Gdzie las skrywa tajemnice

Armand stał nieruchomo obok najstarszego drzewa.

Przyjaciel milczał.

Nie było już potrzeby słów.

W tym miejscu nawet najprostsze zdania wydawały się zbyt głośne.

Las wyglądał inaczej niż wcześniej.

Powietrze stało się chłodniejsze, a pomiędzy pniami drzew unosiła się cisza, której Armand nie potrafił wyjaśnić.

Nie była to zwykła cisza.

Było w niej coś osobliwego.

Coś, co sprawiało, że człowiek mimowolnie zwalniał krok.

Nagle wiatr ustał.

Całkowicie.

Nie poruszał się ani jeden liść.

Nie skrzypnęła żadna gałąź.

Nawet konie stojące nieopodal zachowywały się

wyjątkowo spokojnie.

Armand wsłuchał się w otoczenie.

I właśnie wtedy odniósł dziwne wrażenie.

Jakby to nie oni obserwowali las.

Jakby to las obserwował ich.

Przez krótką chwilę miał ochotę odwrócić się za siebie.

Sprawdzić, czy rzeczywiście są tutaj sami.

Ale nie zrobił tego.

Po chwili wiatr powrócił.

Delikatnie poruszył gałęziami.

Las znów wydawał się zwyczajny.

A jednak coś się zmieniło.

Armand podszedł bliżej starego drzewa.

Jego wzrok zatrzymał się na korze.

Dostrzegł coś, czego wcześniej nie zauważył.

Niewielki ślad.

Znak.

Nie przypominał zwykłego pęknięcia ani śladu po czasie.

Wyglądał tak, jakby miał swoje znaczenie.

Armand przyjrzał mu się uważnie.

I choć nie potrafił powiedzieć dlaczego, miał wrażenie, że ten znak nie znalazł się tutaj przypadkiem…

Właśnie dlatego chciałem ci to pokazać. Powiedział cicho przyjaciel.

Armand nie odpowiedział.

Nie potrafił oderwać wzroku od starego drzewa.

A pytań było coraz więcej…

Między światłem a cieniem

Morze było spokojne.

Zbyt spokojne.

Po wydarzeniach ostatnich dni nikt nie spodziewał się takiej ciszy.

Szafira nie zatrzymała okrętu.

Rozkazała jedynie zwolnić.

Przez krótki moment w wąskim przesmyku pomiędzy górami pojawił się widok, którego się nie spodziewali.

Załoga zgromadziła się na pokładzie.

Stali w ciszy.

Spokojni z pełnym zaufaniem patrzyli w stronę przesmyku, gdzie pierwszy blask wschodzącego słońca rozświetlił ciemne zbocza gór do których się zbliżali.

Nawet najbardziej doświadczeni marynarze patrzyli w milczeniu.

Światło pojawiło się tylko na chwilę.

Jakby góry na moment rozsunęły przed nimi zasłonę.

Obsydian obserwował horyzont.

Potem spojrzał na kompas.

Wyjął go ostrożnie i zmarszczył brwi.

Igła drżała.

Przez chwilę wskazywała jeden kierunek.

Potem drugi.

Następnie zaczęła obracać się powoli wokół własnej osi.

Jakby całkowicie utraciła orientację.

Kapitanie… — odezwał się cicho ktoś z pokładu.

Szafira spojrzała na kompas.

Nie powiedziała ani słowa.

Statek płynął dalej.

Coraz głębiej pomiędzy kamienne ściany gór.

Przesmyk stawał się coraz węższy.

Góry otaczające przesmyk wydawały się coraz bliższe.

Jakby kamienne ściany powoli przesuwały się ku sobie, gotowe w każdej chwili zamknąć przejście za ich rufą.

Nikt nie wypowiedział tego głośno, ale wielu marynarzy miało wrażenie, że wpływają do miejsca, które niechętnie wpuszczało obcych.

Nagle…

Kadłub zadrżał.

Jakby coś dotknęło go pod powierzchnią wody.

Statek lekko przechylił się na bok.

Niezbyt mocno.

Ale na tyle wyraźnie, że kilku marynarzy odruchowo chwyciło liny.

Na pokładzie zapadła cisza.

Pełna gotowość! — rozkazała Szafira.

Utrzymać kurs! — donośnym głosem powtórzył Obsydian, stając przy sterze.

Załoga natychmiast zajęła swoje stanowiska.

Wszyscy skupili wzrok przed sobą.

I wtedy rozległ się krzyk jednego z marynarzy.

Kapitanie! Coś nad przesmykiem !

W jednej chwili wszystkie spojrzenia skierowały się ku przesmykowi.

Szafira odwróciła się natychmiast.

Obsydian również uniósł wzrok znad steru.

Jednak jedyne, co dostrzegli, to ciemność…, która zasłoniła niebo.

Ciężkie chmury ponownie zasłoniły przejście pomiędzy górami.

A przez krótką chwilę wydawało się, że ktoś lub coś próbowało zwrócić ich uwagę.

Lecz teraz nie było tam nic.

Tylko skały.

Morze.

Cisza.

I statek, który płynął dalej….

⚓️

Krótka chwila światła

Przez pewien moment chmury rozstąpiły się nad przesmykiem.

Między górami pojawił się pierwszy blask wschodzącego słońca.

Szafira i Obsydian obserwowali go w milczeniu.

Ale nie trwało to długo.

Zaledwie kilka chwil.

Wystarczyło jednak, aby przypomnieć załodze, że nawet po najciemniejszej nocy światło zawsze odnajduje drogę.

A potem chmury ponownie zamknęły przejście.

I wszystko wróciło do ciszy…

Gdzie las skrywa tajemnice

Wieczorne powietrze było chłodne, a wiatr poruszał gałęziami w sposób, który budził niepokój.

Armand czuł, że ta droga prowadzi do czegoś znacznie większego niż zaginięcie listu.

A odpowiedzi, których szukał, mogły zmienić więcej, niż przypuszczał.

Las z każdą chwilą stawał się coraz bardziej cichy.

Droga, którą podążali, nie przypominała już ścieżek znanych mieszkańcom okolicy.

Powietrze zrobiło się chłodniejsze.

Nie był to jednak zwykły chłód wieczoru.

Pomiędzy drzewami unosiło się coś trudnego do opisania.

Jakby samo miejsce skrywało własny oddech.

Armand od pierwszej chwili miał wrażenie, że ten fragment lasu różni się od wszystkich pozostałych.

Drzewa rosły bliżej siebie.

Ich pnie były znacznie grubsze, a korony tak rozłożyste, że niemal całkowicie przesłaniały niebo.

Niektóre wyglądały tak, jakby pamiętały czasy, o których nie zachowała się już żadna opowieść.

Przyjaciel zauważył jego spojrzenie.

Mój dziadek mawiał, że ten fragment lasu ma własną historię — powiedział cicho.

Armand spojrzał na niego z zaciekawieniem.

Własną historię?

Tak.

Przez pokolenia opowiadano, że niektóre z tych drzew są starsze niż najdawniejsze kroniki.

Starsze niż pamięć ludzi.

Mówiono również, że las nigdy nie zdradza swoich tajemnic tym, którzy przychodzą tu jedynie z ciekawości.

Armand słuchał uważnie.

Przyjaciel przez chwilę milczał.

Posłuchaj.

Las wydawał się nieruchomy.

Początkowo Armand nie słyszał nic.

Potem jednak dotarł do niego bardzo delikatny dźwięk.

Tak subtelny, że trudno było stwierdzić, czy naprawdę istnieje.

Nie przypominał śpiewu ptaków.

Ani szumu liści.

Brzmiał raczej jak cichy szept unoszący się gdzieś pomiędzy korzeniami i wędrujący ku najwyższym konarom.

Jakby całe to miejsce mówiło własnym językiem.

Nagle pomiędzy drzewami przemknął zimny podmuch.

Tak gwałtowny, że poruszył gałęzie nad ich głowami.

A chwilę później wszystko ucichło.

Zupełnie.

Las zamarł.

Jakby nasłuchiwał każdego kroku przybysza.

Przyjaciel ruszył powoli przed siebie.

Zmierzał w stronę jednego z drzew.

Było potężniejsze od pozostałych.

Stare.

Milczące.

Jakby od wieków strzegło czegoś, czego nie wolno było naruszyć.

Chodź — powiedział spokojnie.

Armand podszedł bliżej.

Wtedy jego wzrok zatrzymał się na czymś znajdującym się na korze.

Przez chwilę nie potrafił oderwać od tego spojrzenia.

Coś tam było.

Coś nietypowego.

Coś, czego nie spodziewał się zobaczyć.

A jednak właśnie to przykuło jego uwagę bardziej niż wszystko, co zobaczył tego dnia.

I wtedy zrozumiał, że przyjaciel nie przyprowadził go tutaj bez powodu.

W ciszy gabinetu

Serafina zatrzymała się przed ciężkimi drzwiami gabinetu.

Przez chwilę patrzyła na rzeźbione drewno, zastanawiając się, dlaczego ojciec poprosił ją o rozmowę.

Zapukała cicho.

Wejdź, moja droga.

W głosie ojca nie było pośpiechu.

Gabinet pachniał drewnem, starymi księgami i suszonymi ziołami, które od lat stały na parapecie.

Ojciec siedział przy biurku.

Na jego twarzy pojawił się łagodny uśmiech, gdy zauważył bukiet róż, który Serafina przyniosła ze sobą.

Są piękne — powiedział.

Delikatnie dotknął jednego z kwiatów.

Tak jak osoba, która je wybrała.

Serafina uśmiechnęła się nieśmiało.

Wiedziałam, że będą ci się podobały.

Ojciec spojrzał na nią z czułością.

— Wszystko, co wychodzi spod twoich rąk, sprawia mi radość.

Na chwilę w gabinecie zapadła cisza.

Serafina usiadła naprzeciw niego.

Wciąż jednak nie wiedziała, dlaczego ją wezwał.

Ojciec zauważył pytanie ukryte w jej spojrzeniu.

— Domyślam się, że zastanawiasz się, po co cię poprosiłem.

Odrobinę — przyznała.

Ojciec odchylił się w fotelu.

Chciałem z tobą porozmawiać o Julianie.

Serafina nie odpowiedziała.

Jego przyjazd nie jest przypadkowy.

Wyszeptał delikatne ojciec.

Są spotkania, które planujemy sami, Serafino… i takie, które przychodzą do nas we właściwym czasie.

Przez moment zastanawiała się nad znaczeniem tych słów.

Ojciec jednak nie rozwijał tematu.

Jakby celowo pozostawiał część odpowiedzi dla przyszłości.

Po chwili spojrzał w stronę okna i na obraz Serafiny, który namalowała dla niego jakiś czas temu.

Malujesz pięknie Serafino – wyszeptał czule ojciec.

– Ten obraz wiele dla mnie znaczy.

Wiesz o tym.

Przypomina mi nasze wspólne wyprawy do Wierzb Ciszy i łąki przyozdobionej w urzekające kolorowe kwiaty.

A powiedz mi proszę, co z Twoim nowym obrazem ? – zapytał spokojnie ojciec.

Serafina zamarła.

Przed oczami natychmiast pojawił się tajemniczy ślad na płótnie.

Ten sam, którego nie potrafiła wyjaśnić.

Pracuję nad nim — odpowiedziała ze spokojem w sercu.

Ojciec skinął głową.

Nie zadawał więcej pytań.

Nie nalegał.

Znał swoją córkę wystarczająco dobrze, aby wiedzieć, że sama opowie mu wszystko, gdy nadejdzie odpowiedni moment.

Twoje obrazy są darem, Serafino.

Nigdy o tym nie zapominaj.

W jego głosie pobrzmiewała szczera troska.

To właśnie w nich odnajdujesz siebie.

I właśnie dlatego tak bardzo zależy mi na twojej przyszłości.

Słowa ojca ogrzały jej serce.

Po chwili rozmowa dobiegła końca.

Serafina opuściła gabinet żegnając ojca.

Ale postanowiła jeszcze tego samego popołudnia udać się do swojej pracowni.

Za oknem dzień powoli przechodził w wieczór.

Na sztaludze czekał obraz.

A wraz z nim ślad, którego nie potrafiła zrozumieć.

Przez chwilę stała nieruchomo.

Potem sięgnęła po pędzel.

Na palecie pojawiły się nowe barwy.

Jedna po drugiej nakładała je na płótno.

Z cierpliwością.

Z nadzieją.

Próbując przywrócić obrazowi dawną harmonię.

A czy jej się udało wiedziała tego wieczoru tylko ona.

W drodze do Dworu

Serafina szykowała się na spotkanie z ojcem.

Kosz róż, który przygotowywała wcześniej z takim zaangażowaniem czekał na odpowiedni moment.

Moment w którym będzie mogła podziękować ojcu.

I tylko ona wiedziała jak bardzo go kocha.

A każda wspólna rozmowa była dla niej powodem do wdzięczności za wszystko co dla niej robi.

Tymczasem Julian przemierzał leśne ścieżki prowadzące w stronę Dworu.

Promienie słońca przedzierały się przez korony drzew, oświetlając drogę, którą podążał spokojnym krokiem.

Las zdawał się skrywać własne tajemnice, a on pozostawał sam ze swoimi myślami.

Nie spieszył się.

Każdy kolejny zakręt przybliżał go do miejsca, o którym słyszał już tak wiele.

Do spokojnego Dworu Serafiny.

Jednak to, co naprawdę zaprzątało jego umysł, pozostawało wyłącznie jego tajemnicą.

Tego dnia jedynie wiatr był świadkiem myśli, które towarzyszyły mu w drodze…

Cisza po sztormie 🌛

Woda powoli znikała z pokładu.

Ostatnie beczki opróżniano za burtę, a zmęczona załoga ocierała mokre dłonie o przemoczone ubrania.

Przez długą chwilę nikt się nie odezwał.

Jakby wszyscy nasłuchiwali.

Jakby czekali na kolejny podmuch.

Na kolejne uderzenie kropli.

Na następny rozkaz.

Ale nic nie nadeszło.

Wiatr ucichł.

Nagle.

Tak samo niespodziewanie, jak wcześniej się pojawił.

Morze uspokoiło się, a fale zaczęły łagodnie uderzać o kadłub.

Słychać było tylko ich rytmiczny szum.

I oddechy załogi.

Ciężkie.

Zmęczone.

Pełne niedowierzania.

Kilku marynarzy spojrzało ku niebu.

Ciemne chmury zaczęły się rozsuwać.

Powoli.

Nieśpiesznie.

Jakby odsłaniały coś, co przez cały czas skrywały przed wzrokiem podróżników.

Wtedy zza nich wyłonił się księżyc.

Wąski.

Srebrzysty.

Przypominający delikatny rogal zawieszony nad górami.

Jego światło rozlało się po wodzie i pokładzie, odbijając się w kroplach pozostawionych przez tajemniczy deszcz.

Załoga w milczeniu patrzyła przed siebie.

Nikt nie świętował.

Nikt nie mówił o zwycięstwie.

Zbyt wiele pytań pozostało bez odpowiedzi.

Szafira stanęła przy burcie.

Obsydian podszedł obok niej.

Przez chwilę oboje patrzyli na spokojne morze i góry, które nadal otaczały ich niczym milczący strażnicy.

Myślisz, że to koniec? — zapytał ktoś z załogi.

Nikt nie odpowiedział.

Bo choć sztorm ucichł…

W powietrzu nadal unosiło się wrażenie, że coś obserwuje ich z ciemności.

A góry…jakby wciąż czekały.

Mała rozgwiazda

Podwodny Świat 🐳

🪼

Poranek w oceanie był wyjątkowo spokojny.

Promienie słońca przenikały przez taflę wody, tworząc na piasku tysiące tańczących świateł. Delikatny nurt poruszał morskie trawy, a kolorowe ryby leniwie przepływały pomiędzy koralowcami.

Mały konik morski uwielbiał takie chwile.

Właśnie wtedy ocean wydawał się opowiadać swoje najpiękniejsze historie.

Płynąc wzdłuż piaszczystego dna, zauważył coś niezwykłego.

Pośród muszli i drobnych kamyków leżała mała rozgwiazda.

Nie była szczęśliwa jak inne morskie stworzenia.

Nie podziwiała rafy.

Po prostu leżała nieruchomo i patrzyła przed siebie.

Konik morski podpłynął bliżej.

Dzień dobry – powiedział ciepło.

Dlaczego jesteś taka smutna?

Rozgwiazda przez chwilę milczała.

Spójrz tylko wokół – odpowiedziała cicho.

W oceanie jest tyle niezwykłych stworzeń.

Delfiny są szybkie i podziwiane przez wszystkich. Żółwie przemierzają ogromne odległości.

Kolorowe ryby zachwycają swoimi barwami.

Westchnęła.

– A ja jestem tylko małą rozgwiazdą.

Konik morski podpłynął bliżej.

Nie odpowiedział od razu.

Patrzył przez chwilę na promienie światła tańczące na wodzie.

Widzisz ten blask? – zapytał po chwili.

Rozgwiazda spojrzała w górę.

Tak.

Wydaje się wielki, prawda?

Bardzo.

A jednak nie tworzy go jeden promień słońca. Powstaje z tysięcy małych świateł, które razem rozjaśniają ocean.

Rozgwiazda zamyśliła się.

Konik morski uśmiechnął się delikatnie.

Ocean nie byłby taki sam bez delfinów.

Ale nie byłby też taki sam bez żółwi.

Po chwili dodał:

I nie byłby taki sam bez rozgwiazd.

Słowa te poruszyły jej serce.

Po raz pierwszy od dawna spojrzała na siebie inaczej.

Nie jak na stworzenie, które musi dorównać innym.

Lecz jak na część czegoś większego.

Właśnie wtedy niewielka fala poruszyła wodę nad jej głową.

Promienie słońca odbiły się od jej ramion i rozświetliły piasek wokół.

Popatrz – zaśmiał się konik morski. Nawet ocean pokazuje ci dziś, że potrafisz świecić.

Rozgwiazda uśmiechnęła się.

Tym razem szczerze.

I choć nic w oceanie się nie zmieniło, ona sama poczuła się lżejsza.

Bo zrozumiała coś bardzo ważnego.

Nie trzeba być największym, najszybszym ani najbardziej podziwianym.

Czasem wystarczy być sobą.

Bo każdy z nas wnosi do świata światło, którego nie potrafi dać nikt inny.

🩵

Spacer W Ogrodzie Róż

Po powrocie z przejażdżki z ojcem i jej ukochanym Aleksandrem Serafina udała się do ogrodu.

Potrzebowała ciszy.

Choć poranek przyniósł jej spokój, myśli wciąż wracały do obrazu pozostawionego w pracowni.

Nie potrafiła zrozumieć, dlaczego na płótnie pojawił się ślad, którego wcześniej tam nie było.

Spacerowała powoli pomiędzy alejkami róż, jakby właśnie pośród nich próbowała odnaleźć odpowiedź.

Delikatnie dotykała płatków kwiatów, zatrzymując się co chwilę przy tych, które najbardziej kochała.

Aby uspokoić myśli, zebrała bukiet róż do koszyka.

Kilka dla siebie.

Kilka dla ojca.

To właśnie wtedy w ogrodzie pojawiła się Zofia, która towarzyszyła Serafinie od najmłodszych lat.

Panienko… — odezwała się spokojnie.

Z tego, co donoszą, Julian już wyruszył do Dworu.

Serafina uniosła wzrok tylko na chwilę.

Wieść, która od rana budziła poruszenie wśród służby, nie wywołała na jej twarzy większego zachwytu.

Zofia zauważyła to od razu.

Przez moment chciała powiedzieć coś jeszcze, lecz ostatecznie jedynie skinęła głową i wycofała się w stronę Dworu.

Z czystej troski postanowiła przekazać wszystko ojcu Serafiny.

Niedługo później jedna ze służących odnalazła Serafinę w ogrodzie.

— Panienko… ojciec prosi, aby przyszła pani do niego w wolnej chwili.

Chce coś pani przekazać.

Serafina spojrzała w stronę Dworu.

A wiatr, który jeszcze chwilę wcześniej delikatnie poruszał róże, nagle ucichł zupełnie.

W stronę Wierzb Ciszy

Spacer w ogrodzie i rozmowa z ojcem przyniosły Serafinie spokój, którego od dawna potrzebowała.

Ten dzień był wyjątkowo piękny.

Ojciec zaproponował jej wspólną przejażdżkę konną, a ona nigdy nie potrafiła odmówić chwilom spędzonym z Aleksandrem.

Biały koń był dla niej kimś więcej niż tylko wiernym towarzyszem.

Przy nim odzyskiwała ciszę myśli i poczucie wolności.

Następnego dnia Serafina ponownie udała się do Wierzb Ciszy.

To właśnie tam odnajdywała ukojenie.

Spokój i ciszę którą rozumiało tylko jej serce…

🥀

📘 Kup książkę 💙 Wesprzyj blog