Cisza po sztormie 🌛

Woda powoli znikała z pokładu.

Ostatnie beczki opróżniano za burtę, a zmęczona załoga ocierała mokre dłonie o przemoczone ubrania.

Przez długą chwilę nikt się nie odezwał.

Jakby wszyscy nasłuchiwali.

Jakby czekali na kolejny podmuch.

Na kolejne uderzenie kropli.

Na następny rozkaz.

Ale nic nie nadeszło.

Wiatr ucichł.

Nagle.

Tak samo niespodziewanie, jak wcześniej się pojawił.

Morze uspokoiło się, a fale zaczęły łagodnie uderzać o kadłub.

Słychać było tylko ich rytmiczny szum.

I oddechy załogi.

Ciężkie.

Zmęczone.

Pełne niedowierzania.

Kilku marynarzy spojrzało ku niebu.

Ciemne chmury zaczęły się rozsuwać.

Powoli.

Nieśpiesznie.

Jakby odsłaniały coś, co przez cały czas skrywały przed wzrokiem podróżników.

Wtedy zza nich wyłonił się księżyc.

Wąski.

Srebrzysty.

Przypominający delikatny rogal zawieszony nad górami.

Jego światło rozlało się po wodzie i pokładzie, odbijając się w kroplach pozostawionych przez tajemniczy deszcz.

Załoga w milczeniu patrzyła przed siebie.

Nikt nie świętował.

Nikt nie mówił o zwycięstwie.

Zbyt wiele pytań pozostało bez odpowiedzi.

Szafira stanęła przy burcie.

Obsydian podszedł obok niej.

Przez chwilę oboje patrzyli na spokojne morze i góry, które nadal otaczały ich niczym milczący strażnicy.

Myślisz, że to koniec? — zapytał ktoś z załogi.

Nikt nie odpowiedział.

Bo choć sztorm ucichł…

W powietrzu nadal unosiło się wrażenie, że coś obserwuje ich z ciemności.

A góry…jakby wciąż czekały.

Mała rozgwiazda

Podwodny Świat 🐳

🪼

Poranek w oceanie był wyjątkowo spokojny.

Promienie słońca przenikały przez taflę wody, tworząc na piasku tysiące tańczących świateł. Delikatny nurt poruszał morskie trawy, a kolorowe ryby leniwie przepływały pomiędzy koralowcami.

Mały konik morski uwielbiał takie chwile.

Właśnie wtedy ocean wydawał się opowiadać swoje najpiękniejsze historie.

Płynąc wzdłuż piaszczystego dna, zauważył coś niezwykłego.

Pośród muszli i drobnych kamyków leżała mała rozgwiazda.

Nie była szczęśliwa jak inne morskie stworzenia.

Nie podziwiała rafy.

Po prostu leżała nieruchomo i patrzyła przed siebie.

Konik morski podpłynął bliżej.

Dzień dobry – powiedział ciepło.

Dlaczego jesteś taka smutna?

Rozgwiazda przez chwilę milczała.

Spójrz tylko wokół – odpowiedziała cicho.

W oceanie jest tyle niezwykłych stworzeń.

Delfiny są szybkie i podziwiane przez wszystkich. Żółwie przemierzają ogromne odległości.

Kolorowe ryby zachwycają swoimi barwami.

Westchnęła.

– A ja jestem tylko małą rozgwiazdą.

Konik morski podpłynął bliżej.

Nie odpowiedział od razu.

Patrzył przez chwilę na promienie światła tańczące na wodzie.

Widzisz ten blask? – zapytał po chwili.

Rozgwiazda spojrzała w górę.

Tak.

Wydaje się wielki, prawda?

Bardzo.

A jednak nie tworzy go jeden promień słońca. Powstaje z tysięcy małych świateł, które razem rozjaśniają ocean.

Rozgwiazda zamyśliła się.

Konik morski uśmiechnął się delikatnie.

Ocean nie byłby taki sam bez delfinów.

Ale nie byłby też taki sam bez żółwi.

Po chwili dodał:

I nie byłby taki sam bez rozgwiazd.

Słowa te poruszyły jej serce.

Po raz pierwszy od dawna spojrzała na siebie inaczej.

Nie jak na stworzenie, które musi dorównać innym.

Lecz jak na część czegoś większego.

Właśnie wtedy niewielka fala poruszyła wodę nad jej głową.

Promienie słońca odbiły się od jej ramion i rozświetliły piasek wokół.

Popatrz – zaśmiał się konik morski. Nawet ocean pokazuje ci dziś, że potrafisz świecić.

Rozgwiazda uśmiechnęła się.

Tym razem szczerze.

I choć nic w oceanie się nie zmieniło, ona sama poczuła się lżejsza.

Bo zrozumiała coś bardzo ważnego.

Nie trzeba być największym, najszybszym ani najbardziej podziwianym.

Czasem wystarczy być sobą.

Bo każdy z nas wnosi do świata światło, którego nie potrafi dać nikt inny.

🩵

Spacer W Ogrodzie Róż

Po powrocie z przejażdżki z ojcem i jej ukochanym Aleksandrem Serafina udała się do ogrodu.

Potrzebowała ciszy.

Choć poranek przyniósł jej spokój, myśli wciąż wracały do obrazu pozostawionego w pracowni.

Nie potrafiła zrozumieć, dlaczego na płótnie pojawił się ślad, którego wcześniej tam nie było.

Spacerowała powoli pomiędzy alejkami róż, jakby właśnie pośród nich próbowała odnaleźć odpowiedź.

Delikatnie dotykała płatków kwiatów, zatrzymując się co chwilę przy tych, które najbardziej kochała.

Aby uspokoić myśli, zebrała bukiet róż do koszyka.

Kilka dla siebie.

Kilka dla ojca.

To właśnie wtedy w ogrodzie pojawiła się Zofia, która towarzyszyła Serafinie od najmłodszych lat.

Panienko… — odezwała się spokojnie.

Z tego, co donoszą, Julian już wyruszył do Dworu.

Serafina uniosła wzrok tylko na chwilę.

Wieść, która od rana budziła poruszenie wśród służby, nie wywołała na jej twarzy większego zachwytu.

Zofia zauważyła to od razu.

Przez moment chciała powiedzieć coś jeszcze, lecz ostatecznie jedynie skinęła głową i wycofała się w stronę Dworu.

Z czystej troski postanowiła przekazać wszystko ojcu Serafiny.

Niedługo później jedna ze służących odnalazła Serafinę w ogrodzie.

— Panienko… ojciec prosi, aby przyszła pani do niego w wolnej chwili.

Chce coś pani przekazać.

Serafina spojrzała w stronę Dworu.

A wiatr, który jeszcze chwilę wcześniej delikatnie poruszał róże, nagle ucichł zupełnie.

W stronę Wierzb Ciszy

Spacer w ogrodzie i rozmowa z ojcem przyniosły Serafinie spokój, którego od dawna potrzebowała.

Ten dzień był wyjątkowo piękny.

Ojciec zaproponował jej wspólną przejażdżkę konną, a ona nigdy nie potrafiła odmówić chwilom spędzonym z Aleksandrem.

Biały koń był dla niej kimś więcej niż tylko wiernym towarzyszem.

Przy nim odzyskiwała ciszę myśli i poczucie wolności.

Następnego dnia Serafina ponownie udała się do Wierzb Ciszy.

To właśnie tam odnajdywała ukojenie.

Spokój i ciszę którą rozumiało tylko jej serce…

🥀

W cieniu własnych myśli

Wieczór powoli otulał wnętrze gabinetu ciepłym światłem lampy, lecz Julian wciąż pozostawał zamyślony.

Na biurku leżały szkice, listy i kilka niedokończonych notatek, którym od dłuższego czasu nie potrafił poświęcić pełnej uwagi.

Myśli nieustannie wracały gdzieś dalej.

Do Dworu.

Do miejsca, które pamiętał nie tylko ze względu na sztukę i obrazy zdobiące ściany starych salonów, lecz także przez niezwykły spokój, jaki tam odnajdywał.

Ojciec Serafiny darzył go dużym szacunkiem.

Cenił jego wiedzę, sposób prowadzenia rozmów i kulturę, która w dzisiejszych czasach stawała się coraz rzadsza.

Julian nigdy nie należał do ludzi pochopnych.

Potrafił słuchać uważnie, mówił niewiele, lecz z wyraźnym spokojem człowieka, który zna własną wartość.

Sztuka była dla niego czymś więcej niż tylko pasją.

Była próbą zrozumienia świata i emocji, których nie sposób wyrazić zwykłymi słowami.

A jednak ostatnimi czasy nawet obrazy nie przynosiły mu pełnego ukojenia.

Coś nie pozwalało mu zaznać spokoju.

Dlatego coraz częściej wracał myślami do Dworu Serafiny.

Jakby przeczuwał, że właśnie tam czeka odpowiedź na pytania, których jeszcze nie potrafił nazwać.

Spacer w ogrodzie róż

Po krótkim spotkaniu z ojcem Serafina na moment zamilkła.

W jego słowach było coś, nad czym nie chciała jeszcze zbyt długo się zatrzymywać.

Została w ogrodzie aż do wieczora.

Chciała pobyć ze swoimi różami w samotności.

🌹

To właśnie tam odnajdywała ciszę, której tak bardzo potrzebowała.

Wśród róż, kamiennych alei i delikatnego śpiewu ptaków świat wydawał się spokojniejszy , jakby czas płynął wolniej, łagodniej.

Ogród był dla niej czymś więcej niż tylko pięknym miejscem.

Był schronieniem.

Uwielbiała przechadzać się pomiędzy alejkami, dotykać płatków róż i z czułością pielęgnować każdą z nich.

To właśnie tutaj mogła ukryć swoje myśli przed światem.

Każda róża przypominała jej, że nawet delikatność potrafi przetrwać burze.

Każdy podmuch wiatru koił myśli, które nosiła głęboko w sercu.

A jednak nawet w tej ciszy pozostawała ostrożna.

Bo w jej sercu istniała tajemnica, o której wiedziała tylko ona sama.

Serafina uwielbiała przebywać sama pośród kwiatów.

Tam nie musiała niczego udowadniać.

I tam mogła być sobą. 

I może właśnie dlatego ogród był jej najbliższy.

Bo pozwalał uciec do świata, który należał wyłącznie do niej.

Cicha obecność

Krople spadały dalej.

Już nie pojedynczo.

Coraz gęściej.

Ciężej.

Jakby nie pochodziły z deszczu.

Jakby… coś znajdowało się nad nimi.

Morze pozostawało niespokojnie ciche.

Fale uderzały o kadłub równym rytmem, ale powietrze wokół statku zmieniło się niepostrzeżenie.

Załoga zaczęła spoglądać ku niebu coraz częściej.

Niektórzy przerywali pracę tylko na chwilę.

Inni ocierali wodę z twarzy i dłoni, próbując zrozumieć, dlaczego krople są tak ciężkie i zimne.

Nie przypominały zwykiego deszczu.

Spadały wolno.

Prawie miarowo.

I zostawiały po sobie ślady na deskach pokładu.

Szafira stała nieruchomo na mostku.

Nie zatrzymała okrętu.

Nie zmieniła kursu.

Choć widziała, że uwaga załogi zaczyna odpływać od tego, co najważniejsze.

Jej wzrok przesunął się po żaglach, linach i marynarzach.

Utrzymać szyk. — powiedziała spokojnie.

Nie podniosła głosu.

Nie musiała.

Kurs bez zmian.

Słowa przecięły szum rozmów jak cichy rozkaz, którego nie dało się zignorować.

Załoga wróciła do pracy.

Liny zostały napięte.

Żagle ustawione.

Ruch na pokładzie odzyskał rytm.

Ale krople nadal spadały.

Obsydian stanął obok kapitana.

Spojrzał w niebo, potem na pokład, gdzie woda zaczynała zbierać się pomiędzy deskami.

Na rozkaz Szafiry…

utrzymać kurs.

Żagle w gotowości.

Nie odrywać wzroku od pracy.

Krótko.

Precyzyjnie.

Bez zbędnych słów.

Tak jest! — odpowiedziała załoga niemal jednym głosem.

Wiatr poruszył żaglami.

Najpierw lekko.

Potem mocniej.

Krople zaczęły uderzać o drewno coraz intensywniej.

Ciężkie.

Gęste.

Nienaturalne.

Pokład szybko pokrywał się wodą, która nie spływała tak, jak powinna.

Obsydian zmarszczył brwi.

Kapitanie

Szafira nie odwróciła wzroku od horyzontu.

W oddali niebo było coraz ciemniejsze.

A wiatr… zmieniał kierunek.

Nagle silniejszy podmuch przeszedł przez cały okręt.

Żagle napięły się gwałtownie.

Liny zatrzeszczały.

Kilku marynarzy odruchowo spojrzało ku górze.

Krople nadal spadały.

Coraz cięższe.

Coraz liczniejsze.

Jakby niebo powoli otwierało nad nimi coś… czego morze nie chciało jeszcze ujawnić.

Wśród gór

Statek wpłynął między góry.

Nie były już tylko zarysem na horyzoncie.

Otaczały ich teraz z każdej strony.

Wysokie, surowe, milczące.

Ściany skalne wznosiły się niemal pionowo, a ich cień pochłaniał światło, które jeszcze niedawno prowadziło ich przez morze.

Powietrze stało się cięższe.

Gęstsze.

Jakby każdy oddech miał znaczenie.

Załoga spojrzała po sobie.

Bo nagle… zaczęły pojawiać się krople.

Nie pojedyncze.

Nieprzypadkowe.

Spadały na pokład coraz częściej.

Cicho, rytmicznie… niepokojąco.

A jednak nikt się nie poruszył.

Załoga stała w zwartym szyku.

Spokojnie.

Bez strachu.

Choć nikt nie wiedział, skąd się pojawiły.

Ktoś uniósł dłoń, sprawdzając wilgoć.

To nie jest deszcz…

Padła odpowiedź z załogi.

Morze tak nie oddycha.

Zapadła cisza.

Nie ciężka.

Nie pusta.

Cisza, która coś ukrywała.

Szept rozszedł się po pokładzie.

Słyszałem kiedyś… o Strażniku…

Mówili, że nie zawsze się pokazuje…

Że jego obecność czuć, zanim się go zobaczy…

Jedni wracali do opowieści.

Inni szukali logiki.

Ale nawet ci najbardziej racjonalni zaczęli patrzeć w górę częściej, niż chcieli przyznać.

Krople spadały dalej.

Już nie pojedynczo.

Coraz gęściej.

Ciężej.

Jakby… coś było nad nimi.

Podsumowanie tygodnia

Drodzy,

kolejny piątek minął szybko, jak piękny dzień,

który na chwilę zostaje z nami, aby ustąpić miejsca kolejnym chwilom.

To był spokojny tydzień.

Pełen małych, ważnych momentów.

W opowieści dla Was wiele się poruszyło.

„W Ogrodzie Różanym” 🥀

Armand ruszył w drogę z myślą, która nie dawała mu spokoju.

Serafina zatrzymała się… jakby czuła więcej, niż potrafiła jeszcze nazwać.

I gdzieś między nimi zaczyna dziać się coś, co dopiero z czasem nabierze znaczenia.

,,Morska Wyprawa”

Nie każda droga daje pewność ale są takie, które mimo wszystko trzeba wybrać

Szafira zdecydowała płynąć w stronę gór.

Ich ściany wznosiły się pionowo, pochłaniając światło i dźwięk, pozostawiając po sobie ciszę cięższą niż morze.

Na pokładzie zapadło skupienie.

Nie było wątpliwości wśród załogi.

Odważnie płyną w stronę gór

Gotowi na wszystko,

zjednoczeni i pełni zaufania do siebie.

Ale na pokładzie niespodziewanie pojawiły się krople ciche, niepokojące.

A jednak nikt nie stracił spokoju.

Bo czasem nie chodzi o to, aby wszystko rozumieć,

ale o to, aby mimo niepewności płynąć dalej

we właściwym kierunku.

🌊

Natomiast w moim ogrodzie wiele się wydarzyło.

Śliweczka rośnie, a jej małe „dzieci” możecie obserwować na bieżąco.

Krzewuszka i inne rośliny powoli nabierają kształtu.

Wrzosy znalazły swoje miejsce.

To wszystko tworzy przestrzeń, która z tygodnia na tydzień zaczyna żyć coraz bardziej.

A gdzieś pomiędzy tym wszystkim codzienność.

Chwile z Milo na rowerze i wspólne momenty, związane z wierszami dla Was

Złote Myśli, które tak bardzo lubicie, a które niezmiennie tworzę dla Was z serca.

I ten zwykły czas, który wcale nie jest taki zwykły.

Cały czas pracuję nad tomikiem.

Powoli dobiega końca 📖

To proces, który wymaga czasu, skupienia i serca.

Dlatego nie zawsze wszystko pojawia się tak szybko, jakbym chciała.

Być może w niedzielę wrócę do Was z wierszem, jeśli tylko znajdę na to przestrzeń.

Bo tworzenie to nie tylko chwila ale to czas, który trzeba znaleźć.

Dziękuję, że jesteście i dziękuję za każde dobre słowo.

Z sercem dla Was

Katarzyna

,,Niech Wam się darzy to co najlepsze “

Przyjaciel, który wie więcej

Dwór stał cicho, jakby czas zatrzymał się przed jego bramą.

Armand zsiadł z konia bez pośpiechu.

Nie potrzebował zapowiedzi.

To miejsce znało jego kroki.

Jak miły powrót do wspomnień. 

Drzwi otworzyły się zanim zdążył zapukać.

Wiedziałem, że przyjedziesz — padło spokojnie.

Armand uniósł wzrok.

Więc wiesz też dlaczego.

Przyjaciel nie odpowiedział od razu.

Zaprosił go gestem do środka.

W pomieszczeniu panował półmrok.

Światło świecy drżało lekko, jakby i ono nie było pewne tego spotkania.

Armand przesunął spojrzeniem po wnętrzu, jakby szukał w nim czegoś więcej niż tylko miejsca rozmowy.

Cisza przeciągnęła się o chwilę za długo.

Wyjdźmy — powiedział w końcu.

Przyjaciel skinął głową.

Drzwi zamknęły się za nimi cicho.

Noc była spokojna.

Zbyt spokojna, jak na ciężar, który przynieśli ze sobą.

Powietrze było chłodne, a światło księżyca rozlewało się miękko po kamiennej ścieżce.

Armand zatrzymał się.

Uniósł wzrok ku niebu.

Jakby w tej ciszy, między światłem a cieniem,

szukał odpowiedzi, których nie potrafił znaleźć w słowach.

Przyjaciel stał obok.

Nie przerywał tej chwili.

Obserwował go spokojnie, jak ktoś, kto widzi więcej, ale nie mówi wszystkiego od razu.

Dopiero po chwili Armand odwrócił się.

List zaginął — powiedział wprost.

A ja nie wierzę w przypadki.

Cisza przeciągnęła się o ułamek sekundy za długo.

Przyjaciel milczał.

Ta cisza była wymowna.

Rozejrzał się niespokojnie, jakby coś powstrzymywało go przed odpowiedzią.

Jakby nie był pewien, czy to, co wie powinno zostać wypowiedziane.

Nie wiem… — odparł w końcu.

Słowa padły zbyt ostrożnie.

Zbyt lekko, jak na ciężar, który niosły.

Armand zrobił krok bliżej.

To coś więcej… przyjacielu.

Nie było w tym oskarżenia.

Tylko pewność.

To jedno zdanie wystarczyło.

Armand wiedział już, że odpowiedzi nie będą proste.

A prawda… może nie należeć do tych, które chce się usłyszeć.

Czasami nie wszystkie odpowiedzi przynoszą spokój niektóre dopiero go odbierają.

📘 Kup książkę