Kamienne ściany.

Statek znalazł się w przesmyku.

Kamienne  ściany znajdowały się blisko..

– zbyt blisko. 

Nie było strachu, choć niektórzy zastanawiali się, czy na pewno są bezpieczni. 

Kamienne skały wyglądały inaczej niż te, które do tej pory widzieli.

Szafira podeszła do burty.

Przez chwilę patrzyła na kamienne ściany.

Nie powiedziała ani słowa.

Wyciągnęła dłoń.

Jej palce musnęły chłodną, wilgotną skałę.

Obsydian zrobił to samo.

Jakby oboje chcieli upewnić się, że to, co widzą, jest rzeczywistością.

Kamień był zimny.

Szorstki.

Prawdziwy.

A jednak oboje mieli wrażenie, że góry żyją własnym rytmem.

Statek płynął bardzo powoli.

Tak blisko skał, że niemal można było dotknąć ich na całej długości pokładu.

Załoga obserwowała każdy ruch swoich dowódców.

Nikt nie odważył się przerwać tej ciszy.

Morze pozostawało spokojne.

Lecz w powietrzu wyczuwało się napięcie, którego nie potrafił wyjaśnić żaden z marynarzy.

Dopiero po dłuższej chwili Szafira spokojnie odsunęła dłoń od kamiennej ściany.

Płyniemy dalej. 

Spokojnie powiedziała pewnym głosem. 

    Obsydian skinął głową.

    Statek ruszył naprzód.

    A góry nadal milczały, choć każdy z nich czuł dziwny  otaczający ich chłód….

    Tajemniczy ślad

    Po wieczorze spędzonym przy fortepianie Serafina kolejnego poranka udała się do ogrodu.

    Wśród kwiatów i cichego szumu fontanny łatwiej było uporządkować myśli.

    Ta chwila wyciszenia była jej bardzo potrzebna. 

    Niedokończony obraz czekał.

    To był moment w którym ukojona porannym spacerem w ogrodzie postanowiła udać się do swojej pracowni. 

    Przez okno wpadało delikatne światło poranka.

    Na sztaludze czekał obraz, którego od kilku dni nie potrafiła ukończyć.

    Przedstawiał Wierzby Ciszy i jezioro.

    Jezior, które rozświetlone promieniami słońca przypominało błyszczący diament. 

    Miejsce, które od zawsze było dla niej szczególnie bliskie.

    Stare drzewa pochylające się nad ciszą mieniącego się w słońcu jeziora.

    I ciszę, którą można było niemal usłyszeć.

    Serafina przez chwilę przyglądała się swojemu dziełu.

    Wszystko wyglądało dokładnie tak, jak zapamiętała.

    A jednak coś nie dawało jej spokoju.

    Jej wzrok po raz kolejny zatrzymał się na jednym fragmencie obrazu.

    Na śladzie, który pojawił się tam niespodziewanie.

    Nie przypominał zwykłego błędu pędzla.

    Ani przypadkowej plamy farby.

    Było w nim coś, czego nie potrafiła wyjaśnić.

    Sięgnęła po pędzel.

    Delikatnie naniosła kolejne warstwy farby.

    Próbowała poprawić kształt.

    Zmienić jego linię.

    Ukryć go pośród kolorów jeziora i gałęzi.

    Cofała się kilka razy, aby spojrzeć na obraz z większej odległości.

    Lecz z każdą kolejną próbą miała wrażenie, że wszystko wygląda gorzej niż wcześniej.

    W końcu opuściła pędzel.

    I przez dłuższą chwilę milczała.

    Nie wiedziała dlaczego, ale właśnie ten fragment obrazu przyciągał jej uwagę bardziej niż wszystkie pozostałe.

    Jakby próbował opowiedzieć historię, której jeszcze nie rozumiała.

    A Wierzby Ciszy trwały niewzruszenie na płótnie.

    Skrywając więcej tajemnic, niż mogło się wydawać…

    Kamienne ściany

    Morze nadal pozostawało spokojne.

    Aż nazbyt spokojne.

    Przechył statku zdawał się należeć już do przeszłości.

    Załoga szybko wróciła do swoich obowiązków.

    Jednak im głębiej wpływali pomiędzy góry, tym częściej ich spojrzenia uciekały ku skalnym ścianom przesmyku.

    Przesmyk wydawał się inny niż wcześniej.

    Coraz ciaśniejszy.

    Coraz bardziej ponury.

    Kamienne ściany wyrastały po obu stronach okrętu niczym strażnicy pilnujący przejścia.

    Niektórzy byli przekonani, że to tylko złudzenie.

    Inni milczeli.

    Nie chcieli wypowiadać swoich myśli na głos.

    Statek płynął dalej.

    Powoli.

    Ostrożnie.

    Z każdą chwilą góry wydawały się coraz bliższe.

    Jakby obserwowały każdy ruch okrętu.

    Nagle jeden z marynarzy zatrzymał się przy burcie.

    Zmrużył oczy.

    Widzieliście to? — zapytał cicho.

    Kilku członków załogi spojrzało we wskazanym kierunku.

    Co takiego?

    Marynarz nie odpowiedział od razu.

    Uważnie wpatrywał się w skały. 

    Dokładnie tam, gdzie pojawił się przesmyk miedzy górami.

    Przysiągłbym, że coś tam błysnęło…

    Na pokładzie zapadła cisza.

    Wszyscy spojrzeli w stronę skał.

    Jednak pomiędzy nimi panował tylko mrok.

    I cisza.

    Jakby nic nigdy się tam nie wydarzyło.

    Statek płynął dalej. 

    A góry wciąż milczały.

    Gdzie las skrywa tajemnice

    Armand stał nieruchomo obok najstarszego drzewa.

    Przyjaciel milczał.

    Nie było już potrzeby słów.

    W tym miejscu nawet najprostsze zdania wydawały się zbyt głośne.

    Las wyglądał inaczej niż wcześniej.

    Powietrze stało się chłodniejsze, a pomiędzy pniami drzew unosiła się cisza, której Armand nie potrafił wyjaśnić.

    Nie była to zwykła cisza.

    Było w niej coś osobliwego.

    Coś, co sprawiało, że człowiek mimowolnie zwalniał krok.

    Nagle wiatr ustał.

    Całkowicie.

    Nie poruszał się ani jeden liść.

    Nie skrzypnęła żadna gałąź.

    Nawet konie stojące nieopodal zachowywały się

    wyjątkowo spokojnie.

    Armand wsłuchał się w otoczenie.

    I właśnie wtedy odniósł dziwne wrażenie.

    Jakby to nie oni obserwowali las.

    Jakby to las obserwował ich.

    Przez krótką chwilę miał ochotę odwrócić się za siebie.

    Sprawdzić, czy rzeczywiście są tutaj sami.

    Ale nie zrobił tego.

    Po chwili wiatr powrócił.

    Delikatnie poruszył gałęziami.

    Las znów wydawał się zwyczajny.

    A jednak coś się zmieniło.

    Armand podszedł bliżej starego drzewa.

    Jego wzrok zatrzymał się na korze.

    Dostrzegł coś, czego wcześniej nie zauważył.

    Niewielki ślad.

    Znak.

    Nie przypominał zwykłego pęknięcia ani śladu po czasie.

    Wyglądał tak, jakby miał swoje znaczenie.

    Armand przyjrzał mu się uważnie.

    I choć nie potrafił powiedzieć dlaczego, miał wrażenie, że ten znak nie znalazł się tutaj przypadkiem…

    Właśnie dlatego chciałem ci to pokazać. Powiedział cicho przyjaciel.

    Armand nie odpowiedział.

    Nie potrafił oderwać wzroku od starego drzewa.

    A pytań było coraz więcej…

    Przyjaciel pod księżycem.

    ,,Opowieści z Głębin “

    🐠

    Konik morski płynął tej nocy spokojnie przez błękitne wody oceanu.

    Księżyc odbijał się na powierzchni morza, a gwiazdy migotały wysoko nad falami.

    Nagle zauważył małą rybkę.

    Płynęła powoli.

    Nie wyglądała na smutną.

    Nie wyglądała też na przestraszoną.

    Po prostu była sama.

    — Dokąd płyniesz? — zapytał konik morski.

    Nie wiem — odpowiedziała rybka z uśmiechem. — Po prostu przed siebie.

    Konik morski zaśmiał się.

    To zabawne. Ja też.

    Przez chwilę płynęli obok siebie w ciszy.

    Ocean był spokojny.

    Nie musieli rozmawiać.

    Nie musieli niczego udowadniać.

    Po prostu byli obok siebie.

    Po pewnym czasie rybka spojrzała na konika.

    — Wiesz, czasami myślę, że najpiękniejsze spotkania są właśnie takie.

    Jakie? — zapytał.

    Takie, kiedy ktoś nie próbuje zmieniać naszego kursu.
    Tylko płynie kawałek drogi razem z nami.

    Konik morski spojrzał na odbicie księżyca.

    I pomyślał, że jego nowa przyjaciółka ma rację.

    🩵

    Bo przyjaźń nie zawsze polega na wielkich słowach.

    Czasem wystarczy, że ktoś płynie obok.

    Krótka chwila światła

    Przez pewien moment chmury rozstąpiły się nad przesmykiem.

    Między górami pojawił się pierwszy blask wschodzącego słońca.

    Szafira i Obsydian obserwowali go w milczeniu.

    Ale nie trwało to długo.

    Zaledwie kilka chwil.

    Wystarczyło jednak, aby przypomnieć załodze, że nawet po najciemniejszej nocy światło zawsze odnajduje drogę.

    A potem chmury ponownie zamknęły przejście.

    I wszystko wróciło do ciszy…

    Gdzie las skrywa tajemnice

    Wieczorne powietrze było chłodne, a wiatr poruszał gałęziami w sposób, który budził niepokój.

    Armand czuł, że ta droga prowadzi do czegoś znacznie większego niż zaginięcie listu.

    A odpowiedzi, których szukał, mogły zmienić więcej, niż przypuszczał.

    Las z każdą chwilą stawał się coraz bardziej cichy.

    Droga, którą podążali, nie przypominała już ścieżek znanych mieszkańcom okolicy.

    Powietrze zrobiło się chłodniejsze.

    Nie był to jednak zwykły chłód wieczoru.

    Pomiędzy drzewami unosiło się coś trudnego do opisania.

    Jakby samo miejsce skrywało własny oddech.

    Armand od pierwszej chwili miał wrażenie, że ten fragment lasu różni się od wszystkich pozostałych.

    Drzewa rosły bliżej siebie.

    Ich pnie były znacznie grubsze, a korony tak rozłożyste, że niemal całkowicie przesłaniały niebo.

    Niektóre wyglądały tak, jakby pamiętały czasy, o których nie zachowała się już żadna opowieść.

    Przyjaciel zauważył jego spojrzenie.

    Mój dziadek mawiał, że ten fragment lasu ma własną historię — powiedział cicho.

    Armand spojrzał na niego z zaciekawieniem.

    Własną historię?

    Tak.

    Przez pokolenia opowiadano, że niektóre z tych drzew są starsze niż najdawniejsze kroniki.

    Starsze niż pamięć ludzi.

    Mówiono również, że las nigdy nie zdradza swoich tajemnic tym, którzy przychodzą tu jedynie z ciekawości.

    Armand słuchał uważnie.

    Przyjaciel przez chwilę milczał.

    Posłuchaj.

    Las wydawał się nieruchomy.

    Początkowo Armand nie słyszał nic.

    Potem jednak dotarł do niego bardzo delikatny dźwięk.

    Tak subtelny, że trudno było stwierdzić, czy naprawdę istnieje.

    Nie przypominał śpiewu ptaków.

    Ani szumu liści.

    Brzmiał raczej jak cichy szept unoszący się gdzieś pomiędzy korzeniami i wędrujący ku najwyższym konarom.

    Jakby całe to miejsce mówiło własnym językiem.

    Nagle pomiędzy drzewami przemknął zimny podmuch.

    Tak gwałtowny, że poruszył gałęzie nad ich głowami.

    A chwilę później wszystko ucichło.

    Zupełnie.

    Las zamarł.

    Jakby nasłuchiwał każdego kroku przybysza.

    Przyjaciel ruszył powoli przed siebie.

    Zmierzał w stronę jednego z drzew.

    Było potężniejsze od pozostałych.

    Stare.

    Milczące.

    Jakby od wieków strzegło czegoś, czego nie wolno było naruszyć.

    Chodź — powiedział spokojnie.

    Armand podszedł bliżej.

    Wtedy jego wzrok zatrzymał się na czymś znajdującym się na korze.

    Przez chwilę nie potrafił oderwać od tego spojrzenia.

    Coś tam było.

    Coś nietypowego.

    Coś, czego nie spodziewał się zobaczyć.

    A jednak właśnie to przykuło jego uwagę bardziej niż wszystko, co zobaczył tego dnia.

    I wtedy zrozumiał, że przyjaciel nie przyprowadził go tutaj bez powodu.

    Cisza, która nie dawała odpowiedzi.

    Noc otuliła statek spokojem.

    Po raz pierwszy od wielu godzin na pokładzie nie było słychać pośpiesznych kroków, nawoływań ani odgłosów wylewanej za burtę wody.

    Załoga spała.

    Zmęczona walką z tajemniczym deszczem i ciężkimi kroplami, które jeszcze niedawno zalewały pokład.

    Morze wydawało się spokojne.

    Zbyt spokojne.

    Szafira stała przy burcie.

    Nie mogła zasnąć.

    Jej wzrok błądził po ciemnej tafli wody, która odbijała srebrne światło księżyca.

    Coś nie dawało jej spokoju.

    Nie potrafiła tego nazwać.

    Nie był to strach.

    Nie było też żadnego zagrożenia, które mogłaby dostrzec.

    A jednak czuła, że coś się zmieniło.

    Jakby samo morze wstrzymało oddech.

    Daleko nad górami przesuwały się resztki chmur.

    Pomiędzy nimi błyszczał księżyc.

    Wąski i srebrzysty.

    Przypominający strażnika czuwającego nad przejściem pomiędzy skalnymi ścianami.

    Szafira spojrzała ku horyzontowi.

    Wydawało jej się, że góry są bliżej niż wcześniej.

    Znacznie bliżej.

    Jakby powoli zamykały wokół nich swoją kamienną bramę.

    W tym samym czasie Obsydian sprawdzał mapy.

    Rozłożone jedna obok drugiej.

    Po raz kolejny próbował ustalić ich położenie.

    Liczby się zgadzały.

    Ale kierunek nie.

    Zmarszczył brwi.

    Spojrzał na kompas.

    Igła zadrżała.

    Przez chwilę wskazała północ.

    Potem zachód.

    Następnie obróciła się jeszcze raz.

    Jakby sama nie wiedziała, gdzie znajduje się statek.

    Obsydian milczał.

    Nie powiedział o tym Szafirze, która z lekkim niepokojem spoglądała w dal i głębię cichego morza. 

    Jakby wiedziała, że między górami kryje się coś czego nikt potrafił zrozumieć. 

    Obsydian odłożył kompas i w ciszy zastanawiał się szukając odpowiedzi której nie było. 

    Ale były pytania.

    Coraz więcej myśli zaprzątało jego głowę. 

    Na pokładzie nadal panowała błoga cisza.

    Fale delikatnie uderzały o kadłub.

    Liny wisiały nieruchomo.

    Nawet wiatr zdawał się odpoczywać.

    Kilku marynarzy spało opartych o beczki.

    Inni przykryli się płaszczami i zasnęli tam, gdzie wcześniej walczyli z wodą.

    Po raz pierwszy od wielu godzin wszystko wyglądało normalnie.

    Spokojnie.

    Bezpiecznie.

    I wtedy…

    Statek drgnął.

    Lekko.

    Prawie niezauważalnie.

    Szafira odwróciła głowę.

    Obsydian podniósł wzrok znad map.

    Przez pokład przebiegł cichy trzask drewna.

    Nastąpił drugi ruch.

    Mocniejszy.

    Statek przechylił się na bok.

    Nie było wiatru.

    Nie było fali.

    Nie było sztormu.

    A jednak cały okręt wyraźnie pochylił się w jedną stronę.

    Kubek stojący przy mapach zsunął się ze stołu.

    Kilka osób z załogi gwałtownie się obudziło.

    Na pokładzie zapadła cisza cięższa niż wcześniej.

    Kapitanie… — odezwał się ktoś w ciemności.

    Szafira nie odpowiedziała.

    Patrzyła przed siebie.

    Bo po raz pierwszy od początku wyprawy wiedziała jedno.

    To nie był przypadek.

    W ciszy gabinetu

    Serafina zatrzymała się przed ciężkimi drzwiami gabinetu.

    Przez chwilę patrzyła na rzeźbione drewno, zastanawiając się, dlaczego ojciec poprosił ją o rozmowę.

    Zapukała cicho.

    Wejdź, moja droga.

    W głosie ojca nie było pośpiechu.

    Gabinet pachniał drewnem, starymi księgami i suszonymi ziołami, które od lat stały na parapecie.

    Ojciec siedział przy biurku.

    Na jego twarzy pojawił się łagodny uśmiech, gdy zauważył bukiet róż, który Serafina przyniosła ze sobą.

    Są piękne — powiedział.

    Delikatnie dotknął jednego z kwiatów.

    Tak jak osoba, która je wybrała.

    Serafina uśmiechnęła się nieśmiało.

    Wiedziałam, że będą ci się podobały.

    Ojciec spojrzał na nią z czułością.

    — Wszystko, co wychodzi spod twoich rąk, sprawia mi radość.

    Na chwilę w gabinecie zapadła cisza.

    Serafina usiadła naprzeciw niego.

    Wciąż jednak nie wiedziała, dlaczego ją wezwał.

    Ojciec zauważył pytanie ukryte w jej spojrzeniu.

    — Domyślam się, że zastanawiasz się, po co cię poprosiłem.

    Odrobinę — przyznała.

    Ojciec odchylił się w fotelu.

    Chciałem z tobą porozmawiać o Julianie.

    Serafina nie odpowiedziała.

    Jego przyjazd nie jest przypadkowy.

    Wyszeptał delikatne ojciec.

    Są spotkania, które planujemy sami, Serafino… i takie, które przychodzą do nas we właściwym czasie.

    Przez moment zastanawiała się nad znaczeniem tych słów.

    Ojciec jednak nie rozwijał tematu.

    Jakby celowo pozostawiał część odpowiedzi dla przyszłości.

    Po chwili spojrzał w stronę okna i na obraz Serafiny, który namalowała dla niego jakiś czas temu.

    Malujesz pięknie Serafino – wyszeptał czule ojciec.

    – Ten obraz wiele dla mnie znaczy.

    Wiesz o tym.

    Przypomina mi nasze wspólne wyprawy do Wierzb Ciszy i łąki przyozdobionej w urzekające kolorowe kwiaty.

    A powiedz mi proszę, co z Twoim nowym obrazem ? – zapytał spokojnie ojciec.

    Serafina zamarła.

    Przed oczami natychmiast pojawił się tajemniczy ślad na płótnie.

    Ten sam, którego nie potrafiła wyjaśnić.

    Pracuję nad nim — odpowiedziała ze spokojem w sercu.

    Ojciec skinął głową.

    Nie zadawał więcej pytań.

    Nie nalegał.

    Znał swoją córkę wystarczająco dobrze, aby wiedzieć, że sama opowie mu wszystko, gdy nadejdzie odpowiedni moment.

    Twoje obrazy są darem, Serafino.

    Nigdy o tym nie zapominaj.

    W jego głosie pobrzmiewała szczera troska.

    To właśnie w nich odnajdujesz siebie.

    I właśnie dlatego tak bardzo zależy mi na twojej przyszłości.

    Słowa ojca ogrzały jej serce.

    Po chwili rozmowa dobiegła końca.

    Serafina opuściła gabinet żegnając ojca.

    Ale postanowiła jeszcze tego samego popołudnia udać się do swojej pracowni.

    Za oknem dzień powoli przechodził w wieczór.

    Na sztaludze czekał obraz.

    A wraz z nim ślad, którego nie potrafiła zrozumieć.

    Przez chwilę stała nieruchomo.

    Potem sięgnęła po pędzel.

    Na palecie pojawiły się nowe barwy.

    Jedna po drugiej nakładała je na płótno.

    Z cierpliwością.

    Z nadzieją.

    Próbując przywrócić obrazowi dawną harmonię.

    A czy jej się udało wiedziała tego wieczoru tylko ona.

    W drodze do Dworu

    Serafina szykowała się na spotkanie z ojcem.

    Kosz róż, który przygotowywała wcześniej z takim zaangażowaniem czekał na odpowiedni moment.

    Moment w którym będzie mogła podziękować ojcu.

    I tylko ona wiedziała jak bardzo go kocha.

    A każda wspólna rozmowa była dla niej powodem do wdzięczności za wszystko co dla niej robi.

    Tymczasem Julian przemierzał leśne ścieżki prowadzące w stronę Dworu.

    Promienie słońca przedzierały się przez korony drzew, oświetlając drogę, którą podążał spokojnym krokiem.

    Las zdawał się skrywać własne tajemnice, a on pozostawał sam ze swoimi myślami.

    Nie spieszył się.

    Każdy kolejny zakręt przybliżał go do miejsca, o którym słyszał już tak wiele.

    Do spokojnego Dworu Serafiny.

    Jednak to, co naprawdę zaprzątało jego umysł, pozostawało wyłącznie jego tajemnicą.

    Tego dnia jedynie wiatr był świadkiem myśli, które towarzyszyły mu w drodze…

    📘 Kup książkę