Gdy serce zostaje w dwóch miejscach

Armand nie spodziewał się bukietu.

Nie w tej chwili.

Nie w dniu, w którym myśli były cięższe niż siodło, a droga przed nim zdawała się dłuższa niż zwykle.

Gdy Zofia podała mu kosz z różami, przez moment nie potrafił się odezwać.

Zamyślił się, spoglądając przed siebie.

Nie dlatego, że zabrakło mu słów, lecz dlatego, że coś w nim drgnęło a serce zadrżało, jakby chciało wyszeptać: „wdzięczność za ten szczodry dar”.

Róże były świeże.

Ułożone z troską.

Nie po to, by zachwycić, lecz by ponieść czyjąś obecność tam, gdzie jej zabraknie.

Zrozumiał od razu.

To był gest pełen szczerości wobec jego kuzynki.

Wiedział, jak bardzo Serafina kocha róże.

Każdą z osobna obdarzała czułością.

Każda była dla niej cenna i wyjątkowa.

Ta myśl zrodziła w nim coś więcej.

Myśli nie chciały odejść — dryfowały w jego głowie i poruszyły go najmocniej.

Rozdwoiły się jak dwie drogi prowadzące w różne strony.

Jedna część jego myśli podążała ku chorobie kuzynki, ku niepewności, ku temu, co mogło się wydarzyć a czego nie dało się zatrzymać.

Druga została tam, gdzie Serafina stała jeszcze przed chwilą.

Nie widział jej teraz.

A jednak czuł ją wyraźniej niż kiedykolwiek.

Nie myślał o obrazie.

Nie o tym, że może nie ujrzeć jego końca.

Myślał o tym, że Serafina potrafiła zatrzymać własne tworzenie, by pomyśleć o czyimś bólu.

O tym, że zebrała ukochane róże, choć nie musiała.

To poruszyło go głębiej niż jakiekolwiek słowa.

Chciał jej podziękować.

Ruszył krok, lecz cofnął się — zawahał.

Chciał powiedzieć, że ten bukiet znaczy więcej, niż ona może przypuszczać.

Jednak wiedział, że nie wszystko powinno być wypowiedziane natychmiast.

Czasem wdzięczność musi dojrzeć w ciszy.

Gdy koń ruszył, Armand odwrócił się jeszcze raz — nie ku dworowi, lecz ku ogrodowi.

Jego twarz przybrała wyraz zadumy.

Wiedział, że Serafina nie wróciła do obrazu.

Nie dlatego, że zabrakło jej natchnienia,

lecz dlatego, że serce, raz poruszone, potrzebuje czasu, by znów odnaleźć rytm dłoni.

A obraz…

Obraz poczeka.

Tak jak ona.

Droga przed nim była długa.

Ale bukiet róż — piękny i lekki.

I to wystarczyło, by wiedział, że nie jedzie sam.

Leśne niespodzianki

Drodzy.

Podążając dalej leśną wędrówką…

🌲

Pojawiło się coś, co wielu z Was mogło uznać za zwykły „nalot” na drzewach.

A jednak to nie był mech.

To były porosty.

Delikatne, szare, zielonkawe formy, które oplatają gałęzie i pnie, jakby ktoś zawiesił na nich leśną koronkę.

Rosną powoli. Bardzo powoli.

Czasem kilka milimetrów w ciągu roku.

Porost nie jest jedną rośliną.

To niezwykłe połączenie dwóch organizmów:

grzyba i glonu (lub sinicy), które żyją razem w ścisłej współpracy.

Jedno daje ochronę i strukturę, drugie — zdolność do fotosyntezy.

To przykład symbiozy.

Współistnienia.

Porosty nie potrzebują gleby.

Czerpią wodę i składniki z powietrza.

Dlatego są tak wrażliwe na zanieczyszczenia tam, gdzie powietrze jest czyste, rosną obficie.

Ich obecność jest więc cichym znakiem:

tu oddycha się dobrze.

Patrząc na nie, pomyślałam, że w lesie nic nie rośnie przypadkiem.

To, co wydaje się niepozorne, bywa wskaźnikiem jakości świata, którego nie widzimy na pierwszy rzut oka.

Porosty uczą cierpliwości.

Współpracy.

I tego, że nawet najdelikatniejsza forma może przetrwać lata, jeśli warunki są sprzyjające.

Podążamy dalej🌲

Z sercem dla Was – Katarzyna

Jałowiec

Drodzy.

Obiecałam napisać kilka słów na temat spotkanego

– leśnego przyjaciela.

Zagadka, którą wspólnie próbowaliśmy rozwiązać na Facebooku.

Jesteście wspaniali.

♥️

Tajemnicze drzewko to – Jałowiec.

Cichy strażnik lasu🌲

Niepozorny. Kolczasty i oczywiście wytrwały.

Jałowiec nie potrzebuje uwagi, aby istnieć. Wystarczy mu przestrzeń, światło i odrobina surowej ziemi.

Ma igły, lecz nie jest cisem.

Potrafi ukłuć, jeśli podejdziemy zbyt blisko — jakby przypominał, że nawet to, co spokojne, ma swoje granice.

Od wieków rósł na skrajach lasów, wydmach i wrzosowiskach.

W dawnych tradycjach wierzono, że chroni domy i ludzi , a jego gałązki wieszano nad drzwiami. Dymem z jałowca okadzano pomieszczenia.

Symbol oczyszczenia i ochrony.

Ma też swoje praktyczne oblicze.

Jagody (często nazywane owocami) wykorzystywano w ziołolecznictwie oraz jako aromatyczny dodatek w kuchni.

Cichy strażnik natury.

Może nie jest efektowny jak róża, ale ma urok i klasę.

Nie potężny jak dąb, ale silny i wytrwały.

Może właśnie dlatego warto czasem zatrzymać się przy czymś, co nie krzyczy kolorem ani formą, a jednak niesie w sobie siłę.

Z sercem dla Was Katarzyna

Konik morski

Spokojny w głębi morza

Nie walczy z prądem.

Nie pędzi.

Cisza otula go – spokojem

Zna głębię,

która nie domaga się hałasu.

Wśród światła łamanego wodą

unosi się jak myśl,

która nie musi być wypowiedziana.

Morze nie pyta go o cel.

Nie żąda dowodu siły.

Pozwala być.

W tej ciszy

– czas nie jest miarą.

Jest tylko rytm.

Prawdziwy i cichy.

A rytm w zupełności

wystarcza, bo

spokój nie jest słabością

— jest zaufaniem.

Książka – prosto z serca

Kochani,

Dlaczego napisałam tę książkę

Nie zaczęła się od pomysłu.

Zaczęła się od pytania o spójność.

„Miłość. Upadek. Odrzucenie.” powstała z potrzeby zmierzenia się z tym, co bolało najbardziej — z rozczarowaniem, z niespójnością między słowem a czynem, między deklaracją a postawą wobec człowieka.

Jeśli mówi się o miłości i prawdzie, muszą one mieć swoje odbicie w codziennym działaniu. 

Niestety zawiodłam się. Bardzo.

Widziałam ludzi odrzuconych.

Wysłuchiwałam historii samotności i wstydu.

Nie mogłam udawać, że tego nie ma.

Książka jest refleksją nad tym, jak łatwo w systemie zasad zgubić człowieka.

Pisząc, musiałam też spojrzeć na własne błędy i decyzje.

Nie ma ludzi doskonałych.

Każdy z nas popełnia błędy.

Ważne, by następnego dnia spróbować działać bliżej tego, w co wierzymy.

♥️

To była droga od lojalności do świadomości.

Od bólu do spokoju.

Nie pisałam z gniewu. 

Ale z potrzeby serca.

Z potrzeby wewnętrznej spójności.

Jeśli ktoś odnajdzie w tej historii cząstkę własnych pytań — będzie to dla mnie wystarczające.

Dziękuję tym, którzy byli przy mnie przez te lata.

🕊️

Katarzyna Fabczak

Na granicy światów

Mgła nie ustępowała.

Nie gęstniała już, lecz też nie znikała jakby świadomie trwała na granicy widzialności, przypominając, że noc jeszcze się nie skończyła.

Statek płynął dalej.

Załoga wróciła do obowiązków, lecz coś było inne.

Nie w ruchach — te pozostały precyzyjne.

Nie w rozkazach — brzmiały tak samo spokojnie.

Inna była cisza.

Nie była już ciszą odpoczynku.

Była ciszą czujności.

Marynarze mówili mniej.

Częściej spoglądali ku horyzontowi, jakby każdy cień mógł stać się znakiem.

Nie strachu — świadomości.

Szafira obserwowała to bez komentarza.

Wiedziała, że pierwsze spotkanie zawsze zostawia ślad.

Nie w ciele statku, lecz w rytmie ludzi, którzy na nim płyną.

Szybka narada — rozkazała cicho.

Załoga zebrała się w półokręgu. 

Nie było czasu na długie rozważania.

I wtedy — krzyk.

Kapitanie!

Kilku marynarzy wskazało jednocześnie w stronę mgły.

Obcy okręt.

Nie zniknął.

Dryfował w pobliżu, jakby nigdy ich nie stracił z oczu. 

Jakby tylko cofnął się na chwilę, by sprawdzić ich kierunek.

Serce statku przyspieszyło.

Wszyscy byli przekonani, że go zgubili.

A on… czekał.

Obsydian już stał nad mapami.

Przesuwał palce po liniach, które znał na pamięć.

— To niemożliwe… — wyszeptał.

Kompas wariował.

 Igła drgała, zataczała nerwowe kręgi, nie wskazując żadnej strony świata.

Nie mamy punktu odniesienia — powiedział w końcu do Szafiry. — Jeśli zmienimy kurs, możemy wpłynąć prosto w jego cień.

Narada odbywała się w pośpiechu.

Właściwie nie było na nią czasu.

Płyniemy — zdecydowała Szafira. — Przed siebie.

Statek ruszył.

Nie wiedzieli dokąd.

Nie wiedzieli, czy obrany kierunek jest ucieczką, czy pułapką.

Załoga czekała na znak. Na decyzję.

Na jeden gest Szafiry albo Obsydiana.

Lecz decyzja już zapadła.

Płynęli na oślep.

Mgła gęstniała przed dziobem jak ściana.

Żagle napięły się.

Kadłub przyspieszył.

Nie było paniki.

Było skupienie.

Marynarze wspierali się spojrzeniami, krótkimi gestami.

Każdy ruch miał znaczenie.

Obcy okręt zbliżał się powoli.

Nie było wiadomo, czy to jeden.

Czy może więcej sylwetek czai się w głębi mgły.

Nikt nie zadawał tego pytania.

Nie myśleli o liczbie.

Myśleli o kierunku.

Ufali morzu.

Ufali falom.

Ufali sobie nawzajem.

Ufali kapitanowi.

I wtedy— morze pomiędzy nimi zadrżało.

Nie od wiatru.

Nie od fal.

Z głębin, dokładnie pomiędzy dwoma okrętami, zaczęło wyłaniać się… coś.

Jakby byli na granicy światów

Najpierw cień pod powierzchnią.

Potem ruch.

Ciężki.

Powolny.

Woda rozstąpiła się na moment, jakby otwierając granicę między światami.

Załoga zamarła.

Nie wiedzieli, czy to wybawienie.

Czy początek czegoś znacznie większego.

Morze pomiędzy nimi zadrżało.

Nie od wiatru.

Nie od fal.

Od czegoś, co właśnie poruszyło ich fundamenty.

W rytmie serca

Zanim zacznie się nowy tydzień,

zatrzymaj się.

Światło zachodu przypomina, że

wszystko ma swój rytm.

Nie musisz biec.

Spokój serca

Nie wszystko musi być zrobione.

Nie wszystko musi być idealne.

Dziś wystarczy chwila ciszy, kubek ciepła

i obecność, która koi.

❤️

Wdzięczność

Nie kończ tygodnia zmęczeniem.

Zakończ go wdzięcznością.

To, co przetrwałaś / przetrwałeś —

jest dowodem Twojej siły.

❤️

Leśni przyjaciele🌲

Drodzy.

Kontynuując leśny spacer…

Po napotkanym drzewku, którego nazawę zdradzę Wam wkrótce – przyszło kolejne zaskoczenie.

Drzewa, które wyglądały jakby ktoś je delikatnie otulił tajemniczą koronką natury…

Las potrafi zaskoczyć tam gdzie się tego nie spodziewamy
🌲

W następnej części pokażę Wam zdjęcia z bliska…

I spróbujemy wspólnie odkryć, co tak naprawdę pokrywało te drzewa.

Z sercem dla Was -,, Leśni przyjaciele”🌲

📘 Kup książkę