Ślad wysoko na skałach

Statek płynął dalej i powoli.

Niemal bezszelestnie przecinał spokojną taflę wody, zagłębiając się coraz bardziej w wąski przesmyk.

Szum fal mieszał się z cichym skrzypieniem drewnianego kadłuba.

Mgła nadal unosiła się pomiędzy skałami.

Raz odsłaniała ich wysokie ściany, aby po chwili ponownie otulić je mlecznobiałą zasłoną.

Załoga pozostawała na swoich stanowiskach.

Nikt jednak nie zapomniał słów marynarza.

„Tam wysoko na skałach… widzę coś…”

Szafira również o nich pamiętała.

Stała nieruchomo, wpatrując się w miejsce, które przed chwilą wskazał jeden z członków załogi.

Obsydian trzymał dłonie na sterze.

Widzisz coś? — zapytała cicho Szafira.

Obsydian przez moment nie odpowiadał.

Przyglądał się wysokiej skalnej półce.

Jeszcze nie.

Mgła przesunęła się nieznacznie.

Na kilka sekund odsłoniła fragment skały.

Tam! — odezwał się ponownie marynarz. — Kapitanie, tam było!

Szafira zmrużyła oczy.

Tym razem również coś dostrzegła.

Nie potrafiła jednak określić, czym było.

Wysoko ponad nimi znajdował się ciemny, regularny kształt.

Nie przypominał wystającego fragmentu skały.

Nie poruszał się.

A jednak wyraźnie odcinał się od nierównej powierzchni góry.

Obsydianie…

Widzę — odpowiedział spokojnie.

Kilku marynarzy podeszło bliżej burty.

Co to jest? — zapytał jeden z nich.

Nikt nie znał odpowiedzi.

Przez krótką chwilę kształt pozostawał widoczny.

Potem mgła ponownie przesunęła się pomiędzy skałami.

Najpierw zakryła jego dolną część.

Później resztę.

Po kilku sekundach skalna półka całkowicie zniknęła za białą zasłoną.

Jeden z marynarzy zrobił krok do przodu.

Kapitanie, może powinniśmy…

Szafira uniosła dłoń.

Nie gwałtownie.

Wystarczyło.

Marynarz zamilkł.

Nie wiemy, co widzieliśmy — powiedziała spokojnie.

Nie będziemy więc nadawać temu znaczenia, którego jeszcze nie znamy.

Spojrzała na swoich ludzi.

Zachować czujność.

Następnie odwróciła się w stronę dziobu.

Utrzymać kurs.

Utrzymać kurs — powtórzył Obsydian.

Płynęli dalej… z nadzieją i wiarą, że w końcu wydostaną się z przesmyku, który z każdą chwilą przynosił więcej pytań niż odpowiedzi.

W ciszy Dworu

Jeszcze tego samego wieczoru, gdy słońce powoli chowało się za horyzont, Serafina stała przy oknie swojej pracowni.

W dłoni wciąż trzymała pędzel, lecz jej wzrok wędrował gdzieś dalej, a myśli błądziły pośród róż kołysanych przez wiatr.

Czy próbowała odnaleźć odpowiedź?

A może wracała myślami do rozmowy z ojcem, która pozostawiła w jej sercu więcej pytań niż odpowiedzi?

Przez dłuższą chwilę nie poruszała się.

Słowa o przyszłym właścicielu obrazu powracały do niej cicho, niemal uporczywie.

Odwróciła się w stronę płótna.

Jej spojrzenie zatrzymało się na nim na dłużej.

Nie podeszła jednak bliżej.

Nie próbowała niczego zmieniać.

Jakby sama nie była jeszcze pewna, czy powinna.

W pracowni panowała cisza.

I właśnie wtedy, gdzieś w oddali, rozległ się stłumiony odgłos końskich kopyt, a do ciszy Dworu dołączyły ciche głosy służby i odgłos otwieranej bramy.

Nie wiedziała jeszcze kto przybył.

Tymczasem przed Dworem zatrzymał się jeździec.

Przez krótką chwilę spoglądał na budynek i rozciągający się wokół ogród.

Miejsce wydawało mu się spokojne i pełne harmonii.

Zsiadł z konia bez pośpiechu.

Nie było w jego zachowaniu nic gwałtownego.

Każdy gest zdradzał opanowanie i kulturę człowieka, który wiedział, że wkracza do czyjegoś domu i świata.

Gospodarz Dworu wyszedł mu na spotkanie.

Przywitał go z życzliwością i należnym szacunkiem.

Kilka spokojnych słów wystarczyło, aby gość poczuł, że jest tutaj mile widziany.

W tym samym czasie Serafina pozostawała jeszcze w swojej pracowni.

Nie wiedziała, że pod dachem Dworu pojawił się ktoś, kto już wkrótce stanie się częścią wydarzeń, których żadne z nich nie potrafiło jeszcze przewidzieć.

Po chwili do komnaty zajrzała Zofia.

Panienko… do Dworu przybył gość.

Serafina spojrzała na nią spokojnie.

Nie zapytała, kim był.

Nie podeszła w stronę okna.

Jej wzrok ponownie powędrował w stronę obrazu.

Dziękuję, Zofio — odpowiedziała cicho, a kobieta skinęła głową i pozostawiła ją samą.

Serafina jeszcze przez chwilę patrzyła na płótno.

Jakby pomiędzy tym, co już wiedziała, a tym, czego jeszcze nie potrafiła zrozumieć, pojawiła się nowa, niewidzialna nić.

Tego wieczoru pod dachem Dworu spotkały się dwa różne światy.

Serafina pozostała ze swoją tajemnicą.

A przybyły gość nie wiedział jeszcze, że jego obecność właśnie rozpoczęła kolejny etap tej historii.

Ciąg dalszy wkrótce..

Wierzby Ciszy – Rozdział 4

„Ballada o Ogrodzie Różanym” 🥀— książka w trakcie tworzenia

Drodzy Czytelnicy,

Od pewnego czasu zapraszam Was do świata Serafiny poprzez „Balladę o Ogrodzie Różanym”, którą publikuję na blogu w skróconej formie.

To jednak tylko jedna z warstw tej opowieści.

Książka, nad którą pracuję, będzie znacznie bogatsza w szczegóły, emocje i relacje między bohaterami.

Chciałabym, aby czytelnik mógł nie tylko poznać ich losy, lecz także zatrzymać się przy tym, co często najważniejsze — przy gestach, ciszy, wspomnieniach i obecności drugiego człowieka.

Relacje rodzinne, szacunek, zaufanie i bliskość są dla mnie jednymi z najważniejszych wartości tej historii.

Świat Serafiny jest delikatny. Pełen natury, czułości, wspomnień i miejsc, które potrafią przechowywać więcej niż tylko obrazy przeszłości.

Jej relacja z ojcem jest jednym z tych wątków, które szczególnie chciałabym w książce rozwinąć.

Pokazuje bowiem, że prawdziwa miłość nie potrzebuje wielkich słów. Czasem wystarczy obecność, spojrzenie albo cisza, w której dwoje ludzi rozumie się bez wyjaśnień.

Armand powoli zaczyna wkraczać do świata Serafiny, ale o jego miejscu w tej historii opowiem Wam innym razem.

Dzisiaj chcę uchylić przed Wami niewielki fragment Rozdziału 4 „Wierzby Ciszy”.

Serafina powoli podeszła ku najbliższej wierzbie. Wyciągnęła dłoń i delikatnie musnęła zwisającą gałązkę.

Na chwilę się zamyśliła.

Po chwili jednak uśmiechnęła się.

Nie dlatego, że zapomniała o tym, co wydarzyło się kilka lat wcześniej.

Ale dlatego, że znalazła się w miejscu, które tak bardzo kochała.

Wiem, jak bardzo kochasz to miejsce — odezwał się cicho ojciec.

Serafina chciała odpowiedzieć, lecz zatrzymała słowa w ciszy swojego serca.

Serafino… wiem, jak ci ciężko.

Tyle wystarczyło.

Przez chwilę żadne z nich nie potrzebowało już słów.

Wszyscy tęsknimy, moja droga Serafino — wyszeptał ojciec. — Ale gdzieś pomiędzy tymi drzewami pozostała pamięć.

Serafina ponownie dotknęła gałązki.

Drzewa słyszą, Ojcze… — wyszeptała. — Już nieraz do nich szeptałam.

Ojciec uśmiechnął się lekko.

To właśnie te drobne chwile, moja kochana córko, kiedy drzewa nucą swoje ciche melodie… i można je usłyszeć.

Co skrywają Wierzby Ciszy?

Jakie wspomnienie powraca do Serafiny właśnie w tym miejscu?

Dlaczego cisza jeziora i starych wierzb ma dla niej tak szczególne znaczenie?

Na te odpowiedzi przyjdzie jeszcze czas.

Książka powstaje spokojnie, rozdział po rozdziale.

Nie spiszę się, a każdy fragment jest głęboko przemyślany.

Chciałabym pozwolić tej historii dojrzeć i zachować wszystkie szczegóły, dzięki którym pewnego dnia będziecie mogli wejść znacznie głębiej w świat Serafiny, niż pozwala na to skrócona wersja Ballady publikowana na blogu.

Dlatego od czasu do czasu bede publikować dla Was niewielki fragment powstającej książki, aby pokazać jak bardzo ten świat rozrasta się poza krótkimi opowieściami, które już znacie.

Mam nadzieję, że fragment rozdziału 4 pozostawił Wam odrobinę ciekawości.

Za miesiąc ponownie uchylę kilka stron powstającej książki.

Dziękuję, że towarzyszycie mi podczas jej tworzenia. I dziękuję, że tak chętnie przesyłacie swoje spostrzeżenia oraz refleksje do każdej kolejnej części ballady.

Serafina i Armand to bohaterowie, którzy stali się nie tylko częścią mojej ballady, ale również zagościli głęboko i Waszych sercach. ❤️

Świadomość, że gdzieś po drugiej stronie są osoby, które czekają na dalsze losy bohaterów, jest dla autora czymś naprawdę pięknym.

Katarzyna Fabczak.

Cisza pomiędzy skałami

Burza nie ustąpiła całkowicie.

Gdzieś wysoko, ponad kamiennymi ścianami przesmyku, wciąż przetaczał się odległy pomruk grzmotu.

Niebo pozostawało ciężkie i ciemne.

Jednak im głębiej statek wpływał pomiędzy góry, tym słabszy stawał się głos burzy.

Aż w pewnej chwili… ucichł zupełnie.

Szafira uniosła wzrok. Wiatr, który jeszcze niedawno napinał żagle, niemal całkowicie zamarł.

Morze również zaczęło się uspokajać.

Fale nie uderzały już z taką siłą o kadłub.

Statek płynął dalej, powoli przecinając spokojną taflę wody.

Mgła jednak nie zniknęła.

Wciąż wydobywała się ze szczelin kamiennych ścian, miejscami spływając po nich niczym delikatna, mlecznobiała zasłona.

Jeden z marynarzy podszedł do burty.

Przez chwilę obserwował wodę.

Kapitanie… — odezwał się cicho. — Nawet morze ucichło.

Szafira spojrzała w jego stronę.

Nie odpowiedziała.

Ona również to czuła.

Cisza była inna niż wcześniej.

Nie przynosiła ukojenia.

Była głęboka. Niemal nienaturalna.

Słychać było jedynie pojedyncze krople wody spadające ze skał.

Załoga zachowywała czujność.

Nikt nie opuszczał swojego stanowiska, choć spojrzenia marynarzy coraz częściej wędrowały ku wysokim ścianom otaczającym okręt.

Obsydian stał przy sterze.

Od czasu do czasu spoglądał na Szafirę, lecz nie zadawał pytań.

Wiedział, że ona również obserwuje każdy szczegół.

Nagle jeden z marynarzy zmrużył oczy.

Wysoko ponad nimi, na skalnej półce, dostrzegł ptaki.

Było ich wiele.

Siedziały obok siebie zupełnie nieruchomo.

Żaden nie wydawał głosu.

Spójrzcie… — powiedział cicho.

Kilku marynarzy uniosło głowy.

Szafira również spojrzała w górę.

Przez kilka sekund nic się nie wydarzyło.

A potem… wszystkie ptaki poderwały się jednocześnie.

Nagły szum skrzydeł przeciął ciszę.

Stado wzbiło się ponad skały, zatoczyło szeroki łuk nad przesmykiem i zniknęło za jedną z kamiennych ścian.

Załoga śledziła je wzrokiem.

Przed czym uciekają?… — zapytał ktoś półgłosem.

Nikt nie odpowiedział.

Szafira nadal patrzyła w miejsce, w którym ptaki zniknęły.

Obsydian również.

Załoga zachowywała czujność.

Chłodny wiatr przenikał pokład, a skalne ściany sprawiały wrażenie, jakby z każdym kolejnym metrem przesmyk stawał się coraz ciaśniejszy.

Jeden z marynarzy zapytał:

Kapitanie, płyniemy dalej…?

Zwolnić.

Spokojny rozkaz Szafiry uspokoił załogę.

Płynęli dalej.

Wolno.

Spokojnie.

I cicho.

Statek niemal bezszelestnie przemierzał wąski przesmyk, jakby nawet załoga nie chciała zakłócać ciszy panującej pomiędzy górami.

Jednak jeden z marynarzy wciąż spoglądał wysoko.

Nagle zrobił krok w stronę burty i zmarszczył brwi.

Kapitanie…

Szafira odwróciła się ku niemu.

Marynarz podniósł rękę i wskazał wysoko ponad pokładem.

Tam… na górze są…

Szafira natychmiast spojrzała we wskazanym kierunku.

Obsydian oderwał wzrok od steru.

Pozostali marynarze również unieśli głowy.

A dalej, na kolejnej skale pojawiły się inne ptaki. 

Niczym strażnicy gór stały nieruchomo, wpatrując się w załogę…

I nagle ktoś inny z załogi zawołał.

Nie miał na myśli ptaków.

Tam! Wysoko na skałach… Widzę coś…

Szafira spojrzała w górę, ku pochmurnemu niebu, po czym spokojnym tonem odpowiedziała:

— Nawet jeśli coś tu jest… zachować czujność. Na stanowiska.

Przez chwilę spoglądała na swoich ludzi.

Jedność to nasza siła i moc.

I płynęli dalej, zagłębiając się w ciszę przesmyku, pośród cichego szumu fal…

Ciąg dalszy już wkrótce..

Pośród niewypowiedzianych słów 

Armand podziękował przyjacielowi za gościnę.

Choć tajemniczy ślad i zaginiony list wciąż pozostawały bez odpowiedzi, nie pozwolił, aby niepewność odebrała mu spokój.

Postanowił o świcie wyruszyć do Dworu.

Czuł, że właśnie tam kolejny fragment tej historii zacznie odsłaniać swoje tajemnice. 

Następnego poranka Serafina i jej ojciec ruszyli na poranną przejażdżkę.

Leśny zapach koił ich serca, a promienie słońca przenikały przez korony drzew, rozświetlając paprocie i stare konary.

Nie potrzebowali zbyt wielu słów.

Cisza tej wspólnej przejażdżki była dla nich równie cenna jak rozmowa.

Po pewnym czasie zatrzymali konie na rozległej łące.

Zeszli z siodeł i wsłuchali się w cichy szept natury…

Łąka mieniła się barwami bieli i złota jakby sama natura rozłożyła przed nimi najpiękniejszy kobierzec.

W oddali rozbrzmiewał śpiew ptaków, a lekki wiatr poruszał źdźbła traw, niosąc ze sobą ciszę, której nie zakłócał żaden pośpiech.

Ojciec i córka szli obok siebie bez słów.

Nie potrzebowali rozmowy.

Wystarczała im obecność drugiego człowieka i spokój tej niezwykłej chwili.

Oboje czuli, że są szczęśliwi, mogąc wspólnie podziwiać piękno natury, która zdawała się otulać ich swoim cichym szeptem.

Ale spacer po łące powoli dobiegał końca dlatego ruszyli w stronę koni.

Przez chwilę szli w ciszy, wsłuchani nadal w śpiew ptaków i spokojny rytm natury, a promienie słońca wciąż delikatnie tańczyły pośród wysokich traw.

W końcu ojciec spojrzał na Serafinę z łagodnym uśmiechem.

— Powiedz mi…,czy udało Ci się już dokończyć obraz moja droga ?

Serafina uniosła wzrok.

— Tak, Ojcze. Ostatnie pociągnięcia pędzla należały już tylko do cierpliwości.

Ojciec skinął głową z wyraźnym zadowoleniem.

Bardzo się cieszę. Wierzę, że będzie zachwycał tak samo, jak wszystkie Twoje dzieła.

Po krótkiej chwili dodał spokojnym głosem:

— Niebawem znajdzie swojego nowego właściciela.

Słowa ojca zatrzymały się w sercu Serafiny.

Na moment zamyśliła się, lecz nie odpowiedziała.

Spojrzała jedynie przed siebie, jakby pewna myśl cicho przemknęła przez jej duszę.

Nie zdradziła jednak tego, co naprawdę nosiła w sercu.

Po chwili oboje dosiedli koni i ruszyli dalej, a wiatr poniósł ich myśli w stronę wydarzeń, które miały dopiero nadejść.

Jeszcze tego samego wieczoru, gdy słońce powoli chowało się za horyzont, Serafina stanęła przy oknie swojej pracowni. 

W dłoni wciąż trzymała pędzel, lecz jej wzrok wędrował gdzieś dalej…, a myśli bładziły wsród róż kołysanych przez wiatr…

Czy próbowała odnaleźć odpowiedź?

A może wracała myślami do rozmowy, która pozostawiła w jej sercu więcej pytań niż odpowiedzi…

Ciąg dalszy wkrótce.

Kamienne ściany.

Statek znalazł się w przesmyku.

Kamienne  ściany znajdowały się blisko..

– zbyt blisko. 

Nie było strachu, choć niektórzy zastanawiali się, czy na pewno są bezpieczni. 

Kamienne skały wyglądały inaczej niż te, które do tej pory widzieli.

Szafira podeszła do burty.

Przez chwilę patrzyła na kamienne ściany.

Nie powiedziała ani słowa.

Wyciągnęła dłoń.

Jej palce musnęły chłodną, wilgotną skałę.

Obsydian zrobił to samo.

Jakby oboje chcieli upewnić się, że to, co widzą, jest rzeczywistością.

Kamień był zimny.

Szorstki.

Prawdziwy.

A jednak oboje mieli wrażenie, że góry żyją własnym rytmem.

Statek płynął bardzo powoli.

Tak blisko skał, że niemal można było dotknąć ich na całej długości pokładu.

Załoga obserwowała każdy ruch swoich dowódców.

Nikt nie odważył się przerwać tej ciszy.

Morze pozostawało spokojne.

Lecz w powietrzu wyczuwało się napięcie, którego nie potrafił wyjaśnić żaden z marynarzy.

Dopiero po dłuższej chwili Szafira spokojnie odsunęła dłoń od kamiennej ściany.

Płyniemy dalej. 

Spokojnie powiedziała pewnym głosem. 

    Obsydian skinął głową.

    Statek ruszył naprzód.

    A góry nadal milczały, choć każdy z nich czuł dziwny  otaczający ich chłód….

    Tajemniczy ślad

    Po wieczorze spędzonym przy fortepianie Serafina kolejnego poranka udała się do ogrodu.

    Wśród kwiatów i cichego szumu fontanny łatwiej było uporządkować myśli.

    Ta chwila wyciszenia była jej bardzo potrzebna. 

    Niedokończony obraz czekał.

    To był moment w którym ukojona porannym spacerem w ogrodzie postanowiła udać się do swojej pracowni. 

    Przez okno wpadało delikatne światło poranka.

    Na sztaludze czekał obraz, którego od kilku dni nie potrafiła ukończyć.

    Przedstawiał Wierzby Ciszy i jezioro.

    Jezior, które rozświetlone promieniami słońca przypominało błyszczący diament. 

    Miejsce, które od zawsze było dla niej szczególnie bliskie.

    Stare drzewa pochylające się nad ciszą mieniącego się w słońcu jeziora.

    I ciszę, którą można było niemal usłyszeć.

    Serafina przez chwilę przyglądała się swojemu dziełu.

    Wszystko wyglądało dokładnie tak, jak zapamiętała.

    A jednak coś nie dawało jej spokoju.

    Jej wzrok po raz kolejny zatrzymał się na jednym fragmencie obrazu.

    Na śladzie, który pojawił się tam niespodziewanie.

    Nie przypominał zwykłego błędu pędzla.

    Ani przypadkowej plamy farby.

    Było w nim coś, czego nie potrafiła wyjaśnić.

    Sięgnęła po pędzel.

    Delikatnie naniosła kolejne warstwy farby.

    Próbowała poprawić kształt.

    Zmienić jego linię.

    Ukryć go pośród kolorów jeziora i gałęzi.

    Cofała się kilka razy, aby spojrzeć na obraz z większej odległości.

    Lecz z każdą kolejną próbą miała wrażenie, że wszystko wygląda gorzej niż wcześniej.

    W końcu opuściła pędzel.

    I przez dłuższą chwilę milczała.

    Nie wiedziała dlaczego, ale właśnie ten fragment obrazu przyciągał jej uwagę bardziej niż wszystkie pozostałe.

    Jakby próbował opowiedzieć historię, której jeszcze nie rozumiała.

    A Wierzby Ciszy trwały niewzruszenie na płótnie.

    Skrywając więcej tajemnic, niż mogło się wydawać…

    Kamienne ściany

    Morze nadal pozostawało spokojne.

    Aż nazbyt spokojne.

    Przechył statku zdawał się należeć już do przeszłości.

    Załoga szybko wróciła do swoich obowiązków.

    Jednak im głębiej wpływali pomiędzy góry, tym częściej ich spojrzenia uciekały ku skalnym ścianom przesmyku.

    Przesmyk wydawał się inny niż wcześniej.

    Coraz ciaśniejszy.

    Coraz bardziej ponury.

    Kamienne ściany wyrastały po obu stronach okrętu niczym strażnicy pilnujący przejścia.

    Niektórzy byli przekonani, że to tylko złudzenie.

    Inni milczeli.

    Nie chcieli wypowiadać swoich myśli na głos.

    Statek płynął dalej.

    Powoli.

    Ostrożnie.

    Z każdą chwilą góry wydawały się coraz bliższe.

    Jakby obserwowały każdy ruch okrętu.

    Nagle jeden z marynarzy zatrzymał się przy burcie.

    Zmrużył oczy.

    Widzieliście to? — zapytał cicho.

    Kilku członków załogi spojrzało we wskazanym kierunku.

    Co takiego?

    Marynarz nie odpowiedział od razu.

    Uważnie wpatrywał się w skały. 

    Dokładnie tam, gdzie pojawił się przesmyk miedzy górami.

    Przysiągłbym, że coś tam błysnęło…

    Na pokładzie zapadła cisza.

    Wszyscy spojrzeli w stronę skał.

    Jednak pomiędzy nimi panował tylko mrok.

    I cisza.

    Jakby nic nigdy się tam nie wydarzyło.

    Statek płynął dalej. 

    A góry wciąż milczały.

    Gdzie las skrywa tajemnice

    Armand stał nieruchomo obok najstarszego drzewa.

    Przyjaciel milczał.

    Nie było już potrzeby słów.

    W tym miejscu nawet najprostsze zdania wydawały się zbyt głośne.

    Las wyglądał inaczej niż wcześniej.

    Powietrze stało się chłodniejsze, a pomiędzy pniami drzew unosiła się cisza, której Armand nie potrafił wyjaśnić.

    Nie była to zwykła cisza.

    Było w niej coś osobliwego.

    Coś, co sprawiało, że człowiek mimowolnie zwalniał krok.

    Nagle wiatr ustał.

    Całkowicie.

    Nie poruszał się ani jeden liść.

    Nie skrzypnęła żadna gałąź.

    Nawet konie stojące nieopodal zachowywały się

    wyjątkowo spokojnie.

    Armand wsłuchał się w otoczenie.

    I właśnie wtedy odniósł dziwne wrażenie.

    Jakby to nie oni obserwowali las.

    Jakby to las obserwował ich.

    Przez krótką chwilę miał ochotę odwrócić się za siebie.

    Sprawdzić, czy rzeczywiście są tutaj sami.

    Ale nie zrobił tego.

    Po chwili wiatr powrócił.

    Delikatnie poruszył gałęziami.

    Las znów wydawał się zwyczajny.

    A jednak coś się zmieniło.

    Armand podszedł bliżej starego drzewa.

    Jego wzrok zatrzymał się na korze.

    Dostrzegł coś, czego wcześniej nie zauważył.

    Niewielki ślad.

    Znak.

    Nie przypominał zwykłego pęknięcia ani śladu po czasie.

    Wyglądał tak, jakby miał swoje znaczenie.

    Armand przyjrzał mu się uważnie.

    I choć nie potrafił powiedzieć dlaczego, miał wrażenie, że ten znak nie znalazł się tutaj przypadkiem…

    Właśnie dlatego chciałem ci to pokazać. Powiedział cicho przyjaciel.

    Armand nie odpowiedział.

    Nie potrafił oderwać wzroku od starego drzewa.

    A pytań było coraz więcej…

    Przyjaciel pod księżycem.

    ,,Opowieści z Głębin “

    🐠

    Konik morski płynął tej nocy spokojnie przez błękitne wody oceanu.

    Księżyc odbijał się na powierzchni morza, a gwiazdy migotały wysoko nad falami.

    Nagle zauważył małą rybkę.

    Płynęła powoli.

    Nie wyglądała na smutną.

    Nie wyglądała też na przestraszoną.

    Po prostu była sama.

    — Dokąd płyniesz? — zapytał konik morski.

    Nie wiem — odpowiedziała rybka z uśmiechem. — Po prostu przed siebie.

    Konik morski zaśmiał się.

    To zabawne. Ja też.

    Przez chwilę płynęli obok siebie w ciszy.

    Ocean był spokojny.

    Nie musieli rozmawiać.

    Nie musieli niczego udowadniać.

    Po prostu byli obok siebie.

    Po pewnym czasie rybka spojrzała na konika.

    — Wiesz, czasami myślę, że najpiękniejsze spotkania są właśnie takie.

    Jakie? — zapytał.

    Takie, kiedy ktoś nie próbuje zmieniać naszego kursu.
    Tylko płynie kawałek drogi razem z nami.

    Konik morski spojrzał na odbicie księżyca.

    I pomyślał, że jego nowa przyjaciółka ma rację.

    🩵

    Bo przyjaźń nie zawsze polega na wielkich słowach.

    Czasem wystarczy, że ktoś płynie obok.

    📘 Kup książkę 💙 Wesprzyj blog