Statek wpłynął między góry.

Nie były już tylko zarysem na horyzoncie.
Otaczały ich teraz z każdej strony.
Wysokie, surowe, milczące.
Ściany skalne wznosiły się niemal pionowo, a ich cień pochłaniał światło, które jeszcze niedawno prowadziło ich przez morze.
Powietrze stało się cięższe.
Gęstsze.
Jakby każdy oddech miał znaczenie.
Załoga spojrzała po sobie.
Bo nagle… zaczęły pojawiać się krople.
Nie pojedyncze.
Nieprzypadkowe.
Spadały na pokład coraz częściej.
Cicho, rytmicznie… niepokojąco.
A jednak nikt się nie poruszył.
Załoga stała w zwartym szyku.
Spokojnie.
Bez strachu.
Choć nikt nie wiedział, skąd się pojawiły.
Ktoś uniósł dłoń, sprawdzając wilgoć.
— To nie jest deszcz…
Padła odpowiedź z załogi.
— Morze tak nie oddycha.
Zapadła cisza.

Nie ciężka.
Nie pusta.
Cisza, która coś ukrywała.
Szept rozszedł się po pokładzie.
— Słyszałem kiedyś… o Strażniku…
— Mówili, że nie zawsze się pokazuje…
— Że jego obecność czuć, zanim się go zobaczy…
Jedni wracali do opowieści.
Inni szukali logiki.
Ale nawet ci najbardziej racjonalni zaczęli patrzeć w górę częściej, niż chcieli przyznać.
Krople spadały dalej.
Już nie pojedynczo.
Coraz gęściej.
Ciężej.
Jakby… coś było nad nimi.

