Mój mały świat

Niebo nie cofa światła

Niebo nie pamięta wczoraj.

Nie liczy chmur.

Nie rozlicza burz.

Otwiera się o świcie,

jak ktoś, kto nie boi się

– zaczynać od nowa.

Ptaki unoszą się wysoko,

bo wiedzą jedno —

nie trzeba pytać o zgodę na lot.

Słońce przebija się przez drzewa,

bez tłumaczeń i bez wahania.

Pragnę być- silna.

Nawet, gdy ukryte siły nie mają

-litości.

Nawet, gdy nikt nie pytał się o zdanie.

Nie chcę stracić horyzontu

To mój – mały świat gdzie,

ja jestem jego częścią

Nie mam zamiaru

– oddawać mojej przestrzeni,

milknąć przez czyjś cień.

Nie poddam się bo jestem pełna

-wiary i nadziei

Bo niebo każdego dnia

pokazuje,

że można świecić mimo wszystko.

Gdy serce zostaje w dwóch miejscach

Armand nie spodziewał się bukietu.

Nie w tej chwili.

Nie w dniu, w którym myśli były cięższe niż siodło, a droga przed nim zdawała się dłuższa niż zwykle.

Gdy Zofia podała mu kosz z różami, przez moment nie potrafił się odezwać.

Zamyślił się, spoglądając przed siebie.

Nie dlatego, że zabrakło mu słów, lecz dlatego, że coś w nim drgnęło a serce zadrżało, jakby chciało wyszeptać: „wdzięczność za ten szczodry dar”.

Róże były świeże.

Ułożone z troską.

Nie po to, by zachwycić, lecz by ponieść czyjąś obecność tam, gdzie jej zabraknie.

Zrozumiał od razu.

To był gest pełen szczerości wobec jego kuzynki.

Wiedział, jak bardzo Serafina kocha róże.

Każdą z osobna obdarzała czułością.

Każda była dla niej cenna i wyjątkowa.

Ta myśl zrodziła w nim coś więcej.

Myśli nie chciały odejść — dryfowały w jego głowie i poruszyły go najmocniej.

Rozdwoiły się jak dwie drogi prowadzące w różne strony.

Jedna część jego myśli podążała ku chorobie kuzynki, ku niepewności, ku temu, co mogło się wydarzyć a czego nie dało się zatrzymać.

Druga została tam, gdzie Serafina stała jeszcze przed chwilą.

Nie widział jej teraz.

A jednak czuł ją wyraźniej niż kiedykolwiek.

Nie myślał o obrazie.

Nie o tym, że może nie ujrzeć jego końca.

Myślał o tym, że Serafina potrafiła zatrzymać własne tworzenie, by pomyśleć o czyimś bólu.

O tym, że zebrała ukochane róże, choć nie musiała.

To poruszyło go głębiej niż jakiekolwiek słowa.

Chciał jej podziękować.

Ruszył krok, lecz cofnął się — zawahał.

Chciał powiedzieć, że ten bukiet znaczy więcej, niż ona może przypuszczać.

Jednak wiedział, że nie wszystko powinno być wypowiedziane natychmiast.

Czasem wdzięczność musi dojrzeć w ciszy.

Gdy koń ruszył, Armand odwrócił się jeszcze raz — nie ku dworowi, lecz ku ogrodowi.

Jego twarz przybrała wyraz zadumy.

Wiedział, że Serafina nie wróciła do obrazu.

Nie dlatego, że zabrakło jej natchnienia,

lecz dlatego, że serce, raz poruszone, potrzebuje czasu, by znów odnaleźć rytm dłoni.

A obraz…

Obraz poczeka.

Tak jak ona.

Droga przed nim była długa.

Ale bukiet róż — piękny i lekki.

I to wystarczyło, by wiedział, że nie jedzie sam.

Książka – prosto z serca

Kochani,

Dlaczego napisałam tę książkę

Nie zaczęła się od pomysłu.

Zaczęła się od pytania o spójność.

„Miłość. Upadek. Odrzucenie.” powstała z potrzeby zmierzenia się z tym, co bolało najbardziej — z rozczarowaniem, z niespójnością między słowem a czynem, między deklaracją a postawą wobec człowieka.

Jeśli mówi się o miłości i prawdzie, muszą one mieć swoje odbicie w codziennym działaniu. 

Niestety zawiodłam się. Bardzo.

Widziałam ludzi odrzuconych.

Wysłuchiwałam historii samotności i wstydu.

Nie mogłam udawać, że tego nie ma.

Książka jest refleksją nad tym, jak łatwo w systemie zasad zgubić człowieka.

Pisząc, musiałam też spojrzeć na własne błędy i decyzje.

Nie ma ludzi doskonałych.

Każdy z nas popełnia błędy.

Ważne, by następnego dnia spróbować działać bliżej tego, w co wierzymy.

♥️

To była droga od lojalności do świadomości.

Od bólu do spokoju.

Nie pisałam z gniewu. 

Ale z potrzeby serca.

Z potrzeby wewnętrznej spójności.

Jeśli ktoś odnajdzie w tej historii cząstkę własnych pytań — będzie to dla mnie wystarczające.

Dziękuję tym, którzy byli przy mnie przez te lata.

🕊️

Katarzyna Fabczak

📘 Kup książkę