Popołudnie w dworze było spokojne, niemal senne.
Zofia przesuwała dłonią po obrusie, sprawdzając, czy fałdy układają się równo.
Serafina w pokoju w dłoniach trzymała wstążkę, którą miały ozdobić balustradę schodów.

Przyjęcie miało odbyć się za kilka dni, lecz przygotowania już zaczęły wypełniać przestrzeń domu.
— Ojciec nie powiedział jeszcze, kto przyjedzie — zauważyła Zofia półgłosem.
Serafina uśmiechnęła się lekko.
— Być może chce, żeby to była niespodzianka.
W tym samym czasie, wiele mil dalej, w pokoju Armanda panowała cisza.
Światło popołudnia wpadało przez wysokie okno i zatrzymywało się na jasnej pościeli. Kuzynka była już wyraźnie silniejsza niż jeszcze kilka dni wcześniej.
W jej ruchach nie było już takiej słabości, a głos brzmiał pewniej.
— Dzisiaj jesteś dziwnie cichy — powiedziała łagodnie, obserwując go uważnie.
Armand siedział przy stoliku obok łóżka.
W dłoniach obracał zamknięte pióro, jakby zastanawiał się, czy w ogóle powinien je otwierać.
— Jestem po prostu zmęczony — odpowiedział krótko.
Kuzynka uśmiechnęła się lekko. Ten uśmiech mówił, że nie do końca w to wierzy.
— Nie. Ty jesteś zamyślony.
Przez chwilę w pokoju panowała cisza.
Armand nie zaprzeczył.
Odwrócił wzrok w stronę okna, jakby tam szukał odpowiedzi, której nie chciał wypowiedzieć na głos.
Kuzynka zauważyła to, ale nie zadawała więcej pytań.
Czasami milczenie mówi więcej niż rozmowa.
Po chwili Armand wstał.
Podszedł do biurka. Kartka, którą zaczął poprzedniego wieczoru, wciąż tam leżała.
Usiadł.
Zanurzył pióro w atramencie.
Przez moment patrzył na rozpoczęte zdanie.
Potem dopisał tylko kilka słów.
„Serafino…myślę o ogrodzie częściej, niż powinienem.”

Zatrzymał się.
To zdanie nie wyjaśniało niczego, a jednak wydawało się zbyt osobiste.
Westchnął cicho.
Złożył kartkę powoli i odszedł od swojego biurka, by rozmyślać w obecności rozświetlonego księżyca.

Nie wysłał listu.
Jeszcze nie teraz..
Jeszcze nie w tym momencie.
Podszedł do okna i w świetle ksìężyca zastanawiał się co dalej.
Jak ując myśli, aby brzmiały jak poezja dla czułej duszy.
Tego samego popołudnia w dworze Serafiny panował cichy ruch przygotowań.
Wstążki leżały już na stole, a Zofia rozkładała je z uważnością, jakby każda z nich miała własne miejsce w przyszłym wieczorze.
Serafina wróciła do pracowni.
Obraz wciąż był niedokończony.
Stanęła przed sztalugą i przez chwilę tylko patrzyła na płótno.

Światło na nim zmieniało się delikatnie wraz z ruchem dnia.
Dotknęła pędzla.
— Jeszcze trochę — powiedziała cicho do siebie.
Nie wiedziała, że w tej samej chwili, wiele mil dalej, ktoś zamyka w szufladzie list z jej imieniem.
Czasem los prowadzi dwie drogi równolegle.
I dopiero później okazuje się, że od początku zmierzały ku temu samemu miejscu.



Facebook Comments