…

Szafira odwróciła się ku niemu.

Marynarz podniósł rękę i wskazał wysoko ponad pokładem.

Tam… na górze są…

Szafira natychmiast spojrzała we wskazanym kierunku.

Obsydian oderwał wzrok od steru.

Pozostali marynarze również unieśli głowy.

A dalej, na kolejnej skale pojawiły się inne ptaki. 

Niczym strażnicy gór stały nieruchomo, wpatrując się w załogę…

I nagle ktoś inny z załogi zawołał.

Nie miał na myśli ptaków.

Tam! Wysoko na skałach… Widzę coś…

Szafira spojrzała w górę, ku pochmurnemu niebu, po czym spokojnym tonem odpowiedziała:

— Nawet jeśli coś tu jest… zachować czujność. Na stanowiska.

Przez chwilę spoglądała na swoich ludzi.

Jedność to nasza siła i moc.

I płynęli dalej, zagłębiając się w ciszę przesmyku, pośród cichego szumu fal…

Ciąg dalszy już wkrótce..

Kamienne ściany.

Po chwili Szafira i Obsydian odsunęli dłonie od kamiennych ścian.

Nie wymienili ani jednego słowa, jakby chwila ciszy pozwalała im zachować spokój.

Statek wpływał coraz głębiej między kamienne ściany, a chłód stawał się coraz bardziej odczuwalny.

Nie przypominał jednak zwykłego powiewu wiatru znad morza.

Jakby samo powietrze zmieniało się z każdym kolejnym metrem.

Wtedy jeden z marynarzy spojrzał przed dziób.

Kapitanie

Spomiędzy skalnych ścian zaczęła powoli unosić się mgła.

Nie spływała z morza.

Zdawała się wypływać prosto z kamiennych szczelin.

Najpierw była ledwie widoczna.

Z każdą chwilą stawała się jednak coraz gęstsza.

Przesmyk zaczynał znikać za mlecznobiałą zasłoną.

Obsydian mocniej zacisnął dłonie na sterze.

Szafira nadal patrzyła przed siebie.

Nagle…

Cały okręt lekko zadrżał.

Pokład przechylił się na jedną stronę.

Nie gwałtownie.

Lecz na tyle wyraźnie, że niemal cała załoga odruchowo chwyciła liny i relingi.

Wszyscy na pokładzie zachowywali wyjątkową czujność.

Co to było?… — szepnął jeden z marynarzy.

Morze pozostawało spokojne.

To nie fale poruszyły okrętem.

W tej samej chwili niektórzy spojrzeli ku niebu.

Ciężkie chmury zaczęły przybierać ciemnoczerwony odcień.

Jakby zza gór przebijało światło, którego nie powinno tam być.

Tam!…

Krzyk jednego z marynarzy przeciął ciszę.

Kilku członków załogi odruchowo spojrzało ku niebu.

Inni wpatrywali się w mgłę.

Widzieliście?

Przez ułamek sekundy pomiędzy skałami pojawił się błysk.

Nie przypominał światła słońca.

Ani odbicia od mokrych skał.

Był zbyt krótki.

Zbyt dziwny.

Lecz grzmot, który po nim rozległ się nad przesmykiem, nie pozostawiał wątpliwości.

Załoga wstrzymała oddech, zachowując zwarty szyk, jak na marynarzy przystało.

Szafira spojrzała na swoich ludzi i spokojnym głosem powiedziała:

Załogo… trzymać się.

Odwaga w sercu.

A wiara naszą siłą.

Obsydian mocniej chwycił ster.

Oboje wiedzieli już, że to dopiero początek ich rejsu…

A statek nadal płynął w stronę przesmyku spowitego gęstą mgłą, choć nikt z załogi nie wiedział, co kryje się tuż za nim.

Ciąg dalszy wkrótce…

Kamienne ściany.

Statek znalazł się w przesmyku.

Kamienne  ściany znajdowały się blisko..

– zbyt blisko. 

Nie było strachu, choć niektórzy zastanawiali się, czy na pewno są bezpieczni. 

Kamienne skały wyglądały inaczej niż te, które do tej pory widzieli.

Szafira podeszła do burty.

Przez chwilę patrzyła na kamienne ściany.

Nie powiedziała ani słowa.

Wyciągnęła dłoń.

Jej palce musnęły chłodną, wilgotną skałę.

Obsydian zrobił to samo.

Jakby oboje chcieli upewnić się, że to, co widzą, jest rzeczywistością.

Kamień był zimny.

Szorstki.

Prawdziwy.

A jednak oboje mieli wrażenie, że góry żyją własnym rytmem.

Statek płynął bardzo powoli.

Tak blisko skał, że niemal można było dotknąć ich na całej długości pokładu.

Załoga obserwowała każdy ruch swoich dowódców.

Nikt nie odważył się przerwać tej ciszy.

Morze pozostawało spokojne.

Lecz w powietrzu wyczuwało się napięcie, którego nie potrafił wyjaśnić żaden z marynarzy.

Dopiero po dłuższej chwili Szafira spokojnie odsunęła dłoń od kamiennej ściany.

Płyniemy dalej. 

Spokojnie powiedziała pewnym głosem. 

    Obsydian skinął głową.

    Statek ruszył naprzód.

    A góry nadal milczały, choć każdy z nich czuł dziwny  otaczający ich chłód….

    Kamienne ściany

    Morze nadal pozostawało spokojne.

    Aż nazbyt spokojne.

    Przechył statku zdawał się należeć już do przeszłości.

    Załoga szybko wróciła do swoich obowiązków.

    Jednak im głębiej wpływali pomiędzy góry, tym częściej ich spojrzenia uciekały ku skalnym ścianom przesmyku.

    Przesmyk wydawał się inny niż wcześniej.

    Coraz ciaśniejszy.

    Coraz bardziej ponury.

    Kamienne ściany wyrastały po obu stronach okrętu niczym strażnicy pilnujący przejścia.

    Niektórzy byli przekonani, że to tylko złudzenie.

    Inni milczeli.

    Nie chcieli wypowiadać swoich myśli na głos.

    Statek płynął dalej.

    Powoli.

    Ostrożnie.

    Z każdą chwilą góry wydawały się coraz bliższe.

    Jakby obserwowały każdy ruch okrętu.

    Nagle jeden z marynarzy zatrzymał się przy burcie.

    Zmrużył oczy.

    Widzieliście to? — zapytał cicho.

    Kilku członków załogi spojrzało we wskazanym kierunku.

    Co takiego?

    Marynarz nie odpowiedział od razu.

    Uważnie wpatrywał się w skały. 

    Dokładnie tam, gdzie pojawił się przesmyk miedzy górami.

    Przysiągłbym, że coś tam błysnęło…

    Na pokładzie zapadła cisza.

    Wszyscy spojrzeli w stronę skał.

    Jednak pomiędzy nimi panował tylko mrok.

    I cisza.

    Jakby nic nigdy się tam nie wydarzyło.

    Statek płynął dalej. 

    A góry wciąż milczały.

    Między światłem a cieniem

    Morze było spokojne.

    Zbyt spokojne.

    Po wydarzeniach ostatnich dni nikt nie spodziewał się takiej ciszy.

    Szafira nie zatrzymała okrętu.

    Rozkazała jedynie zwolnić.

    Przez krótki moment w wąskim przesmyku pomiędzy górami pojawił się widok, którego się nie spodziewali.

    Załoga zgromadziła się na pokładzie.

    Stali w ciszy.

    Spokojni z pełnym zaufaniem patrzyli w stronę przesmyku, gdzie pierwszy blask wschodzącego słońca rozświetlił ciemne zbocza gór do których się zbliżali.

    Nawet najbardziej doświadczeni marynarze patrzyli w milczeniu.

    Światło pojawiło się tylko na chwilę.

    Jakby góry na moment rozsunęły przed nimi zasłonę.

    Obsydian obserwował horyzont.

    Potem spojrzał na kompas.

    Wyjął go ostrożnie i zmarszczył brwi.

    Igła drżała.

    Przez chwilę wskazywała jeden kierunek.

    Potem drugi.

    Następnie zaczęła obracać się powoli wokół własnej osi.

    Jakby całkowicie utraciła orientację.

    Kapitanie… — odezwał się cicho ktoś z pokładu.

    Szafira spojrzała na kompas.

    Nie powiedziała ani słowa.

    Statek płynął dalej.

    Coraz głębiej pomiędzy kamienne ściany gór.

    Przesmyk stawał się coraz węższy.

    Góry otaczające przesmyk wydawały się coraz bliższe.

    Jakby kamienne ściany powoli przesuwały się ku sobie, gotowe w każdej chwili zamknąć przejście za ich rufą.

    Nikt nie wypowiedział tego głośno, ale wielu marynarzy miało wrażenie, że wpływają do miejsca, które niechętnie wpuszczało obcych.

    Nagle…

    Kadłub zadrżał.

    Jakby coś dotknęło go pod powierzchnią wody.

    Statek lekko przechylił się na bok.

    Niezbyt mocno.

    Ale na tyle wyraźnie, że kilku marynarzy odruchowo chwyciło liny.

    Na pokładzie zapadła cisza.

    Pełna gotowość! — rozkazała Szafira.

    Utrzymać kurs! — donośnym głosem powtórzył Obsydian, stając przy sterze.

    Załoga natychmiast zajęła swoje stanowiska.

    Wszyscy skupili wzrok przed sobą.

    I wtedy rozległ się krzyk jednego z marynarzy.

    Kapitanie! Coś nad przesmykiem !

    W jednej chwili wszystkie spojrzenia skierowały się ku przesmykowi.

    Szafira odwróciła się natychmiast.

    Obsydian również uniósł wzrok znad steru.

    Jednak jedyne, co dostrzegli, to ciemność…, która zasłoniła niebo.

    Ciężkie chmury ponownie zasłoniły przejście pomiędzy górami.

    A przez krótką chwilę wydawało się, że ktoś lub coś próbowało zwrócić ich uwagę.

    Lecz teraz nie było tam nic.

    Tylko skały.

    Morze.

    Cisza.

    I statek, który płynął dalej….

    ⚓️

    Krótka chwila światła

    Przez pewien moment chmury rozstąpiły się nad przesmykiem.

    Między górami pojawił się pierwszy blask wschodzącego słońca.

    Szafira i Obsydian obserwowali go w milczeniu.

    Ale nie trwało to długo.

    Zaledwie kilka chwil.

    Wystarczyło jednak, aby przypomnieć załodze, że nawet po najciemniejszej nocy światło zawsze odnajduje drogę.

    A potem chmury ponownie zamknęły przejście.

    I wszystko wróciło do ciszy…

    Cisza, która nie dawała odpowiedzi.

    Noc otuliła statek spokojem.

    Po raz pierwszy od wielu godzin na pokładzie nie było słychać pośpiesznych kroków, nawoływań ani odgłosów wylewanej za burtę wody.

    Załoga spała.

    Zmęczona walką z tajemniczym deszczem i ciężkimi kroplami, które jeszcze niedawno zalewały pokład.

    Morze wydawało się spokojne.

    Zbyt spokojne.

    Szafira stała przy burcie.

    Nie mogła zasnąć.

    Jej wzrok błądził po ciemnej tafli wody, która odbijała srebrne światło księżyca.

    Coś nie dawało jej spokoju.

    Nie potrafiła tego nazwać.

    Nie był to strach.

    Nie było też żadnego zagrożenia, które mogłaby dostrzec.

    A jednak czuła, że coś się zmieniło.

    Jakby samo morze wstrzymało oddech.

    Daleko nad górami przesuwały się resztki chmur.

    Pomiędzy nimi błyszczał księżyc.

    Wąski i srebrzysty.

    Przypominający strażnika czuwającego nad przejściem pomiędzy skalnymi ścianami.

    Szafira spojrzała ku horyzontowi.

    Wydawało jej się, że góry są bliżej niż wcześniej.

    Znacznie bliżej.

    Jakby powoli zamykały wokół nich swoją kamienną bramę.

    W tym samym czasie Obsydian sprawdzał mapy.

    Rozłożone jedna obok drugiej.

    Po raz kolejny próbował ustalić ich położenie.

    Liczby się zgadzały.

    Ale kierunek nie.

    Zmarszczył brwi.

    Spojrzał na kompas.

    Igła zadrżała.

    Przez chwilę wskazała północ.

    Potem zachód.

    Następnie obróciła się jeszcze raz.

    Jakby sama nie wiedziała, gdzie znajduje się statek.

    Obsydian milczał.

    Nie powiedział o tym Szafirze, która z lekkim niepokojem spoglądała w dal i głębię cichego morza. 

    Jakby wiedziała, że między górami kryje się coś czego nikt potrafił zrozumieć. 

    Obsydian odłożył kompas i w ciszy zastanawiał się szukając odpowiedzi której nie było. 

    Ale były pytania.

    Coraz więcej myśli zaprzątało jego głowę. 

    Na pokładzie nadal panowała błoga cisza.

    Fale delikatnie uderzały o kadłub.

    Liny wisiały nieruchomo.

    Nawet wiatr zdawał się odpoczywać.

    Kilku marynarzy spało opartych o beczki.

    Inni przykryli się płaszczami i zasnęli tam, gdzie wcześniej walczyli z wodą.

    Po raz pierwszy od wielu godzin wszystko wyglądało normalnie.

    Spokojnie.

    Bezpiecznie.

    I wtedy…

    Statek drgnął.

    Lekko.

    Prawie niezauważalnie.

    Szafira odwróciła głowę.

    Obsydian podniósł wzrok znad map.

    Przez pokład przebiegł cichy trzask drewna.

    Nastąpił drugi ruch.

    Mocniejszy.

    Statek przechylił się na bok.

    Nie było wiatru.

    Nie było fali.

    Nie było sztormu.

    A jednak cały okręt wyraźnie pochylił się w jedną stronę.

    Kubek stojący przy mapach zsunął się ze stołu.

    Kilka osób z załogi gwałtownie się obudziło.

    Na pokładzie zapadła cisza cięższa niż wcześniej.

    Kapitanie… — odezwał się ktoś w ciemności.

    Szafira nie odpowiedziała.

    Patrzyła przed siebie.

    Bo po raz pierwszy od początku wyprawy wiedziała jedno.

    To nie był przypadek.

    Nocny wpis do pokładu

    ⚓️

    Gdy większość załogi odpoczywała po trudach minionego dnia, na pokładzie nadal paliło się jedno światło.

    Obsydian pochylał się nad mapami.

    Kompas wciąż nie dawał odpowiedzi.

    Po obu stronach wyrastały ciemne ściany gór, a morze było spokojniejsze niż kiedykolwiek wcześniej.

    Zbyt spokojne.

    Tego wieczoru nikt jeszcze nie wiedział, że cisza również potrafi być ostrzeżeniem.

    🌙

    📘 Kup książkę 💙 Wesprzyj blog