Kamienne ściany

Morze nadal pozostawało spokojne.

Aż nazbyt spokojne.

Przechył statku zdawał się należeć już do przeszłości.

Załoga szybko wróciła do swoich obowiązków.

Jednak im głębiej wpływali pomiędzy góry, tym częściej ich spojrzenia uciekały ku skalnym ścianom przesmyku.

Przesmyk wydawał się inny niż wcześniej.

Coraz ciaśniejszy.

Coraz bardziej ponury.

Kamienne ściany wyrastały po obu stronach okrętu niczym strażnicy pilnujący przejścia.

Niektórzy byli przekonani, że to tylko złudzenie.

Inni milczeli.

Nie chcieli wypowiadać swoich myśli na głos.

Statek płynął dalej.

Powoli.

Ostrożnie.

Z każdą chwilą góry wydawały się coraz bliższe.

Jakby obserwowały każdy ruch okrętu.

Nagle jeden z marynarzy zatrzymał się przy burcie.

Zmrużył oczy.

Widzieliście to? — zapytał cicho.

Kilku członków załogi spojrzało we wskazanym kierunku.

Co takiego?

Marynarz nie odpowiedział od razu.

Uważnie wpatrywał się w skały. 

Dokładnie tam, gdzie pojawił się przesmyk miedzy górami.

Przysiągłbym, że coś tam błysnęło…

Na pokładzie zapadła cisza.

Wszyscy spojrzeli w stronę skał.

Jednak pomiędzy nimi panował tylko mrok.

I cisza.

Jakby nic nigdy się tam nie wydarzyło.

Statek płynął dalej. 

A góry wciąż milczały.

W stronę sztormu🌊

Na pokładzie panowała ciężka cisza.

Wszyscy patrzyli na Szafirę.

Krople nadal spadały.

Coraz szybciej.
Coraz ciężej.

Woda zbierała się pomiędzy deskami pokładu w nienaturalnym tempie, jakby statek sam zaczynał przyjmować ją do swojego wnętrza.

Szafira nie odwróciła wzroku od wzburzonego morza.

Wiatr uderzył ponownie.

Mocniej.

Żagle zatrzeszczały gwałtownie, a okręt lekko zakołysał się na falach.

Kapitan zrobiła krok do przodu.

Nie zatrzymywać kursu.
Wylewać wodę wszystkim, co macie pod ręką.
Natychmiast.

Głos Szafiry był spokojny ale stanowczy.

To wystarczyło.

Załoga ruszyła bez wahania.

Marynarze chwytali wiadra, skrzynie i wszystko, czym można było nabierać wodę z pokładu.

Jedni pracowali przy burtach.
Inni próbowali odpychać wodę pomiędzy deskami.

Obsydian stanął przy sterze.

Silny podmuch uderzył w żagle, ale jego dłonie nie drgnęły nawet na chwilę.

Utrzymać kierunek! — zawołał.
Nie pozwolić statkowi zejść z kursu!

Morze odpowiadało coraz gwałtowniej.

Fale rozbijały się o kadłub ciężkimi uderzeniami.

Krople nadal spadały.

Nie przypominały już deszczu.

Były zbyt ciężkie.
Zbyt zimne.

Jakby każda z nich niosła w sobie siłę większą niż zwykła woda.

Kapitanie! — krzyknął jeden z marynarzy.
Wiadra to za mało!

Woda sięgała im już do kostek.

Kilku członków załogi rzuciło się pod pokład.

Po chwili wrócili, wynosząc drewniane beczki i większe pojemniki.

Wylewali wodę niemal rozpaczliwie, próbując oczyścić pokład z ciężkich kropli, które nieustannie spadały z ciemnego nieba.

Wiatr narastał.

Nie był już zwykłym podmuchem.

Napierał na statek z jednej strony, jakby próbował zmusić go do zmiany kierunku.

Obsydian zmrużył oczy.

Coś było nie tak.

Wiatr nie zachowywał się naturalnie.

Nagle okręt przechylił się gwałtownie na bok.

Kilku marynarzy odruchowo chwyciło liny.

Woda przesunęła się przez pokład ciężką falą.

Żagle napięły się do granic wytrzymałości.

Obsydian zacisnął dłonie na sterze.

I wtedy zrozumiał, że wiatr nie próbował ich zatrzymać.

On prowadził ich w konkretnym kierunku.

📘 Kup książkę