Słońce powoli chowało się za linią lasu, malując niebo odcieniami złota i ciepłej czerwieni.
Armand prowadził konia spokojnym krokiem, pozwalając, aby cisza wieczoru towarzyszyła jego myślom.
Od chwili, gdy ujrzał tajemniczy ślad na najstarszym drzewie, nie potrafił o nim zapomnieć.
Nie szukał jednak odpowiedzi na siłę.
Zastanawiał się jedynie, czy był to zwykły znak pozostawiony przed laty… , czy może coś więcej.
A może tylko zwykły przypadek lub subtelna wiadomość, której znaczenia jeszcze nie potrafił odczytać.
Nie pozwalał jednak, aby domysły przejęły nad nim kontrolę i zakłóciły spokój.
Wierzył, że pośpiech rzadko prowadzi do prawdy, a czas pozwala lepiej zrozumieć sens.
Dlatego pozwolił myślom płynąć własnym rytmem, a wieczorna cisza zdawała się porządkować je lepiej niż najdłuższe rozmowy.
Kiedy wyjechał z lasu, ostatnie promienie słońca otuliły drogę miękkim światłem.
Spojrzał jeszcze raz w stronę drzew, jakby z wdzięcznością, za majestat i historię które niszą w ciszy lasu…
Nie czuł niepokoju.
Jedynie cichą świadomość, że ta podróż pozostawiła w jego sercu pytanie, na które odpowiedź przyjdzie we właściwym czasie.
Ruszył dalej w stronę posiadłości swojego przyjaciela.
Przed stajnią zatrzymał konia i jeszcze przez chwilę spoglądał na spokojny krajobraz, który powoli otulał wieczór.
Przyjaciel wyszedł mu na spotkanie.
— Dziękuję Ci za ten dzień — powiedział Armand z życzliwym uśmiechem.
— Pokazałeś mi miejsce, którego długo nie zapomnę.
— Cieszę się, że mogłem się nim z Tobą podzielić — odparł przyjaciel.
— Mam przeczucie, że jeszcze tam wrócimy.
Armand skinął głową.
— Być może… , ale jutro o świcie chciałbym wyruszyć do Dworu.
Czuję, że nadszedł właściwy moment.
Przyjaciel spojrzał na niego uważnie, jakby wyczuwał, że decyzja ta dojrzewała w nim już od dłuższej chwili.
— W takim razie życzę Ci spokojnej drogi.
Niech przyniesie odpowiedzi, których dziś jeszcze nie znasz.
Armand uśmiechnął się z wdzięcznością.
— Dziękuję… za gościnę i za zaufanie.

Uścisnęli sobie dłonie.
Wieczór powoli otulał okolicę, a nad lasem pojawiały się pierwsze gwiazdy.
Nazajutrz o poranku Armand miał wyruszyć do Dworu.
Tymczasem…w Dworze Serafiny pierwsze promienie porannego słońca zaczęły delikatnie rozświetlać ogród otaczający Dwór.
Powietrze było rześkie, a rosa połyskiwała na płatkach róż niczym drobne kryształy.
Serafina wraz z ojcem przygotowywali konie do porannej przejażdżki.
Od ostatniej rozmowy w gabinecie minęło już trochę czasu, lecz pewna myśl wciąż nie dawała jej spokoju.
Nie chodziło o słowa.
Chodziło o obraz.
Tajemniczy ślad, który pojawił się na płótnie, wciąż powracał do jej myśli.
Zastanawiała się, czy powinna opowiedzieć o nim ojcu.
Znała jego rozwagę i wiedziała, że potrafił patrzeć na świat z niezwykłym spokojem.
Nie była jednak pewna, czy jest to już właściwy moment.
Spojrzała na ojca, który z czułością pogładził Aleksandra po szyi.

Przez chwilę chciała rozpocząć rozmowę…
Lecz zamiast słów pojawił się jedynie cichy uśmiech.
Może ta przejażdżka podpowie jej, kiedy nadejdzie odpowiedni moment.
Serafina była szczęśliwa, że może ten czas spędzić z ukochanym ojcem.
Ruszyli w drogę…., a droga przez las koiła ich serce.






