Morze wciąż drżało.
To, co wyłoniło się z głębin, unosiło się pomiędzy dwoma okrętami jak żywa granica.
Nie atakowało. Nie znikało.
Po prostu było.
Obcy okręt stał naprzeciw.

Nieruchomy. Gotowy.
Szafira nie cofnęła się ani o krok.
— Nie uciekamy — powiedziała spokojnie.

Jej głos nie był głośny.
Ale na tyle intensywny, że czuć było powagę sytuacji.
Załoga wymieniła spojrzenia.
Nie wszyscy byli pewni manewru, który miał nadejść.
Wiedzieli, że ustawienie statku bokiem w takim momencie to ryzyko.
Odsłonięcie.
Wystawienie się na cios.
Obsydian nie zawahał się ani chwili.
Manewr boczny. Pełna gotowość — powtórzył twardo.
Ich spojrzenia spotkały się tylko na moment.
Nie potrzebowali więcej.
Wiatr zerwał się nagle, jakby czekał na tę decyzję.
Żagle napięły się do granic.
Kadłub jęknął.
Liny zatrzeszczały.
Statek przechylił się gwałtownie.

Pokład pod stopami uciekł w bok.
Sól wdarła się w oczy.
Przez ułamek sekundy każdy poczuł ciężar tej decyzji.
Strach nie krzyczał — ścisnął gardło cicho.
I wtedy wydarzyło się coś ważniejszego niż sam przechył.
Nikt nie puścił lin.
Nikt nie cofnął się o krok.
Zaufanie okazało się silniejsze niż lęk.
Marynarze rzucili się do stanowisk.
To coś pomiędzy nimi uniosło się wyżej.

Woda wokół zaczęła wirować.
Obcy okręt nadal stał prosto.
Jakby czekał.
Podmuch wiatru uderzył w oba statki z siłą, która łamie drewno.
Jedno z żagli pękło z głuchym trzaskiem.
Ale Szafira się nie poruszyła.
Nie bała się.
Bała się tylko jednego by ktokolwiek na jej pokładzie zwątpił.
— Trzymać kurs — powiedziała.
A statek posłuchał.
Bo wiedział, kto nim dowodzi.



