Chee Dale – spacer wśród skał, lasu i szumu rzeki.

Opowieść o miejscu, które koi i zostaje w pamięci na dłużej.

Chee Dale tam, gdzie cisza ma swój własny rytm.

Drzewa pokryte mchem wyglądają, jakby pamiętały więcej niż my, a szum wody towarzyszy niemal przez całą drogę, prowadząc krok po kroku dalej.

Niektóre miejsca nie kończą się na jednej historii one zostają z nami na dłużej.

Szlak prowadził dalej, coraz głębiej między skały, które wznosiły się wysoko, jakby chciały zatrzymać czas w swoim cieniu.

Skały w Chee Dale mają w sobie coś niezwykłego.

Nie są tylko tłem dla wędrówki.

Są świadkami czasu.

Powstawały przez tysiące lat, warstwa po warstwie,

kształtowane przez wodę, wiatr i ciszę, której nie da się usłyszeć, a którą można poczuć.

Ich ściany są wysokie, miejscami niemal pionowe.

Surowe, a jednocześnie żywe ponieważ między nimi wciąż toczy się życie.

Woda powoli sączy się po ich powierzchni, kropla po kropli, jakby przypominała, że nawet najtwardsza skała ulega temu, co cierpliwe.

Można podejść bardzo blisko.

Stanąć tuż przy nich.

A nawet wejść pod skalne ściany i poczuć ich chłód.

To szczególne uczucie jakby na chwilę znaleźć się w innym świecie.

A gdzieś wyżej widać ludzi wspinających się po tych naturalnych formacjach.

Małe sylwetki na tle ogromu skał.

Pokazujące, jak niewielcy jesteśmy wobec natury,

a jednocześnie jak bardzo chcemy być jej częścią.

I właśnie w tym jest coś pięknego.

Nie tylko patrzeć ale być częścią leśnej delikatności.

Każdy krok w głąb lasu powoli odkrywał głębię i cudowne walory.

Zieleń stawała się jeszcze bardziej soczysto zielona z wyraźną głębią , wilgotna i spokojna.

Mech pokrywający kamienie i pnie drzew wyglądał jak naturalny dywan cichy, ale pełen życia.

A gdzieś obok, niemal przez cały czas, towarzyszył nam szum rzeki.

Nie narzucał się.

Nie przyciągał uwagi na siłę.

Był po prostu obecny stały, kojący, jakby prowadził nas swoją własną drogą.

Właśnie w tej ciszy, między jednym krokiem, a drugim, pojawiło się coś, czego się nie planuje.

Mała owieczka.

Stała spokojnie, patrząc z ciekawością,

jakby sama dopiero uczyła się tego świata.

Nie było w niej pośpiechu.

Tylko delikatność i obecność.

To było jedno z tych spotkań, które trwają krócej niż chwilę , a zostają na dłużej w myślach i sercu.

Bo czasem to nie miejsce jest najważniejsze, ale moment, w którym naprawdę się zatrzymujemy.

Chee Dale

Chee Dale droga, która uczy spokoju

Niektóre miejsca potrafią zachwycić.

To cisza i piękno natury, która od pierwszego kroku daje poczucie zachwytu i wdzięczności.

Na wyprawę do Chee Dale wybrałam się razem z moją córką.

I jestem jej za to bardzo wdzięczna.

Wspólnie spędzony czas z bliskimi to najpiękniejszy moment, który na długo pozostaje w sercu.

W zacisznym miejscu mogłyśmy cieszyć się swoją obecnością.

Wzruszyłam się, ponieważ dokładnie rok temu spędziłyśmy razem cały dzień w Lake District.

Uroczym miejscu, które zachwycało widokami podobnie jak Chee Dale.

Pływałyśmy kajaki po jeziorze, a potem z zachwytem filmowałyśmy kwiaty i każdy dar natury, który tego dnia był w naszym zasięgu.

Na bieżąco z tego cudownego miejsca publikowałam dla Was zdjęcia i filmy na Facebooku

Jednak następnego dnia mój świat zmienił się o 180.C

Zmienił się nagle i niespodziewanie.

Moja córka walczyła o życie w szpitalu, a każdy dzień był dla nas wyzwaniem i niepewnością.

Wtedy miałam nadzieję.

I właśnie nadzieja pozwalała mi przetrwać te trudne dni, które nie chciały się skończyć.

Nie spodziewałam się takiego zwrotu sytuacji.

Bo kto przypuszczałby, że nowy kolejny dzień zamiast radości przyniesie ból i niepewność.

Dlatego w ciszy lasu z wdzięcznością za spacer, spojrzałam na nią i pomyslałam głęboko w sercu o tym co wydarzyło się – dokładnie rok temu.

Nadal mamy siebie.

Nadal możemy spędzać czas razem.

A ja jestem szczęśliwa za to, że Bóg pozwolił mi być blisko niej.

Wdzięczna za to, że dostałyśmy kolejną szansę.

Tu i teraz pośród zieleni i pośród skał.

Pośród drzew otulonych zielonym mchem.

I w pobliżu rzeki, której podążałyśmy razem ja i ona- moja najdroższa córka.

I choć na mapie to 10 kilometrów dla mnie była to droga znacznie głębsza.

Nie była to szybka wędrówka, czy wyprawa „na wynik”.

To była droga przeżyta w swoim tempie.

Z wewnętrznym spokojem w sercu.

Z przerwami i z pełną ostrożnością na każdy krok oraz każdy oddech.

Nauczyłam się żyć ze spokojem, powoli.

Mam swoje ograniczenia.

To tempo dostosowane do moich fizycznych ograniczeń.

I właśnie dlatego ta wyprawa znaczy dla mnie jeszcze więcej.

Mogłam się zatrzymać i pomyśleć o najważniejszych rzeczach w życiu.

O wdzięczności.

O harmonii z przyrodą.

O darach, które nie oczekują niczego w zamian jak tylko szacunku i miłości.

Miłości opartej na respektowaniu tego co nas tak bardzo zachwyca.

Tego co nas wzrusza.

Tego co trwa i będzie trwać nawet wtedy kiedy nas już tutaj nie będzie.

Chee Dale zachwyciło mnie od pierwszej chwili.

Wysokie skały, ścieżki prowadzące wzdłuż rzeki i zieleń, która nie jest tylko tłem ale żywą częścią tego miejsca.

Drzewa pokryte mchem wyglądają jakby pamiętały więcej niż my, a szum wody towarzyszy niemal przez całą drogę, prowadząc krok po kroku dalej.

A to dopiero początek opowieści.

W kolejnych wpisach pokażę Wam więcej.

Są miejsca, które nie kończą się na jednej historii

one zostają z nami na dłużej.

📘 Kup książkę