Noc otuliła statek spokojem.
Po raz pierwszy od wielu godzin na pokładzie nie było słychać pośpiesznych kroków, nawoływań ani odgłosów wylewanej za burtę wody.
Załoga spała.
Zmęczona walką z tajemniczym deszczem i ciężkimi kroplami, które jeszcze niedawno zalewały pokład.
Morze wydawało się spokojne.
Zbyt spokojne.
Szafira stała przy burcie.

Nie mogła zasnąć.
Jej wzrok błądził po ciemnej tafli wody, która odbijała srebrne światło księżyca.
Coś nie dawało jej spokoju.
Nie potrafiła tego nazwać.
Nie był to strach.
Nie było też żadnego zagrożenia, które mogłaby dostrzec.
A jednak czuła, że coś się zmieniło.
Jakby samo morze wstrzymało oddech.
Daleko nad górami przesuwały się resztki chmur.
Pomiędzy nimi błyszczał księżyc.
Wąski i srebrzysty.
Przypominający strażnika czuwającego nad przejściem pomiędzy skalnymi ścianami.
Szafira spojrzała ku horyzontowi.
Wydawało jej się, że góry są bliżej niż wcześniej.
Znacznie bliżej.
Jakby powoli zamykały wokół nich swoją kamienną bramę.
W tym samym czasie Obsydian sprawdzał mapy.
Rozłożone jedna obok drugiej.
Po raz kolejny próbował ustalić ich położenie.
Liczby się zgadzały.
Ale kierunek nie.
Zmarszczył brwi.
Spojrzał na kompas.
Igła zadrżała.
Przez chwilę wskazała północ.
Potem zachód.
Następnie obróciła się jeszcze raz.
Jakby sama nie wiedziała, gdzie znajduje się statek.
Obsydian milczał.
Nie powiedział o tym Szafirze, która z lekkim niepokojem spoglądała w dal i głębię cichego morza.
Jakby wiedziała, że między górami kryje się coś czego nikt potrafił zrozumieć.
Obsydian odłożył kompas i w ciszy zastanawiał się szukając odpowiedzi której nie było.
Ale były pytania.
Coraz więcej myśli zaprzątało jego głowę.
Na pokładzie nadal panowała błoga cisza.
Fale delikatnie uderzały o kadłub.
Liny wisiały nieruchomo.
Nawet wiatr zdawał się odpoczywać.
Kilku marynarzy spało opartych o beczki.
Inni przykryli się płaszczami i zasnęli tam, gdzie wcześniej walczyli z wodą.
Po raz pierwszy od wielu godzin wszystko wyglądało normalnie.
Spokojnie.
Bezpiecznie.
I wtedy…
Statek drgnął.
Lekko.
Prawie niezauważalnie.
Szafira odwróciła głowę.
Obsydian podniósł wzrok znad map.
Przez pokład przebiegł cichy trzask drewna.
Nastąpił drugi ruch.
Mocniejszy.
Statek przechylił się na bok.
Nie było wiatru.
Nie było fali.
Nie było sztormu.
A jednak cały okręt wyraźnie pochylił się w jedną stronę.
Kubek stojący przy mapach zsunął się ze stołu.
Kilka osób z załogi gwałtownie się obudziło.
Na pokładzie zapadła cisza cięższa niż wcześniej.
— Kapitanie… — odezwał się ktoś w ciemności.
Szafira nie odpowiedziała.
Patrzyła przed siebie.
Bo po raz pierwszy od początku wyprawy wiedziała jedno.
To nie był przypadek.

