Bukiet róż🌹

Serafina przechadzała się po ogrodzie powoli, niemal bezszelestnie, jakby nie chciała zakłócić ciszy, która była jej najcenniejszym sprzymierzeńcem.

Dłońmi dotykała płatków róż — delikatnie, z uważnością — pozwalając, aby ich zapach i miękkość prowadziły jej myśli.

Myślała o obrazie.

Wiedziała już, jak ma wyglądać.

Kompozycja była w niej gotowa, kolory ułożone, światło odnalezione.

Nie dokończyła go jednak celowo.

Ogród był jej oazą — miejscem, w którym inspiracja dojrzewała w ciszy, bez pośpiechu i bez nacisku.

To tutaj szukała ukojenia i dalszych myśli, zanim znów stanie przed płótnem.

W tle śpiewały ptaki.

Wiatr poruszał liśćmi drzew, niosąc ze sobą lekki szum, który koił serce.

Serafina pozwalała sobie na ten moment skupienia — na myśl o dziele, które miało wkrótce zostać dokończone.

Wtedy dostrzegła Zofię.

Stała nieco z boku, z dzbankiem gorącej herbaty w dłoniach.

Znała każdy jej gest i każdy grymas wymalowany na twarzy.

Ale tego dnia Zofia nie uśmiechała się jak zwykle.

Serafina odwróciła się od róż i skierowała ku niej kroki.

Podeszła cicho i spokojnie.

Podziękowała za herbatę, po czym delikatnie chwyciła Zofię za dłoń.

Zofiu… — wyszeptała łagodnie. — Posmutniałaś. Czy jest coś, co cię niepokoi?

Zofia przez chwilę milczała.

Nie była pewna, czy powinna mówić.

Nie chciała martwić Serafiny, ani przerywać ciszy, która była dla Panienki tak ważna.

Kochała ją całym sercem, a każdy obraz, który Serafina malowała, nosiła w myślach, dostrzegając w nim najdrobniejszy przekaz.

Tego dnia jednak wszystko było inne.

Kilka liści opadło z drzew, jakby sama przyroda szeptała, że dzień nabierze bardziej nostalgicznego tonu.

Serafina czuła niepokój Zofii — liście były dla niej wyraźnym znakiem.

Proszę, powiedz — rzekła cicho. — Co sprawiło, że twoja twarz tak posmutniała?

Nie wiem, Panienko… — odpowiedziała Zofia po chwili. — Czy powinnam Panienkę martwić…

Serafina sięgnęła po dzbanek i nalała herbatę do dwóch filiżanek.

Jedną podała Zofii, drugą zatrzymała dla siebie.

Usiądźmy na chwilę — wyszeptała. — Teraz możemy spokojnie porozmawiać.

Słyszysz, Zofiu, jak ptaki śpiewają w tle?

One śpiewają dla ciebie. Ich melodie uczą cierpliwości.

Zofia wzięła głęboki oddech.

Dobrze, Panienko… — powiedziała w końcu. — Armand…

Zatrzymała się na moment. — Z Dworu dotarły złe wieści.

Jego kuzynka jest ciężko chora. Kazał pilnie osiodłać konia i wyrusza do niej.

Nastała cisza. Serafina zaczęła błądzić myślami.

Zofia chciała jeszcze coś powiedzieć, ale w ostatniej chwili wstrzymała słowa.

Widziała, że Serafina bardzo się zmartwiła.

Nagle usłyszała — Pomóż mi Zofiu— poprosiła spokojnie Serafina – Zbierzmy róże.

Chcę, by jeszcze dziś powstał bukiet. Piękny.

Z kokardą.

Niech trafi do kuzynki Armanda zanim wyruszy w drogę.

Zofia skinęła głową. A jej twarz nieco się rozjaśniła, jakby serce szeptało:,, będzie dobrze”

Ogród znów wypełnił się ciszą — tą dobrą, potrzebną.

Róże szeptały między sobą, a Serafina wiedziała, że ten gest — prosty i czuły — jest najwłaściwszym, jaki mogła ofiarować.

Nadszedł moment w którym Armand opuszczał Dwór w zadumie.

Nie spodziewał się bukietu róż.

Zanim koń ruszył z podwórza, w jego sercu zdążyło zmieścić się więcej, niż planował i więcej niż oczekiwał.

Róże szeptały do serca

Serafina zrobiła kilka kroków w tył, jakby chciała nabrać dystansu nie tylko do płótna, lecz także do samej siebie.

Pędzel odłożyła ostrożnie, niemal z czułością, i pozwoliła dłoniom odpocząć.

Stanęła naprzeciw ogrodu.

Wzrok zatrzymał się na różach ale nie liczyła ich.

Nie wszystkie rozróżniała.

W ogrodzie miała wiele odmian.

Piękne róże Serafiny odbijały się w promieniach słońca i szeptały do niej: ,, Jesteśmy tu dla Ciebie”

Patrzyła długo prosto przed siebie – tak, jak patrzy się wtedy, gdy nie potrzeba nazw.

Ich czerwień była głęboka, nasycona, pozbawiona krzyku.

Pomyślała, że właśnie taka jest dobroć, kiedy rodzi się ze szczerości.

Nie domaga się uwagi, a jednak pozostaje niezapomniana.

Myśli popłynęły prosto do serca Serafiny.

Spokojne i lekkie jak wiatr, który otulał róże.

Pragnęła, aby spokój nie był chwilowym gościem, lecz stałym mieszkańcem jej serca.

Wiedziała, że nie da się go zatrzymać siłą ale można stworzyć dla niego przestrzeń.

Drzewa wokół ogrodu poruszały się lekko, jakby oddychały razem z nią.

Zieleń uczyła cierpliwości.

Przyroda nie znała pośpiechu, a jednak zawsze docierała do celu.

W tej ciszy Serafina odnajdywała szacunek, wdzięczność i pokorę — wartości, które nie potrzebują potwierdzeń.

Pomyślała o obrazie, który powstaje bez nacisku.

Obraz, który znaczy dla niej wiele jak wszystkie inne które dotąd malowała.

Każdy niósł jakieś – przesłanie. Ale ten miał być inny.

Miał być wyjątkowy.

Miał otwierać ludzkie serca.

Dlatego tworzyła go w rytmie skupienia nostalgii i refleksji.

Jej myśli dryfowały i łączyły piękno róż ze śpiewem ptaków i szumem drzew w tle.

Wiedziała, że to, co najważniejsze, nie wydarza się na płótnie, lecz pomiędzy chwilami — tam, gdzie myśl spotyka ciszę.

Jeszcze nie wróciła do sztalugi.

Ale obraz – czekał, jakby chciał wyszeptać; ,, Jeszcze chwilka i świat ujrzy przekaz- malowany sercem duszy”

W Ogrodzie Róż

Serafina&Armand

🌹

Serafina nie przyszła do ogrodu róż, aby spacerować.

Przyszła, by pozwolić dłoniom mówić tam, gdzie słowa milkną.

Powietrze było jeszcze chłodne po poranku, a płatki róż niosły zapach, który nie domagał się uwagi — po prostu był.

Zofia ustawiła sztalugę w miejscu, gdzie światło łagodnie przecinało cień. Przygotowała farby, pędzle, czyste płótno.

Wiedziała, które kolory Serafina wybiera najczęściej, ale tym razem nie zapytała.

Czuła, że nie jest to dobry moment. Doskonale wyczuwała każde spojrzenie Serafiny.

Piękne dzieła potrzebują czasu – wyszeptała tylko w swoich myślach bez zbędnych słów.

Wycofała się cichutko – tak aby żadna myśl Serafiny nie została rozproszona.

Serafina stanęła przed płótnem i przez dłuższą chwilę nie sięgała po żaden z pędzli.

Patrzyła. Jakby obraz już istniał — nie na płótnie, lecz gdzieś głębiej.

W miejscu, gdzie cisza z Wierzb Ciszy jeszcze nie zdążyła wybrzmieć do końca.

Pierwsze pociągnięcie było delikatne.

Kolor jasny, niemal przeźroczysty jak światło, które zostaje pod powiekami po zamknięciu oczu.

Drugie było pewniejsze.

Trzecie — odważniejsze.

Pędzel poruszał się wolniej, niż zwykle, jakby każda linia musiała przejść przez serce, zanim dotknie płótna.

Pojawił się cień.

Nie mroczny — raczej głęboki.

Taki, który nie zasłania, lecz nadaje kształt. Serafina zawahała się na moment, a potem pozwoliła dłoni poprowadzić farbę dalej.

W tym geście było coś z pożegnania i coś z obietnicy, choć sama nie potrafiłaby tego nazwać.

Nie myślała o Armandzie wprost.

Myślała o ciszy, która nie boli.

O chwili, w której nic nie trzeba było tłumaczyć.

O obecności, która nie domaga się odpowiedzi.

Kolory zaczęły ze sobą rozmawiać.

Niektóre spotykały się łagodnie, inne zaś nachodziły na siebie z wyraźnym napięciem.

Serafina pozwalała im być. Nie poprawiała. Nie wygładzała.

Wiedziała, że to, co prawdziwe, nie zawsze jest równe.

Zofia obserwowała z oddali, wstrzymując oddech. Widziała już wiele obrazów Serafiny, ale ten rodził się inaczej. Ciszej.

Jakby każdy ruch pędzla był odpowiedzią na pytanie, którego nikt jeszcze nie zadał.

To co dziś powstaje? — zapytała w końcu cicho.

Serafina nie odwróciła się od płótna.

Przez chwilę milczała, a potem uśmiechnęła się lekko — nie do Zofii, lecz do obrazu.

Myślę, że poznasz — szepnęła.

Po pierwszych płatkach.

Odstawiła pędzel. Nie dlatego, że skończyła.

Dlatego, że obraz potrzebował teraz ciszy takiej samej, jak ona.

Sztaluga została w ogrodzie róż, a płótno trwało w pół drogi między tym, co już odsłonięte, a tym, co dopiero miało się wydarzyć.

Serafina odeszła powoli.

Wiedziała, że do niego wróci.

Wśród Wierzb

Serafina&Armand

Armand nie odjechał od razu.

Przez chwilę jeszcze stał, jakby sprawdzając, czy cisza naprawdę wróciła na swoje miejsce.

Nie chciał jej zabierać — ani gestem, ani słowem.

Zrozumiał, że Serafina potrzebuje zostać.

Nie z nim.

Z tym, co właśnie w niej wybrzmiało.

Skinął lekko głową — bardziej do siebie niż do niej — i powoli ruszył konno w stronę dworu.

Las przyjął go bezszelestnie, ale myśli nie dały się uciszyć.

Wracały do niej.

Serafina została sama, wśród Wierzb Ciszy.

Armand przez całą drogę nie mógł uspokoić – myśli.

Galopując przez las wracał obraz jak – wschód słońca o poranku dnia.

A w myślach Serafina stojąca nad brzegiem jeziora.

Wiedział, że cisza, która kocha ona – coś znaczy.

Zastanawiał się, co kryje się za tą spokojną zadumą.

Za milczeniem, które nie było pustką, lecz pełnią.

Nie szukał odpowiedzi.

Rozumiał ten stan bez zbędnych słów.

Słońce, przefiltrowane przez liście, osiadało na trawie miękko, bez pośpiechu.

Akacje poruszały się łagodnie, jakby nadal niosły echo wcześniejszej obecności.

Serafina czuła wdzięczność.

Nie za jeden moment, nie za jedną osobę — lecz za wszystko, co było dane bez prośby.

Za ziemię pod stopami.

Za ciszę, która nie domaga się wyjaśnień.

Za to, że nic nie trzeba było udowadniać.

W jej sercu rodziły się słowa.

Nie jako myśl, którą trzeba zapisać, lecz jako obecność — jak modlitwa bez formy.

Poezja nie szukała kształtu.

Była.

Serafina zamknęła na chwilę oczy i pozwoliła, by ten stan ją niósł.

Nie wiedziała jeszcze, dokąd ją zaprowadzi.

Ale wiedziała jedno — to, co przyszło w ciszy, było prawdziwe.

A gdzieś, pomiędzy drzewami, echo kopyt Armanda zniknęło.

Nie jak odejście.

Jak obietnica, że nic nie zostało przerwane — tylko odłożone we właściwym czasie.


 

Wśród Wierzb

,,Tam gdzie nic nie potrzeba”

Serafina& Armand

Armand podszedł powoli i zatrzymał się obok Serafiny, nie odbierając przestrzeni, którą wokół siebie stworzyła. 

Przez chwilę milczał, jakby chciał upewnić się, że jego obecność nie zakłóci tego, co trwało.

Zachwycał się – podobnie jak Serafina pięknem, które roztaczało się nad pokrytym w złotym blaskiem słońca jeziorem.

Akacje….- lekko rozbujane przygrywały w sercu ..- rytm Walca.

W tym miejscu wśród – Wierzb Ciszy

— myśl delikatnie spoczywała jakby na akacjach spoczęły ich czułe wspólne myśli..

Nie był pewien.

Czekał a w myślach szukał słów, które mogłyby ująć – Serafinę.

Słów które trafią prosto do jej serca.

Wydawała się bardzo – zamyślona, a jednocześnie taka spokojna.

W pewnym momencie odezwał się cicho;

— słońce ubiera akacje w szatę kolorów…, a w jeziorze rodzą sìe marzenia których blask możemy ujrzeć oczami wyobraźni…

Gdzie panuje prawdziwa cisza…- serce odpoczywa.

Serafina nie odpowiedziała. 

Ale na jej twarzy pojawił się promień uśmiechu, który Armand dostrzegł.

Delikatnie odwróciła spojrzenie ku niemu — spokojne, uważne, wolne od pośpiechu.

Jakby chciała wyszeptać : 

,, W tym miejscu czas nie tylko się zatrzymał w swoim uroku ale obudził prawdziwe i krótkie słowa zrozumienia  oraz delikatności.

W tym geście Serafiny było więcej niż oczekiwał Armand.

Jednak nie zwlekając odważnie – podszedł jeszcze bliżej. 

Ujął dłoń Serafiny – lekko i czule jakby bał się zakłócić rytm chwili w której się znaleźli.

Pochylił się i pocałunkiem wyszeptał.

Dziękujęnie roszcząc niczego więcej.

Cisza przyjęła ten gest tak samo naturalnie, jak wcześniej przyjęła ich obecność.

Wśród Wierzb

BALLADA

Serafina & Armand

,,Akacje kołysane wiatrem

Serafina stała nieruchomo nad jeziorem, wpatrując się w akacje kołysane wiatrem, jakby każda z nich znała jej imię.

Była w swoim świecie z własnymi marzeniami i myślami do których nikt nie miał dostępu.

Tańczące liście – wierzby szeptały delikatnie w rytm wiatru, rozwiewając długie włosy Serafiny.

Poruszały się cicho, a światło słońca osiadało na ich krawędziach z uważnością, która nie domagała się spojrzenia.

Szeptała do nich słowa, których nie trzeba było wypowiadać — bo przyroda rozumiała je bez dźwięku.

Serafina pozwoliła, aby serce odnalazło rytm wiatru, ciepło promieni, zapach drzew i wilgotnej ziemi, a jej wewnętrzny świat był cichy i łagodny.

Gdzieś za plecami Serafiny koń westchnął cicho, a dźwięk ten wtopił się w przestrzeń pod wierzbami, nie naruszając ciszy.

Armand zsiadł z siodła powoli, niemal niezauważalnie, i pozostał w oddali, pozwalając, aby jezioro przyjęło także jego spojrzenie.

Stał nieruchomo, jakby wiedział, że ten moment nie należy do niego. 

Serafina wciąż trwała w swoich myślach, aż w końcu — ledwie dostrzegalnym ruchem — odwróciła głowę.

Nie spojrzała wprost.

To było raczej ciche przyzwolenie niż gest.

Jakby szeptem, który nie potrzebował słów, mówiła: jestem tu spokojna.

Wierzby Ciszy

Wierzby rosły nisko nad wodą, jakby same chciały dotknąć jej tafli.

Ich długie gałęzie poruszały się leniwie, muskane porannym powietrzem, a cisza, która tam panowała, nie była pustką — była miejscem, w którym wszystko mogło się wydarzyć albo nie wydarzyć wcale.

Serafina stała nieruchomo, pozwalając, by świat wokół niej mówił własnym językiem.

Jezioro odbijało długą trawę w miękkim, rozedrganym obrazie, jak nuta przeciągnięta zbyt długo, lecz wciąż czysta.

Akacje błyszczały w promieniach słońca, a światło układało się na liściach tak, jakby znało ich imiona.

Nie było potrzeby się spieszyć.

Czas w tym miejscu nie domagał się decyzji ani odpowiedzi.

Pozwalał trwać — bez lęku, bez oczekiwań, bez konieczności nazywania czegokolwiek.

Serafina czuła spokój, który nie wymagał samotności, lecz jej nie naruszał.

Była częścią krajobrazu, jakby wtopiła się w zieleń i światło, jakby wierzby przyjęły ją pod swoje ciche ramiona.

Powietrze drżało lekko, niosąc ze sobą zapach wilgotnej ziemi i wody.

Każdy oddech był wolniejszy od poprzedniego, a myśl — swobodna, nieskrępowana, błądząca bez potrzeby powrotu.

To było miejsce, w którym serce mogło odpocząć, zanim odważy się poczuć więcej.

Dopiero wtedy, z oddali, pojawiła się obecność, która nie burzyła ciszy.

Wśród Wierzb

BALLADA

Serafina & Armand

,,Spotkanie w ciszy

Spacer w ogrodzie róż na długo pozostał w pamięci Serafiny i Armanda.

Był jak czułe westchnienie — jak kropla rosy, która osiada na liściu i zostawia po sobie ślad,

choć sama znika. Nie trwał długo, a jednak wystarczająco, by nasycić się obecnością drugiego człowieka i ciszą, którą potrafili dzielić bez słów.

Serafina kochała róże — znała każdą z nich, jakby były częścią jej własnej historii.

Armand zatrzymał się nagle i skłonił z lekką powagą.

— Panienka wybaczy — rzekł cicho — i pozwoli, że oddalę się na chwilę.

— A cóż to, mości dobrodzieju odparła łagodnie gdy pilne sprawy wzywają?

— Tak, Panienko… wzywają.

Odchylił prawą dłoń do tyłu na znak pożegnania i z szacunkiem ucałował dłoń Serafiny.

Potem odszedł — bez pośpiechu, bez oglądania się za siebie.

Dzień był piękny.

Serafina postanowiła pozostać jeszcze w ogrodzie.

Zofia, wierna służąca, przygotowała herbatę, aby Panienka mogła odpocząć wśród ukochanych róż i promieni słońca.

— Szlachcic w pośpiechu opuścił dwór — szepnęła ostrożnie.

Serafina jedynie delikatnie wzdrygnęła ramionami, jakby nie życzyła sobie dalszej rozmowy.

— Panienka nie jest ciekawa…?

— Zofio — odrzekła spokojnie — zapewne miał ku temu ważny powód.

— Tak, Panienko… miał. W dworze szepczą, że pilnie wyruszył do brata.

Serafina nie odpowiedziała.

Zofia zamilkła na moment, po czym dodała półgłosem:

— W Panienki ogrodzie… nawet róże zamilkły na chwilę.

— Chcesz mi jeszcze coś powiedzieć droga Zofio? zapytała Serafina z błogim spokojem.

— Bo Panienka i Pan Armand… wyglądają tak… — urwała zdanie, nie kończąc myśli.

Dostrzegła, że twarz Serafiny przybrała wyraz – zadumy, a może nawet cichego smutku.

Onieśmielona, z lekkim drżeniem w głosie, rzekła tylko:

— Przepraszam Panienkę.

Zofia cofnęła się pół kroku, uchylając przestrzeń. Nie zadała więcej pytań.

Serafina oddaliła się od stolika z herbatą i zniknęła wśród róż, pozostając sama ze swoimi myślami.

Dzień zakończył się błogą ciszą, która nie domagała się odpowiedzi.

Następnego dnia o świcie Serafina wyruszyła na przejażdżkę konną.

Uwielbiała swojego białego jak śnieg rumaka — Aleksandra.

Szeptała do niego cicho, jak do istoty, która rozumie więcej, niż wypowiada się słowami.

Gdy słońce powoli otulało las złocistymi promieniami, galopowała odważnie, nie bacząc na przeszkody, jakby szukała w ruchu ukojenia.

Aleksander mknął przez leśne dukty jak rozpędzony wicher — dumny, lekki, o majestacie szlacheckiego konia, który zna swoją drogę.

Miał poprowadzić Serafinę do miejsca, które dobrze znali oboje.

Do wierzb – ciszy.

Armand powrócił do dworu późną nocą.

Przy porannym śniadaniu nie dostrzegł Serafiny.

Wkrótce dowiedział się, że wybrała się na przejażdżkę konną. Nie zapytał o nic więcej.

Bez słowa oddalił się od stołu i osiodłał swojego konia.

Las był jeszcze wilgotny od porannej mgły, a ścieżka prowadziła dokładnie tam, gdzie myśl biegła szybciej niż kroki.

Armand dostrzegł z oddali sylwetkę Serafiny.

Zatrzymał konia i w zwolnionym rytmie ruszył powoli w stronę wierzb.

Wśród wierzb panowała błoga cisza.

Armand ponownie zatrzymał konia i skinął głową w stronę Serafiny.

Szept róż o poranku

W Ogrodzie Różanym

Ballada

Następnego dnia słońce rozlało się po ogrodzie Serafiny.

Spojrzała przez okno. Cicho i z czułością.

W jej oczach pojawiły się łzy —nie z bólu, nie z żalu, lecz z błogiego szczęścia, które wypełniało serce aż po brzegi.

Zapach róż unosił się w powietrzu jak wonny olejek, jak obietnica poranka.

W dworku panowała cisza. Wyborna, spokojna ale pełna hojności wobec gości.

Wieści jednak nie znają ciszy. Dotarły i do Panny Serafiny.

Pokojówka przyszła jak co dzień — o świcie, by rozczesać jej długie, gęste włosy.

I zapytała mimochodem:

— Panienka dziś nie zeszła na śniadanie…

A szlachcic pytał o Panią… Zawahała się.

Serafina uprzedziła szept:

— Jaki…?

— Wyjątkowy. I bardzo kulturalny — odpowiedziała Zofia.

Szlachcic spodziewał się spotkania przy stole.

Los jednak miał inne plany. Po śniadaniu wyruszył konno po powietrze, po przestrzeń, po myśli. Serafina wzruszyła ramionami.

— To dobrze — rzekła spokojnie.

— O poranku ptaki nucą baśnie, polana mieni się światłem… warto nacieszyć wzrok i uraczyć duszę.

Panienka jak zawsze rozmarzona — uśmiechnęła się Zofia.

— A śniadanie stygnie.

Po posiłku – Serafina zeszła do ogrodu.

Tam znalazła ciszę i nostalgię. I swoje ukochane róże. Twarz jej promieniała.

Zachwyt nie znał granic.

Wtem — szept za plecami:

— A Panna z różami tańczy o świcie…?

Odwróciła się spokojnie.

— Tak, mości dobrodzieju. Tańczę jak ich lekkość, lecz ostrożnie jak ich odwaga.

Róże szepczą: uważaj — kolce potrafią ranić.

Zapadła cisza. Armand spojrzał na róże. Potem na nią.

W takim razie proszę — rzekł, podając kwiat.

— Róża dla damy, która sercem barwi ich płatki. Nie zwlekał.

Bez pruderii. Z prostotą gestu.

— Pozwoli Panienka, że zapytam?

— Proszę.

— Znam już swoje imię w Pani myślach… czy zostanę zaszczycony poznać Panny ?

Serafina spuściła wzrok. Serce przyspieszyło. Milczała chwilę. Potem spojrzała w jego oczy.

— Serafina, mości dobrodzieju.

Armand skłonił głowę. Dłoń przyłożył do piersi.

— Jestem dumny, że poznałem imię Panienki.

— Dla mnie również to prawdziwa przyjemność poznać mości dobrodzieja.

Uśmiechnęła się lekko.

— Dziękuję za różę. Jest piękna.

Ogród trwał w ciszy. Róże słuchały.

A Armand zaproponował spacer.

Gdy imię zostało – wypowiedziane

W Ogrodzie Różanym

Następnego dnia dwór rozbrzmiewał cichym, szlachetnym poruszeniem.

Wiadomość, iż przybył gość o wyjątkowej renomie i nienagannych manierach, rozeszła się szybciej niż zapach porannej herbaty unoszący się w ogrodzie.

Serafina, jak co rano, weszła pomiędzy róże, a jej zachwyt nad ich magią w blasku pięknego słońca nie miał końca.

Spojrzała w błękit nieba, na drzewa tańczące z wiatrem, aż uśmiech prawdziwego szczęścia rozświetlił jej twarz.

Była szczęśliwa, jakby świat zatrzymał się na moment.

Delikatne płatki, wilgotne od nocy, muskały jej dłonie niczym szept wiatru.

W ogrodzie odnajdywała wyciszenie — bo właśnie tam mogła być sobą.

Nagle Serafina zaskoczyła się niebywale, dostrzegłszy postać stojącą kilka kroków dalej. Dopiero gdy lekki szmer żwiru zdradził czyjąś obecność, uniosła głowę.

W oddali zobaczyła mężczyznę, który wpatrywał się w nią uważnie. Był elegancki, dostojnie ubrany, jak na szlachcica przystało. Jego postawa zdradzała pewność siebie, lecz łagodził ją szczery, subtelny uśmiech skierowany w stronę Serafiny.

Mężczyzna skłonił się z elegancją dawnych czasów, po czym rzekł:

— Przepraszam, czy nie naruszyłem spokoju Panny?

— Jestem gościem w tym domu… i pozwolono mi obejrzeć ogród.

Serafina skinęła głową, jakby chciała wyszeptać witaj, mości nieznajomy, lecz uczyniła to jedynie w myślach — zabrakło jej odwagi. Jego aksamitny, a zarazem męski i dostojny głos wprawił ją w lekkie zakłopotanie.

Po chwili ciszy odpowiedziała:

— To miejsce jest moją ukochaną częścią dworu.

Spędzam tu czas, bo błoga cisza i cudowny zapach kwiatów koją moje myśli… i uspokajają serce.

Mości dobrodzieju — róże wiele mówią tym, którzy potrafią ich słuchać.

Uśmiechnął się ledwie dostrzegalnie, jakby nie śmiał uczynić tego śmielej.

W takim razie mam wielkie szczęście — rzekł spokojnie — skoro przewodniczką jest Panna.

Pozwoli Panna, że się przedstawię… Armand.

Imię zabrzmiało w powietrzu jak coś więcej niż zwykłe przedstawienie.

Jak obietnica historii, która dopiero zaczynała tkać swoje wątki.

Serafina odpowiedziała eterycznym ukłonem — drobnym i skromnym, jak nakazywała epoka.

A róże, poruszone wiatrem, zdawały się szeptać coś więcej, niż ktokolwiek odważyłby się wypowiedzieć na głos.


 


 
 


 

📘 Kup książkę