Miłość to nie tylko słowa

Drodzy, dzisiaj kilka słów prosto z serca.

Są takie momenty, kiedy zatrzymujemy się na chwilę…

i zaczynamy patrzeć głębiej nie tylko na innych, ale też na siebie.

Mój tomik wciąż jest w drodze.

Już bliżej choć nie zawsze tak prostej, jak mogłoby się wydawać.

Bo to, co najważniejsze, dojrzewa w ciszy w doświadczeniach i w refleksji.

Miłość.

Często mówimy, że miłość to piękny dar,

ale tak rzadko zatrzymujemy się,

aby zrozumieć jej prawdziwą głębię.

Bo miłość to nie tylko słowa.

To obecność i cierpliwość.

Czułe słowa i tkliwy dotyk.

Ciche trwanie obok wtedy,

gdy nie wszystko jest łatwe.

Miłość to prawdziwa szczerość,

która nie szuka własnych korzyści.

tylko kocha zawsze i wszędzie.

A przede wszystkim prawdziwie.

Natomiast przyjaźń,

to coś więcej niż rozmowy i wspólne chwile.

To dłoń, która pojawia się wtedy,

gdy najbardziej jej potrzebujemy.

To wsparcie bez pytania.

To dobro, które nie oczekuje nic w zamian.

I może właśnie dlatego tak łatwo zapominamy,

jak wiele zawdzięczamy innym ludziom…

A przecież wdzięczność

nie potrzebuje wielkich słów.

Czasem wystarczy jedno

dziękuję.

❤️

Bliskość, która zostaje

Bliskość nie zawsze oznacza obecność.

Czasem ktoś jest obok, a jednak daleko.

A czasem wystarczy jedno spojrzenie, jedno słowo,

aby poczuć, że ktoś naprawdę jest.

Są takie więzi, które trwają mimo odległości.

Nie potrzebują codziennych rozmów,

a jednak pozostają żywe,

w myślach, w pamięci,

w cichym poczuciu obecności.

To bliskość, której nie widać,

ale którą się czuje.

A jest też ta druga…

Ta najbliższa.

Obecna tu i teraz.

W dotyku dłoni.

W objęciach.

W codziennym byciu razem.

To właśnie ona sprawia,

że zwykłe chwile stają się ważne.

Bliskość nie jest oczywista.

Nie przychodzi sama.

To przestrzeń, w której można być sobą

bez napięcia, bez udawania.

I może właśnie dlatego…

jest tak cenna.

Drodzy, to tylko fragment refleksji…

więcej o bliskości już wkrótce w moim tomiku.

Z sercem dla Was

Katarzyna

Przyjęcie w dworze

W dworze Serafiny dni zaczęły przybierać inny rytm.

Nie był to już spokojny porządek codzienności, lecz delikatne napięcie, które unosiło się w powietrzu niczym zapowiedź czegoś ważnego.

Światła miały zapłonąć. Muzyka miała wypełnić sale. A oczekiwany gość miał wkrótce przybyć.

Ojciec Serafiny zaprosił przyjaciół.

Zadbał o wszystko, aby tego dnia jego córka była naprawdę szczęśliwa.

Miał też przygotowany dla niej szczególny dar.

Kochał ją bardzo. Nie bez powodu zaprosił jegomościa, który znał się na sztuce.

Serafina tworzyła piękne obrazy.

A on pragnął, aby jej talent został dostrzeżony.

Wiedział, że „Różany Ogród” jest dla niej wszystkim, jej cudem świata, miejscem, które kochała nad życie.

A obrazy… były spełnieniem jej duszy, jej najskrytszych marzeń. Malując, widziała więcej niż tylko ogród pełen kwiatów.

Była to dusza artysty, prowadząca myśli i nadająca kształt temu, co podpowiadało serce.

W dworze panowała atmosfera przygotowań i cichej ekscytacji.

Zofia poruszała się szybciej niż zwykle, choć wciąż z tą samą dokładnością.

Serafina pozostawała spokojna, lecz od czasu do czasu oddalała się do ogrodu,

by w ciszy powrócić myślami do obrazu.

Wracała do niego etapami.

Do pracowni weszła Zofia.

— Czy panienka życzy sobie herbaty? — zapytała uprzejmie.

Po chwili dodała ciszej:

Panienko Serafino… jutro przyjęcie. Pański ojciec zaprosił podobno kogoś znanego.

Zapadła cisza. Serafina nie odpowiedziała od razu.

Słowo „znany” nie zrobiło na niej wrażenia.

Nie jeszcze.

Nie teraz.

Tymczasem, wiele mil dalej…

Wieczór przyniósł Armandowi niespodziewaną wiadomość. Nie była ona oficjalna.

Krążyła między ludźmi , jak to bywało przy okazji przyjęć w dworach.

W jednej z rozmów ktoś powiedział mimochodem:

— W dworze Serafiny odbędzie się przyjęcie.

— Podobno przyjedzie ktoś… kto doskonale zna się na sztuce.

—Mówią, że jego nazwisko pojawia się tam, gdzie sztuka spotyka się z uznaniem.

Armand uniósł lekko głowę.

Znał z opowieści pewnego jegomościa.

Jeśli dobrze pamiętał, jego prace cieszyły się niemałą sławą. Nie wypowiedział jednak nazwiska.

Zatrzymał je dla siebie. Ale coś w tych słowach poruszyło go głęboko. Tego wieczoru myśli nie dawały mu spokoju.

Wybrał się na spacer. Tam mógł choć na chwilę odnaleźć ciszę. Nie chciał, by kuzynka dostrzegła, że coś go trapi.

W ogrodzie myślał o Serafinie.

O jej obrazie.

O jej ogrodzie…i o przyjęciu, na którym go nie będzie. Czuł niepokój, choć nie potrafił go nazwać.

Wrócił do dworu.

Podszedł do biurka.

Otworzył szufladę.

Tym razem nie zawahał się tak długo jak wcześniej.

Usiadł.

Wziął pióro.

Przez chwilę patrzył na zapisane słowa.

A potem dopisał kolejne.

Nie były długie. Nie były uporządkowane.

Ale były szczere. Złożył list.

— To musi dotrzeć szybko — powiedział spokojnie, przekazując go posłańcowi.

Jakby czas nagle nabrał znaczenia.

W tym samym czasie… Serafina stała przed obrazem.

Pędzel zatrzymał się w powietrzu. Obraz był niemal gotowy. Jeszcze jeden ruch.

Jeszcze jedno światło. Wtem Zofia pojawiła się ponownie.

— Panienko… posłaniec przyniósł przesyłkę. Pański ojciec mówił, że to ważne. Prosił też, by pomóc panience ją rozpakować.

Serafina odłożyła pędzel.

Tego dnia zbyt wiele spraw rozpraszało jej uwagę.

Obraz nie został ukończony. Jeszcze nie teraz.

Spojrzała przez okno. Przez chwilę posmutniała.

Myślała o kuzynce Armanda.

Czy wróciła już do zdrowia?

Myślała także o nim.

Czy radzi sobie dobrze?

Czy jego serce odnalazło spokój?

Nie miała odpowiedzi.

Spojrzała na obraz.

Na płótnie pozostawiła drobny szczegół —
jak zapis myśli, jak znak, który rozumiała tylko ona.

Zofia czekała.

— Panienko… czas nagli.

Serafina uśmiechnęła się delikatnie i odeszła.

W pamięci pozostawiła obraz, który nie był już tylko dziełem…lecz przesłaniem.

W tym czasie posłaniec przemierzał drogę w stronę dworu Serafiny.

Z listem.

Serafina nie wiedziała o jego istnieniu.

List, który mógł zmienić bieg wydarzeń.

Bo czasem los nie działa nagle.

Czasem zbliża się powoli —krok po kroku,

słowo po słowie, myśl po myśli.

I dopiero wtedy człowiek zaczyna rozumieć, że nic nie było przypadkiem.

Książka – prosto z serca

Kochani,

Dlaczego napisałam tę książkę

Nie zaczęła się od pomysłu.

Zaczęła się od pytania o spójność.

„Miłość. Upadek. Odrzucenie.” powstała z potrzeby zmierzenia się z tym, co bolało najbardziej — z rozczarowaniem, z niespójnością między słowem a czynem, między deklaracją a postawą wobec człowieka.

Jeśli mówi się o miłości i prawdzie, muszą one mieć swoje odbicie w codziennym działaniu. 

Niestety zawiodłam się. Bardzo.

Widziałam ludzi odrzuconych.

Wysłuchiwałam historii samotności i wstydu.

Nie mogłam udawać, że tego nie ma.

Książka jest refleksją nad tym, jak łatwo w systemie zasad zgubić człowieka.

Pisząc, musiałam też spojrzeć na własne błędy i decyzje.

Nie ma ludzi doskonałych.

Każdy z nas popełnia błędy.

Ważne, by następnego dnia spróbować działać bliżej tego, w co wierzymy.

♥️

To była droga od lojalności do świadomości.

Od bólu do spokoju.

Nie pisałam z gniewu. 

Ale z potrzeby serca.

Z potrzeby wewnętrznej spójności.

Jeśli ktoś odnajdzie w tej historii cząstkę własnych pytań — będzie to dla mnie wystarczające.

Dziękuję tym, którzy byli przy mnie przez te lata.

🕊️

Katarzyna Fabczak

Bukiet róż🌹

Serafina przechadzała się po ogrodzie powoli, niemal bezszelestnie, jakby nie chciała zakłócić ciszy, która była jej najcenniejszym sprzymierzeńcem.

Dłońmi dotykała płatków róż — delikatnie, z uważnością — pozwalając, aby ich zapach i miękkość prowadziły jej myśli.

Myślała o obrazie.

Wiedziała już, jak ma wyglądać.

Kompozycja była w niej gotowa, kolory ułożone, światło odnalezione.

Nie dokończyła go jednak celowo.

Ogród był jej oazą — miejscem, w którym inspiracja dojrzewała w ciszy, bez pośpiechu i bez nacisku.

To tutaj szukała ukojenia i dalszych myśli, zanim znów stanie przed płótnem.

W tle śpiewały ptaki.

Wiatr poruszał liśćmi drzew, niosąc ze sobą lekki szum, który koił serce.

Serafina pozwalała sobie na ten moment skupienia — na myśl o dziele, które miało wkrótce zostać dokończone.

Wtedy dostrzegła Zofię.

Stała nieco z boku, z dzbankiem gorącej herbaty w dłoniach.

Znała każdy jej gest i każdy grymas wymalowany na twarzy.

Ale tego dnia Zofia nie uśmiechała się jak zwykle.

Serafina odwróciła się od róż i skierowała ku niej kroki.

Podeszła cicho i spokojnie.

Podziękowała za herbatę, po czym delikatnie chwyciła Zofię za dłoń.

Zofiu… — wyszeptała łagodnie. — Posmutniałaś. Czy jest coś, co cię niepokoi?

Zofia przez chwilę milczała.

Nie była pewna, czy powinna mówić.

Nie chciała martwić Serafiny, ani przerywać ciszy, która była dla Panienki tak ważna.

Kochała ją całym sercem, a każdy obraz, który Serafina malowała, nosiła w myślach, dostrzegając w nim najdrobniejszy przekaz.

Tego dnia jednak wszystko było inne.

Kilka liści opadło z drzew, jakby sama przyroda szeptała, że dzień nabierze bardziej nostalgicznego tonu.

Serafina czuła niepokój Zofii — liście były dla niej wyraźnym znakiem.

Proszę, powiedz — rzekła cicho. — Co sprawiło, że twoja twarz tak posmutniała?

Nie wiem, Panienko… — odpowiedziała Zofia po chwili. — Czy powinnam Panienkę martwić…

Serafina sięgnęła po dzbanek i nalała herbatę do dwóch filiżanek.

Jedną podała Zofii, drugą zatrzymała dla siebie.

Usiądźmy na chwilę — wyszeptała. — Teraz możemy spokojnie porozmawiać.

Słyszysz, Zofiu, jak ptaki śpiewają w tle?

One śpiewają dla ciebie. Ich melodie uczą cierpliwości.

Zofia wzięła głęboki oddech.

Dobrze, Panienko… — powiedziała w końcu. — Armand…

Zatrzymała się na moment. — Z Dworu dotarły złe wieści.

Jego kuzynka jest ciężko chora. Kazał pilnie osiodłać konia i wyrusza do niej.

Nastała cisza. Serafina zaczęła błądzić myślami.

Zofia chciała jeszcze coś powiedzieć, ale w ostatniej chwili wstrzymała słowa.

Widziała, że Serafina bardzo się zmartwiła.

Nagle usłyszała — Pomóż mi Zofiu— poprosiła spokojnie Serafina – Zbierzmy róże.

Chcę, by jeszcze dziś powstał bukiet. Piękny.

Z kokardą.

Niech trafi do kuzynki Armanda zanim wyruszy w drogę.

Zofia skinęła głową. A jej twarz nieco się rozjaśniła, jakby serce szeptało:,, będzie dobrze”

Ogród znów wypełnił się ciszą — tą dobrą, potrzebną.

Róże szeptały między sobą, a Serafina wiedziała, że ten gest — prosty i czuły — jest najwłaściwszym, jaki mogła ofiarować.

Nadszedł moment w którym Armand opuszczał Dwór w zadumie.

Nie spodziewał się bukietu róż.

Zanim koń ruszył z podwórza, w jego sercu zdążyło zmieścić się więcej, niż planował i więcej niż oczekiwał.

W Ogrodzie Róż

Serafina&Armand

🌹

Serafina nie przyszła do ogrodu róż, aby spacerować.

Przyszła, by pozwolić dłoniom mówić tam, gdzie słowa milkną.

Powietrze było jeszcze chłodne po poranku, a płatki róż niosły zapach, który nie domagał się uwagi — po prostu był.

Zofia ustawiła sztalugę w miejscu, gdzie światło łagodnie przecinało cień. Przygotowała farby, pędzle, czyste płótno.

Wiedziała, które kolory Serafina wybiera najczęściej, ale tym razem nie zapytała.

Czuła, że nie jest to dobry moment. Doskonale wyczuwała każde spojrzenie Serafiny.

Piękne dzieła potrzebują czasu – wyszeptała tylko w swoich myślach bez zbędnych słów.

Wycofała się cichutko – tak aby żadna myśl Serafiny nie została rozproszona.

Serafina stanęła przed płótnem i przez dłuższą chwilę nie sięgała po żaden z pędzli.

Patrzyła. Jakby obraz już istniał — nie na płótnie, lecz gdzieś głębiej.

W miejscu, gdzie cisza z Wierzb Ciszy jeszcze nie zdążyła wybrzmieć do końca.

Pierwsze pociągnięcie było delikatne.

Kolor jasny, niemal przeźroczysty jak światło, które zostaje pod powiekami po zamknięciu oczu.

Drugie było pewniejsze.

Trzecie — odważniejsze.

Pędzel poruszał się wolniej, niż zwykle, jakby każda linia musiała przejść przez serce, zanim dotknie płótna.

Pojawił się cień.

Nie mroczny — raczej głęboki.

Taki, który nie zasłania, lecz nadaje kształt. Serafina zawahała się na moment, a potem pozwoliła dłoni poprowadzić farbę dalej.

W tym geście było coś z pożegnania i coś z obietnicy, choć sama nie potrafiłaby tego nazwać.

Nie myślała o Armandzie wprost.

Myślała o ciszy, która nie boli.

O chwili, w której nic nie trzeba było tłumaczyć.

O obecności, która nie domaga się odpowiedzi.

Kolory zaczęły ze sobą rozmawiać.

Niektóre spotykały się łagodnie, inne zaś nachodziły na siebie z wyraźnym napięciem.

Serafina pozwalała im być. Nie poprawiała. Nie wygładzała.

Wiedziała, że to, co prawdziwe, nie zawsze jest równe.

Zofia obserwowała z oddali, wstrzymując oddech. Widziała już wiele obrazów Serafiny, ale ten rodził się inaczej. Ciszej.

Jakby każdy ruch pędzla był odpowiedzią na pytanie, którego nikt jeszcze nie zadał.

To co dziś powstaje? — zapytała w końcu cicho.

Serafina nie odwróciła się od płótna.

Przez chwilę milczała, a potem uśmiechnęła się lekko — nie do Zofii, lecz do obrazu.

Myślę, że poznasz — szepnęła.

Po pierwszych płatkach.

Odstawiła pędzel. Nie dlatego, że skończyła.

Dlatego, że obraz potrzebował teraz ciszy takiej samej, jak ona.

Sztaluga została w ogrodzie róż, a płótno trwało w pół drogi między tym, co już odsłonięte, a tym, co dopiero miało się wydarzyć.

Serafina odeszła powoli.

Wiedziała, że do niego wróci.

Przyjaźń to dobre słowa.

W prawdziwej przyjaźni wystarczy tak nie wiele- dobre słowa i miłe gesty. Każdego dnia nadarza się sposobność, aby wypowiadać się budująco.

Nie bez przyczyny mędrcy tego świata w swoich zapiskach uwypuklali – wagę słów, które potrafiły być niczym kojący balsam na zranione serce.

Słowa wypowiedziane w odpowiednim czasie z miłością i szacunkiem to

-prawdziwa troska o drugą osobę.

📘 Kup książkę