Między Ciszą a Nadzieją

Drodzy Czytelnicy.

Tomik Wierszy🌿 ;
„Między Ciszą a Nadzieją” już wkrótce w papierowej wersji. 📖

Zbliża się moment na który czekałam.

Prace do jego wydania w formie papierowej powoli zmierzają w dobrym kierunku.

Wiem, że część z Was czeka właśnie na możliwość wzięcia tej książki do ręki, dlatego z przyjemnością informuję, że wkrótce będzie taka możliwość.

To dla mnie szczególne uczucie

🩵

Wiersze i refleksje, które przez długi czas powstawały w ciszy, wśród codziennych chwil, natury, nadziei i zwyczajnego życia, niedługo znajdą swoje miejsce również na prawdziwych kartach książki.📖

Dziękuję wszystkim, którzy pytali o papierowe wydanie, czekają na nie i okazują mojej twórczości tyle życzliwości.
To naprawdę wiele dla mnie znaczy.

Kiedy będę mogła przekazać Wam kolejne szczegóły oczywiście dam znać.

A dzisiaj zostawiam Was na chwilę z ;
„Między Ciszą a Nadzieją”🩵

Z sercem dla Was
Katarzyna

Ślad wysoko na skałach

Statek płynął dalej i powoli.

Niemal bezszelestnie przecinał spokojną taflę wody, zagłębiając się coraz bardziej w wąski przesmyk.

Szum fal mieszał się z cichym skrzypieniem drewnianego kadłuba.

Mgła nadal unosiła się pomiędzy skałami.

Raz odsłaniała ich wysokie ściany, aby po chwili ponownie otulić je mlecznobiałą zasłoną.

Załoga pozostawała na swoich stanowiskach.

Nikt jednak nie zapomniał słów marynarza.

„Tam wysoko na skałach… widzę coś…”

Szafira również o nich pamiętała.

Stała nieruchomo, wpatrując się w miejsce, które przed chwilą wskazał jeden z członków załogi.

Obsydian trzymał dłonie na sterze.

Widzisz coś? — zapytała cicho Szafira.

Obsydian przez moment nie odpowiadał.

Przyglądał się wysokiej skalnej półce.

Jeszcze nie.

Mgła przesunęła się nieznacznie.

Na kilka sekund odsłoniła fragment skały.

Tam! — odezwał się ponownie marynarz. — Kapitanie, tam było!

Szafira zmrużyła oczy.

Tym razem również coś dostrzegła.

Nie potrafiła jednak określić, czym było.

Wysoko ponad nimi znajdował się ciemny, regularny kształt.

Nie przypominał wystającego fragmentu skały.

Nie poruszał się.

A jednak wyraźnie odcinał się od nierównej powierzchni góry.

Obsydianie…

Widzę — odpowiedział spokojnie.

Kilku marynarzy podeszło bliżej burty.

Co to jest? — zapytał jeden z nich.

Nikt nie znał odpowiedzi.

Przez krótką chwilę kształt pozostawał widoczny.

Potem mgła ponownie przesunęła się pomiędzy skałami.

Najpierw zakryła jego dolną część.

Później resztę.

Po kilku sekundach skalna półka całkowicie zniknęła za białą zasłoną.

Jeden z marynarzy zrobił krok do przodu.

Kapitanie, może powinniśmy…

Szafira uniosła dłoń.

Nie gwałtownie.

Wystarczyło.

Marynarz zamilkł.

Nie wiemy, co widzieliśmy — powiedziała spokojnie.

Nie będziemy więc nadawać temu znaczenia, którego jeszcze nie znamy.

Spojrzała na swoich ludzi.

Zachować czujność.

Następnie odwróciła się w stronę dziobu.

Utrzymać kurs.

Utrzymać kurs — powtórzył Obsydian.

Płynęli dalej… z nadzieją i wiarą, że w końcu wydostaną się z przesmyku, który z każdą chwilą przynosił więcej pytań niż odpowiedzi.

Tam, gdzie prowadzi ciekawość

,,Opowieści z głębin”

🐢

Ocean tego dnia był wyjątkowo spokojny.

Promienie słońca przenikały przez taflę wody i wędrowały coraz głębiej, rozświetlając koralowce, morskie trawy i niewielkie muszle spoczywające na piaszczystym dnie.

Konik morski i Baltazar płynęli razem. Nie mieli wyznaczonego celu.

I chyba właśnie dlatego nigdzie się nie spieszyli.

Baltazar opowiadał o miejscach, które odwiedził przed laty. 

O dalekich wodach, niezwykłych rafach i prądach morskich, które potrafiły ponieść podróżnika bardzo daleko od domu.

Konik słuchał z zainteresowaniem, ale jak zwykle jego uwagę co chwilę przyciągało coś nowego.

Raz zatrzymywał się przy niewielkiej muszli.

Za chwilę obserwował maleńką rybkę ukrywającą się pomiędzy koralowcami.

Po chwili zachwyciły go pęcherzyki powietrza wędrujące ku powierzchni.

Baltazar przyglądał mu się z rozbawieniem.

Z tobą każda podróż trwa dwa razy dłużej powiedział w końcu.

Konik morski odwrócił się w jego stronę.

Przecież sam mówiłeś, że nie trzeba się spieszyć!

Baltazar zatrzymał się.

Przez chwilę patrzył na swojego małego przyjaciela, po czym roześmiał się serdecznie.

Chyba zaczynam żałować, że cię tego nauczyłem ale płynęli dalej.

Wkrótce dotarli w okolice wysokich skał. 

Światło docierało tutaj słabiej, a ocean przybierał głębszy, bardziej tajemniczy odcień błękitu.

Nagle konik morski stanął.

Baltazarze

Co się stało?

Spójrz.

Pomiędzy dwiema skałami znajdowało się niewielkie przejście.

Było tak wąskie, że z daleka można było go w ogóle nie zauważyć.

Ale konika zainteresowało coś jeszcze.

Z głębi szczeliny wydobywało się delikatne błękitne światło.

Baltazar podpłynął bliżej.

Przyglądał się miejscu przez chwilę.

Dziwne — powiedział.

Co ?

Nigdy wcześniej go nie widziałem.

Konik spojrzał na niego z niedowierzaniem.

Ty? Przecież znasz cały ocean!

Baltazar uśmiechnął się.

— Och, mały przyjacielu… nawet bardzo długie życie nie wystarczy, żeby poznać wszystkie tajemnice oceanu.

Konik morski ponownie spojrzał na szczelinę.

Ciekawość zwyciężyła.

— Sprawdzę, co jest po drugiej stronie.

Baltazar zmierzył wzrokiem wąskie przejście.

Ty możesz. Ja chyba musiałbym zostawić pancerz tutaj.

Konik spojrzał na niego.

I obaj wybuchnęli śmiechem.

Poczekaj na mnie! — zawołał konik i zniknął pomiędzy skałami.

Baltazar został sam.

Minęła chwila.

Potem druga.

Stary żółw spoglądał na szczelinę coraz uważniej.

Aż wreszcie zza skał dobiegł podekscytowany głos:

Baltazarze! Musisz to zobaczyć!

Bardzo chętnie! — odpowiedział. — Ale nadal jestem żółwiem!

Po chwili zza skały wychyliła się niewielka głowa konika.

Najpierw spojrzał na Baltazara.

Potem na przejście.

Rzeczywiście.

Nie było najmniejszej szansy.

Poczekaj! — zawołał. — Znajdę inną drogę.

Zniknął ponownie.

Tym razem trwało to trochę dłużej.

Baltazar cierpliwie czekał.

W końcu konik wrócił.

Był wyraźnie podekscytowany.

Znalazłem!

Co znalazłeś?

Drogę dla ciebie. Płyń za mną.

I wtedy wydarzyło się coś, czego konik morski jeszcze nigdy nie doświadczył.

To on popłynął pierwszy.

Baltazar ruszył za nim.

Mały konik prowadził starego podróżnika wzdłuż wysokiej skalnej ściany. 

Minęli niewielką grotę, opłynęli ogromny głaz i wpłynęli pomiędzy dwa skalne wzniesienia.

A potem ocean nagle się przed nimi otworzył.

Konik zatrzymał się.

Baltazar również.

Przed nimi znajdowała się ukryta zatoka.

Na jej dnie rosły delikatne koralowce, których końcówki połyskiwały błękitnym światłem. Pomiędzy nimi przemykały maleńkie rybki przypominające srebrne iskierki.

Wysoko nad nimi przez niewielką szczelinę pomiędzy skałami wpadała smuga światła.

Padała dokładnie na środek zatoki.

Woda migotała.

Przez chwilę żaden z nich się nie odezwał.

Nawet Baltazar, który podczas swoich licznych podróży widział niezliczone miejsca, patrzył przed siebie w milczeniu.

Konik zerknął na niego.

Naprawdę nigdy tutaj nie byłeś?

Nigdy.

W głosie starego żółwia nie było rozczarowania.

Był zachwyt.

Konik wyprostował się z dumą.

Czyli dzisiaj to ja pokazałem coś tobie.

Baltazar odwrócił głowę i spojrzał na swojego przyjaciela.

Tak.

Po chwili dodał:

I mam nadzieję, że zrobisz to jeszcze wiele razy.

Usiedli obok siebie na piaszczystym dnie.

Tego dnia Baltazar nie opowiadał o dalekich podróżach.

Nie dawał konikowi żadnych rad.

Nie próbował również tłumaczyć mu oceanu.

Nie było takiej potrzeby.

Bo tego dnia sam został zaproszony do świata, którego wcześniej nie znał.

Przez swojego małego przyjaciela.

Kiedy ruszyli w drogę powrotną, Baltazar pozwolił konikowi ponownie płynąć pierwszemu.

Wiesz, Baltazarze — powiedział konik — całkiem dobrze mi idzie prowadzenie.

Stary żółw uśmiechnął się.

Tylko się za bardzo nie przyzwyczajaj.

I znowu obaj się roześmiali.

Ocean przyjął ich śmiech i poniósł go gdzieś daleko pomiędzy skały.

A ukryta zatoka została za nimi.

Od tej chwili była jednak czymś więcej niż kolejnym pięknym miejscem.

Stała się ich wspólnym odkryciem.

🩵

,,Przesłanie”

W prawdziwej przyjaźni nie zawsze ta sama osoba zna odpowiedź.

Nie zawsze ten sam człowiek wskazuje drogę.

Czasami ktoś prowadzi nas przez wiele lat, dzieląc się doświadczeniem i mądrością.

A potem przychodzi dzień, kiedy role się zmieniają.

I okazuje się, że również my możemy pokazać mu coś, czego jeszcze nie widział.

Bo przyjaźń nie potrzebuje jednego przewodnika.

Raz Ty pokażesz mi drogę.

Innym razem ja pokażę ją Tobie.

A kiedy odkryjemy coś pięknego najważniejsze jest to, że mamy obok kogoś, z kim możemy się tym podzielić.

Wierzby Ciszy – Rozdział 4

„Ballada o Ogrodzie Różanym” 🥀— książka w trakcie tworzenia

Drodzy Czytelnicy,

Od pewnego czasu zapraszam Was do świata Serafiny poprzez „Balladę o Ogrodzie Różanym”, którą publikuję na blogu w skróconej formie.

To jednak tylko jedna z warstw tej opowieści.

Książka, nad którą pracuję, będzie znacznie bogatsza w szczegóły, emocje i relacje między bohaterami.

Chciałabym, aby czytelnik mógł nie tylko poznać ich losy, lecz także zatrzymać się przy tym, co często najważniejsze — przy gestach, ciszy, wspomnieniach i obecności drugiego człowieka.

Relacje rodzinne, szacunek, zaufanie i bliskość są dla mnie jednymi z najważniejszych wartości tej historii.

Świat Serafiny jest delikatny. Pełen natury, czułości, wspomnień i miejsc, które potrafią przechowywać więcej niż tylko obrazy przeszłości.

Jej relacja z ojcem jest jednym z tych wątków, które szczególnie chciałabym w książce rozwinąć.

Pokazuje bowiem, że prawdziwa miłość nie potrzebuje wielkich słów. Czasem wystarczy obecność, spojrzenie albo cisza, w której dwoje ludzi rozumie się bez wyjaśnień.

Armand powoli zaczyna wkraczać do świata Serafiny, ale o jego miejscu w tej historii opowiem Wam innym razem.

Dzisiaj chcę uchylić przed Wami niewielki fragment Rozdziału 4 „Wierzby Ciszy”.

Serafina powoli podeszła ku najbliższej wierzbie. Wyciągnęła dłoń i delikatnie musnęła zwisającą gałązkę.

Na chwilę się zamyśliła.

Po chwili jednak uśmiechnęła się.

Nie dlatego, że zapomniała o tym, co wydarzyło się kilka lat wcześniej.

Ale dlatego, że znalazła się w miejscu, które tak bardzo kochała.

Wiem, jak bardzo kochasz to miejsce — odezwał się cicho ojciec.

Serafina chciała odpowiedzieć, lecz zatrzymała słowa w ciszy swojego serca.

Serafino… wiem, jak ci ciężko.

Tyle wystarczyło.

Przez chwilę żadne z nich nie potrzebowało już słów.

Wszyscy tęsknimy, moja droga Serafino — wyszeptał ojciec. — Ale gdzieś pomiędzy tymi drzewami pozostała pamięć.

Serafina ponownie dotknęła gałązki.

Drzewa słyszą, Ojcze… — wyszeptała. — Już nieraz do nich szeptałam.

Ojciec uśmiechnął się lekko.

To właśnie te drobne chwile, moja kochana córko, kiedy drzewa nucą swoje ciche melodie… i można je usłyszeć.

Co skrywają Wierzby Ciszy?

Jakie wspomnienie powraca do Serafiny właśnie w tym miejscu?

Dlaczego cisza jeziora i starych wierzb ma dla niej tak szczególne znaczenie?

Na te odpowiedzi przyjdzie jeszcze czas.

Książka powstaje spokojnie, rozdział po rozdziale.

Nie spiszę się, a każdy fragment jest głęboko przemyślany.

Chciałabym pozwolić tej historii dojrzeć i zachować wszystkie szczegóły, dzięki którym pewnego dnia będziecie mogli wejść znacznie głębiej w świat Serafiny, niż pozwala na to skrócona wersja Ballady publikowana na blogu.

Dlatego od czasu do czasu bede publikować dla Was niewielki fragment powstającej książki, aby pokazać jak bardzo ten świat rozrasta się poza krótkimi opowieściami, które już znacie.

Mam nadzieję, że fragment rozdziału 4 pozostawił Wam odrobinę ciekawości.

Za miesiąc ponownie uchylę kilka stron powstającej książki.

Dziękuję, że towarzyszycie mi podczas jej tworzenia. I dziękuję, że tak chętnie przesyłacie swoje spostrzeżenia oraz refleksje do każdej kolejnej części ballady.

Serafina i Armand to bohaterowie, którzy stali się nie tylko częścią mojej ballady, ale również zagościli głęboko i Waszych sercach. ❤️

Świadomość, że gdzieś po drugiej stronie są osoby, które czekają na dalsze losy bohaterów, jest dla autora czymś naprawdę pięknym.

Katarzyna Fabczak.

Pytania bez odpowiedzi.

Słońce powoli chowało się za linią lasu, malując niebo odcieniami złota i ciepłej czerwieni.

Armand prowadził konia spokojnym krokiem, pozwalając, aby cisza wieczoru towarzyszyła jego myślom.

Od chwili, gdy ujrzał tajemniczy ślad na najstarszym drzewie, nie potrafił o nim zapomnieć.

Nie szukał jednak odpowiedzi na siłę.

Zastanawiał się jedynie, czy był to zwykły znak pozostawiony przed laty… , czy może coś więcej.

A może tylko zwykły przypadek lub subtelna wiadomość, której znaczenia jeszcze nie potrafił odczytać.

Nie pozwalał jednak, aby domysły przejęły nad nim kontrolę i zakłóciły spokój.

Wierzył, że pośpiech rzadko prowadzi do prawdy, a czas pozwala lepiej zrozumieć sens.

Dlatego pozwolił myślom płynąć własnym rytmem, a wieczorna cisza zdawała się porządkować je lepiej niż najdłuższe rozmowy.

Kiedy wyjechał z lasu, ostatnie promienie słońca otuliły drogę miękkim światłem.

Spojrzał jeszcze raz w stronę drzew, jakby z wdzięcznością, za majestat i historię które niszą w ciszy lasu…

Nie czuł niepokoju.

Jedynie cichą świadomość, że ta podróż pozostawiła w jego sercu pytanie, na które odpowiedź przyjdzie we właściwym czasie.

Ruszył dalej w stronę posiadłości swojego przyjaciela.

Przed stajnią zatrzymał konia i jeszcze przez chwilę spoglądał na spokojny krajobraz, który powoli otulał wieczór.

Przyjaciel wyszedł mu na spotkanie.

Dziękuję Ci za ten dzień — powiedział Armand z życzliwym uśmiechem.

Pokazałeś mi miejsce, którego długo nie zapomnę.

Cieszę się, że mogłem się nim z Tobą podzielić — odparł przyjaciel.

Mam przeczucie, że jeszcze tam wrócimy.

Armand skinął głową.

— Być może… , ale jutro o świcie chciałbym wyruszyć do Dworu. 

Czuję, że nadszedł właściwy moment.

Przyjaciel spojrzał na niego uważnie, jakby wyczuwał, że decyzja ta dojrzewała w nim już od dłuższej chwili.

W takim razie życzę Ci spokojnej drogi. 

Niech przyniesie odpowiedzi, których dziś jeszcze nie znasz.

Armand uśmiechnął się z wdzięcznością.

— Dziękuję… za gościnę i za zaufanie.

Uścisnęli sobie dłonie.

Wieczór powoli otulał okolicę, a nad lasem pojawiały się pierwsze gwiazdy.

Nazajutrz o poranku Armand miał wyruszyć do Dworu.

Tymczasem…w Dworze Serafiny pierwsze promienie porannego słońca zaczęły delikatnie rozświetlać ogród otaczający Dwór.

Powietrze było rześkie, a rosa połyskiwała na płatkach róż niczym drobne kryształy.

Serafina wraz z ojcem przygotowywali konie do porannej przejażdżki.

Od ostatniej rozmowy w gabinecie minęło już trochę czasu, lecz pewna myśl wciąż nie dawała jej spokoju.

Nie chodziło o słowa.

Chodziło o obraz.

Tajemniczy ślad, który pojawił się na płótnie, wciąż powracał do jej myśli.

Zastanawiała się, czy powinna opowiedzieć o nim ojcu.

Znała jego rozwagę i wiedziała, że potrafił patrzeć na świat z niezwykłym spokojem.

Nie była jednak pewna, czy jest to już właściwy moment.

Spojrzała na ojca, który z czułością pogładził Aleksandra po szyi.

Przez chwilę chciała rozpocząć rozmowę…

Lecz zamiast słów pojawił się jedynie cichy uśmiech.

Może ta przejażdżka podpowie jej, kiedy nadejdzie odpowiedni moment.

Serafina była szczęśliwa, że może ten czas spędzić z ukochanym ojcem.

Ruszyli w drogę…., a droga przez las koiła ich serce.

Gdy serce wybiera cierpliwość

Zachodzące słońce wpadało przez otwarte okno, otulając wnętrze ciepłym światłem. 

W ogrodzie nadal słychać było cichy szum fontanny, który towarzyszył jej myślom.

Przed nią znajdywał się obraz Wierzb Ciszy.

Przez dłuższą chwilę wpatrywała się w niego w milczeniu.

Dopiero po chwili uniosła pędzel i z niezwykłą delikatnością zaczęła nadawać obrazowi kolejne barwy.

Choć próbowała zrozumieć tajemniczy ślad, który niespodziewanie pojawił się na płótnie, nie pozwalała, aby odebrał jej wewnętrzny spokój.

Wierzyła, że nie wszystko trzeba zrozumieć od razu.

Czasem wystarczy cierpliwie iść naprzód, a odpowiedzi same odnajdą właściwy moment, aby ujawnić swoje znaczenie.

Stary żółw Baltazar

,,Opowieści z głębin „

🪼🌊🐢

Poranne promienie słońca powoli przenikały przez taflę oceanu, rozświetlając podwodny świat tysiącami złotych refleksów.

Delikatne fale kołysały wysokie trawy morskie, a pomiędzy kolorowymi koralowcami przemykały niewielkie rybki, jakby rozpoczynały kolejny dzień pełen nowych przygód.

Mały konik morski płynął spokojnie przed siebie.

Lubił odkrywać nowe zakątki oceanu. Każdy dzień przynosił coś, czego jeszcze wcześniej nie widział. Raz była to błyszcząca muszla skrywająca perłę, innym razem mała rozgwiazda, która odnalazła w sobie odwagę, albo rybka, z którą połączyła go cicha przyjaźń.

Tego dnia ocean wydawał się wyjątkowo spokojny.

Nagle w oddali dostrzegł ogromny cień.

Na początku pomyślał, że to wielka skała.

Jednak cień poruszył się powoli.

Z każdym ruchem stawał się coraz wyraźniejszy.

To był żółw.

Duży… bardzo duży.

Jego szeroki pancerz pokrywały drobne muszelki i delikatne morskie rośliny. Wyglądał tak, jakby sam ocean przez wiele lat ozdabiał go swoimi darami. Każda rysa na pancerzu zdawała się opowiadać historię dalekich podróży i miejsc, do których niewielu mieszkańców oceanu miało okazję dotrzeć.

Żółw płynął spokojnie.

Bez pośpiechu.

Każdy ruch jego płetw był łagodny i pewny, jakby znał rytm oceanu lepiej niż ktokolwiek inny.

Konik morski podpłynął bliżej.

Dzień dobry.

Żółw odwrócił głowę i uśmiechnął się ciepło.

Dzień dobry, mały podróżniku.

Czy mogę zapytać, jak masz na imię?

Baltazar.

Piękne imię.

Żółw lekko skinął głową.

Dziękuję.

Przez chwilę płynęli obok siebie w ciszy.

Nad ich głowami migotały promienie słońca, a niewielka ławica srebrzystych rybek przecięła wodę niczym błyszcząca wstążka.

Konik morski spojrzał na Baltazara z zaciekawieniem.

Dokąd płyniesz?

Tam, gdzie prowadzi mnie ocean.

Ale… płyniesz tak wolno.

Na twarzy Baltazara pojawił się pogodny uśmiech.

Wiesz, kiedy byłem młody, też chciałem wszędzie dopłynąć pierwszy. Wydawało mi się, że jeśli będę płynął szybciej od innych, zobaczę więcej.

Zatrzymał się na chwilę.

Myliłem się.

Konik morski słuchał uważnie.

Ocean nauczył mnie czegoś ważnego.

Nie nagradza tych, którzy płyną najszybciej.

Nagradza tych, którzy potrafią się zatrzymać i dostrzec jego piękno.

Mały konik morski rozejrzał się dookoła.

Po raz pierwszy zauważył maleńkie krewetki ukrywające się pomiędzy koralowcami.

Dostrzegł drobne muszelki spoczywające na piasku i delikatne pęcherzyki powietrza unoszące się ku powierzchni.

Zobaczył światło tańczące na falujących trawach morskich.

Wszystko to było tam od zawsze.

Tylko wcześniej płynął zbyt szybko, aby to zobaczyć.

Baltazar spojrzał na niego z życzliwością.

Każdy dzień przynosi nam coś pięknego. Czasami jest to wielkie wydarzenie, ale znacznie częściej są to małe chwile, które łatwo przeoczyć.

Konik morski uśmiechnął się.

Od tej chwili płynął już wolniej.

Nie dlatego, że zabrakło mu sił.

Dlatego, że zrozumiał, iż najpiękniejsze wspomnienia rodzą się wtedy, gdy serce ma czas naprawdę zobaczyć świat.

Baltazar pożegnał go ciepłym spojrzeniem.

Pamiętaj, mały przyjacielu…

Ocean nigdzie się nie spieszy.

My także nie musimy.

Czasami wydaje nam się, że życie jest wyścigiem.

Chcemy zdążyć, osiągnąć więcej, być krok przed innymi.

A przecież najpiękniejsze chwile często czekają na nas wtedy, gdy zwolnimy i pozwolimy sobie naprawdę je dostrzec.

🐢

Nie zawsze ten, kto płynie najszybciej, zobaczy najwięcej.

Czasem wystarczy zwolnić, aby odkryć piękno, które było obok nas przez cały czas.

Kamienne ściany.

Statek znalazł się w przesmyku.

Kamienne  ściany znajdowały się blisko..

– zbyt blisko. 

Nie było strachu, choć niektórzy zastanawiali się, czy na pewno są bezpieczni. 

Kamienne skały wyglądały inaczej niż te, które do tej pory widzieli.

Szafira podeszła do burty.

Przez chwilę patrzyła na kamienne ściany.

Nie powiedziała ani słowa.

Wyciągnęła dłoń.

Jej palce musnęły chłodną, wilgotną skałę.

Obsydian zrobił to samo.

Jakby oboje chcieli upewnić się, że to, co widzą, jest rzeczywistością.

Kamień był zimny.

Szorstki.

Prawdziwy.

A jednak oboje mieli wrażenie, że góry żyją własnym rytmem.

Statek płynął bardzo powoli.

Tak blisko skał, że niemal można było dotknąć ich na całej długości pokładu.

Załoga obserwowała każdy ruch swoich dowódców.

Nikt nie odważył się przerwać tej ciszy.

Morze pozostawało spokojne.

Lecz w powietrzu wyczuwało się napięcie, którego nie potrafił wyjaśnić żaden z marynarzy.

Dopiero po dłuższej chwili Szafira spokojnie odsunęła dłoń od kamiennej ściany.

Płyniemy dalej. 

Spokojnie powiedziała pewnym głosem. 

    Obsydian skinął głową.

    Statek ruszył naprzód.

    A góry nadal milczały, choć każdy z nich czuł dziwny  otaczający ich chłód….

    Tajemniczy ślad

    Po wieczorze spędzonym przy fortepianie Serafina kolejnego poranka udała się do ogrodu.

    Wśród kwiatów i cichego szumu fontanny łatwiej było uporządkować myśli.

    Ta chwila wyciszenia była jej bardzo potrzebna. 

    Niedokończony obraz czekał.

    To był moment w którym ukojona porannym spacerem w ogrodzie postanowiła udać się do swojej pracowni. 

    Przez okno wpadało delikatne światło poranka.

    Na sztaludze czekał obraz, którego od kilku dni nie potrafiła ukończyć.

    Przedstawiał Wierzby Ciszy i jezioro.

    Jezior, które rozświetlone promieniami słońca przypominało błyszczący diament. 

    Miejsce, które od zawsze było dla niej szczególnie bliskie.

    Stare drzewa pochylające się nad ciszą mieniącego się w słońcu jeziora.

    I ciszę, którą można było niemal usłyszeć.

    Serafina przez chwilę przyglądała się swojemu dziełu.

    Wszystko wyglądało dokładnie tak, jak zapamiętała.

    A jednak coś nie dawało jej spokoju.

    Jej wzrok po raz kolejny zatrzymał się na jednym fragmencie obrazu.

    Na śladzie, który pojawił się tam niespodziewanie.

    Nie przypominał zwykłego błędu pędzla.

    Ani przypadkowej plamy farby.

    Było w nim coś, czego nie potrafiła wyjaśnić.

    Sięgnęła po pędzel.

    Delikatnie naniosła kolejne warstwy farby.

    Próbowała poprawić kształt.

    Zmienić jego linię.

    Ukryć go pośród kolorów jeziora i gałęzi.

    Cofała się kilka razy, aby spojrzeć na obraz z większej odległości.

    Lecz z każdą kolejną próbą miała wrażenie, że wszystko wygląda gorzej niż wcześniej.

    W końcu opuściła pędzel.

    I przez dłuższą chwilę milczała.

    Nie wiedziała dlaczego, ale właśnie ten fragment obrazu przyciągał jej uwagę bardziej niż wszystkie pozostałe.

    Jakby próbował opowiedzieć historię, której jeszcze nie rozumiała.

    A Wierzby Ciszy trwały niewzruszenie na płótnie.

    Skrywając więcej tajemnic, niż mogło się wydawać…

    Kamienne ściany

    Morze nadal pozostawało spokojne.

    Aż nazbyt spokojne.

    Przechył statku zdawał się należeć już do przeszłości.

    Załoga szybko wróciła do swoich obowiązków.

    Jednak im głębiej wpływali pomiędzy góry, tym częściej ich spojrzenia uciekały ku skalnym ścianom przesmyku.

    Przesmyk wydawał się inny niż wcześniej.

    Coraz ciaśniejszy.

    Coraz bardziej ponury.

    Kamienne ściany wyrastały po obu stronach okrętu niczym strażnicy pilnujący przejścia.

    Niektórzy byli przekonani, że to tylko złudzenie.

    Inni milczeli.

    Nie chcieli wypowiadać swoich myśli na głos.

    Statek płynął dalej.

    Powoli.

    Ostrożnie.

    Z każdą chwilą góry wydawały się coraz bliższe.

    Jakby obserwowały każdy ruch okrętu.

    Nagle jeden z marynarzy zatrzymał się przy burcie.

    Zmrużył oczy.

    Widzieliście to? — zapytał cicho.

    Kilku członków załogi spojrzało we wskazanym kierunku.

    Co takiego?

    Marynarz nie odpowiedział od razu.

    Uważnie wpatrywał się w skały. 

    Dokładnie tam, gdzie pojawił się przesmyk miedzy górami.

    Przysiągłbym, że coś tam błysnęło…

    Na pokładzie zapadła cisza.

    Wszyscy spojrzeli w stronę skał.

    Jednak pomiędzy nimi panował tylko mrok.

    I cisza.

    Jakby nic nigdy się tam nie wydarzyło.

    Statek płynął dalej. 

    A góry wciąż milczały.

    📘 Kup książkę 💙 Wesprzyj blog