Książka – prosto z serca

Kochani,

Dlaczego napisałam tę książkę

Nie zaczęła się od pomysłu.

Zaczęła się od pytania o spójność.

„Miłość. Upadek. Odrzucenie.” powstała z potrzeby zmierzenia się z tym, co bolało najbardziej — z rozczarowaniem, z niespójnością między słowem a czynem, między deklaracją a postawą wobec człowieka.

Jeśli mówi się o miłości i prawdzie, muszą one mieć swoje odbicie w codziennym działaniu. 

Niestety zawiodłam się. Bardzo.

Widziałam ludzi odrzuconych.

Wysłuchiwałam historii samotności i wstydu.

Nie mogłam udawać, że tego nie ma.

Książka jest refleksją nad tym, jak łatwo w systemie zasad zgubić człowieka.

Pisząc, musiałam też spojrzeć na własne błędy i decyzje.

Nie ma ludzi doskonałych.

Każdy z nas popełnia błędy.

Ważne, by następnego dnia spróbować działać bliżej tego, w co wierzymy.

♥️

To była droga od lojalności do świadomości.

Od bólu do spokoju.

Nie pisałam z gniewu. 

Ale z potrzeby serca.

Z potrzeby wewnętrznej spójności.

Jeśli ktoś odnajdzie w tej historii cząstkę własnych pytań — będzie to dla mnie wystarczające.

Dziękuję tym, którzy byli przy mnie przez te lata.

🕊️

Katarzyna Fabczak

Na granicy światów

Mgła nie ustępowała.

Nie gęstniała już, lecz też nie znikała jakby świadomie trwała na granicy widzialności, przypominając, że noc jeszcze się nie skończyła.

Statek płynął dalej.

Załoga wróciła do obowiązków, lecz coś było inne.

Nie w ruchach — te pozostały precyzyjne.

Nie w rozkazach — brzmiały tak samo spokojnie.

Inna była cisza.

Nie była już ciszą odpoczynku.

Była ciszą czujności.

Marynarze mówili mniej.

Częściej spoglądali ku horyzontowi, jakby każdy cień mógł stać się znakiem.

Nie strachu — świadomości.

Szafira obserwowała to bez komentarza.

Wiedziała, że pierwsze spotkanie zawsze zostawia ślad.

Nie w ciele statku, lecz w rytmie ludzi, którzy na nim płyną.

Szybka narada — rozkazała cicho.

Załoga zebrała się w półokręgu. 

Nie było czasu na długie rozważania.

I wtedy — krzyk.

Kapitanie!

Kilku marynarzy wskazało jednocześnie w stronę mgły.

Obcy okręt.

Nie zniknął.

Dryfował w pobliżu, jakby nigdy ich nie stracił z oczu. 

Jakby tylko cofnął się na chwilę, by sprawdzić ich kierunek.

Serce statku przyspieszyło.

Wszyscy byli przekonani, że go zgubili.

A on… czekał.

Obsydian już stał nad mapami.

Przesuwał palce po liniach, które znał na pamięć.

— To niemożliwe… — wyszeptał.

Kompas wariował.

 Igła drgała, zataczała nerwowe kręgi, nie wskazując żadnej strony świata.

Nie mamy punktu odniesienia — powiedział w końcu do Szafiry. — Jeśli zmienimy kurs, możemy wpłynąć prosto w jego cień.

Narada odbywała się w pośpiechu.

Właściwie nie było na nią czasu.

Płyniemy — zdecydowała Szafira. — Przed siebie.

Statek ruszył.

Nie wiedzieli dokąd.

Nie wiedzieli, czy obrany kierunek jest ucieczką, czy pułapką.

Załoga czekała na znak. Na decyzję.

Na jeden gest Szafiry albo Obsydiana.

Lecz decyzja już zapadła.

Płynęli na oślep.

Mgła gęstniała przed dziobem jak ściana.

Żagle napięły się.

Kadłub przyspieszył.

Nie było paniki.

Było skupienie.

Marynarze wspierali się spojrzeniami, krótkimi gestami.

Każdy ruch miał znaczenie.

Obcy okręt zbliżał się powoli.

Nie było wiadomo, czy to jeden.

Czy może więcej sylwetek czai się w głębi mgły.

Nikt nie zadawał tego pytania.

Nie myśleli o liczbie.

Myśleli o kierunku.

Ufali morzu.

Ufali falom.

Ufali sobie nawzajem.

Ufali kapitanowi.

I wtedy— morze pomiędzy nimi zadrżało.

Nie od wiatru.

Nie od fal.

Z głębin, dokładnie pomiędzy dwoma okrętami, zaczęło wyłaniać się… coś.

Jakby byli na granicy światów

Najpierw cień pod powierzchnią.

Potem ruch.

Ciężki.

Powolny.

Woda rozstąpiła się na moment, jakby otwierając granicę między światami.

Załoga zamarła.

Nie wiedzieli, czy to wybawienie.

Czy początek czegoś znacznie większego.

Morze pomiędzy nimi zadrżało.

Nie od wiatru.

Nie od fal.

Od czegoś, co właśnie poruszyło ich fundamenty.

W rytmie serca

Zanim zacznie się nowy tydzień,

zatrzymaj się.

Światło zachodu przypomina, że

wszystko ma swój rytm.

Nie musisz biec.

Spokój serca

Nie wszystko musi być zrobione.

Nie wszystko musi być idealne.

Dziś wystarczy chwila ciszy, kubek ciepła

i obecność, która koi.

❤️

Wdzięczność

Nie kończ tygodnia zmęczeniem.

Zakończ go wdzięcznością.

To, co przetrwałaś / przetrwałeś —

jest dowodem Twojej siły.

❤️

Leśni przyjaciele🌲

Drodzy.

Kontynuując leśny spacer…

Po napotkanym drzewku, którego nazawę zdradzę Wam wkrótce – przyszło kolejne zaskoczenie.

Drzewa, które wyglądały jakby ktoś je delikatnie otulił tajemniczą koronką natury…

Las potrafi zaskoczyć tam gdzie się tego nie spodziewamy
🌲

W następnej części pokażę Wam zdjęcia z bliska…

I spróbujemy wspólnie odkryć, co tak naprawdę pokrywało te drzewa.

Z sercem dla Was -,, Leśni przyjaciele”🌲

Bukiet róż🌹

Serafina przechadzała się po ogrodzie powoli, niemal bezszelestnie, jakby nie chciała zakłócić ciszy, która była jej najcenniejszym sprzymierzeńcem.

Dłońmi dotykała płatków róż — delikatnie, z uważnością — pozwalając, aby ich zapach i miękkość prowadziły jej myśli.

Myślała o obrazie.

Wiedziała już, jak ma wyglądać.

Kompozycja była w niej gotowa, kolory ułożone, światło odnalezione.

Nie dokończyła go jednak celowo.

Ogród był jej oazą — miejscem, w którym inspiracja dojrzewała w ciszy, bez pośpiechu i bez nacisku.

To tutaj szukała ukojenia i dalszych myśli, zanim znów stanie przed płótnem.

W tle śpiewały ptaki.

Wiatr poruszał liśćmi drzew, niosąc ze sobą lekki szum, który koił serce.

Serafina pozwalała sobie na ten moment skupienia — na myśl o dziele, które miało wkrótce zostać dokończone.

Wtedy dostrzegła Zofię.

Stała nieco z boku, z dzbankiem gorącej herbaty w dłoniach.

Znała każdy jej gest i każdy grymas wymalowany na twarzy.

Ale tego dnia Zofia nie uśmiechała się jak zwykle.

Serafina odwróciła się od róż i skierowała ku niej kroki.

Podeszła cicho i spokojnie.

Podziękowała za herbatę, po czym delikatnie chwyciła Zofię za dłoń.

Zofiu… — wyszeptała łagodnie. — Posmutniałaś. Czy jest coś, co cię niepokoi?

Zofia przez chwilę milczała.

Nie była pewna, czy powinna mówić.

Nie chciała martwić Serafiny, ani przerywać ciszy, która była dla Panienki tak ważna.

Kochała ją całym sercem, a każdy obraz, który Serafina malowała, nosiła w myślach, dostrzegając w nim najdrobniejszy przekaz.

Tego dnia jednak wszystko było inne.

Kilka liści opadło z drzew, jakby sama przyroda szeptała, że dzień nabierze bardziej nostalgicznego tonu.

Serafina czuła niepokój Zofii — liście były dla niej wyraźnym znakiem.

Proszę, powiedz — rzekła cicho. — Co sprawiło, że twoja twarz tak posmutniała?

Nie wiem, Panienko… — odpowiedziała Zofia po chwili. — Czy powinnam Panienkę martwić…

Serafina sięgnęła po dzbanek i nalała herbatę do dwóch filiżanek.

Jedną podała Zofii, drugą zatrzymała dla siebie.

Usiądźmy na chwilę — wyszeptała. — Teraz możemy spokojnie porozmawiać.

Słyszysz, Zofiu, jak ptaki śpiewają w tle?

One śpiewają dla ciebie. Ich melodie uczą cierpliwości.

Zofia wzięła głęboki oddech.

Dobrze, Panienko… — powiedziała w końcu. — Armand…

Zatrzymała się na moment. — Z Dworu dotarły złe wieści.

Jego kuzynka jest ciężko chora. Kazał pilnie osiodłać konia i wyrusza do niej.

Nastała cisza. Serafina zaczęła błądzić myślami.

Zofia chciała jeszcze coś powiedzieć, ale w ostatniej chwili wstrzymała słowa.

Widziała, że Serafina bardzo się zmartwiła.

Nagle usłyszała — Pomóż mi Zofiu— poprosiła spokojnie Serafina – Zbierzmy róże.

Chcę, by jeszcze dziś powstał bukiet. Piękny.

Z kokardą.

Niech trafi do kuzynki Armanda zanim wyruszy w drogę.

Zofia skinęła głową. A jej twarz nieco się rozjaśniła, jakby serce szeptało:,, będzie dobrze”

Ogród znów wypełnił się ciszą — tą dobrą, potrzebną.

Róże szeptały między sobą, a Serafina wiedziała, że ten gest — prosty i czuły — jest najwłaściwszym, jaki mogła ofiarować.

Nadszedł moment w którym Armand opuszczał Dwór w zadumie.

Nie spodziewał się bukietu róż.

Zanim koń ruszył z podwórza, w jego sercu zdążyło zmieścić się więcej, niż planował i więcej niż oczekiwał.

Leśny przyjaciel

Drodzy.

Spotkałam to niepozorne drzewko przy ścieżce w lesie po którym wspólnie podróżowaliście ze mną – wirtualnie.

Nadal będziemy wspólnie wędrować.

Nie tylko przez las.

Nasza wspólna podróż- rozpoczęła się już dawno temu. I bardzo się z tego cieszę.

Dla mnie to zaszczyt.

Wewnętrzna satysfakcja, która pozwala głębiej spoglądać w dary natury.

Napotkane drzewko nie jest przypadkiem spotkane.

Jest – ,, zaproszeniem”, aby na chwilkę zatrzymać się i pobyć razem.

Drzewko delikatne i spokojne, podobne do mojego

– Cis.

Ale to nie był – Cis, chodź był bardzo podobny.

Nie wołał kolorem i nie imponował wysokością.

A jednak zatrzymał mnie na chwilkę.

Leśny zielony – przyjaciel pozwolił mi chwilkę nacieszyć się jego obecnością.

Zaszczyt i radość otuliła moje serce

♥️

Drzewko które spotkałam w tym miejscu – pisałam Wam o tym już wcześniej.

Rośnie powoli, jakby wbrew pośpiechowi świata.

Zwarte, odporne w lesie w zupełnej ciszy – przystosowane do wiatru, chłodu i samotności.

Nie potrzebuje uwagi.

Wystarcza mu trwanie.

Patrząc na nie, łatwo zrozumieć, że natura nie zawsze nagradza spektaklem.

Czasem nagradza wytrwałością, spokojem i swoją obecnością.

To my pędzimy – czasami za szybko.

Dary natury uczą nas cierpliwości.

Zwalniamy i uważniej spoglądamy wewnątrz siebie.

Wewnątrz świata natury.

Natury, która łączy ludzką duszę z leśną duszą magii

Natury, która pozwala kochać i pozwala przytulać głęboko do serca.

Nazwa tego drzewka ma długą historię.

Wkrótce opowiem Wam o tym.

Ale to już opowieść na inny dzień.

Z sercem dla Was

Katarzyna

📘 Kup książkę