Lanzarote, wyspa zrodzona z ognia.

Drodzy Czytelnicy. 

Dzisiaj napiszę kilka ciekawych spostrzeżeń na temat pięknych, a czasami surowych krajobrazów Lanzarote.

Zafascynowały mnie już od pierwszych chwil mojego pobytu.

Patrząc dziś na tą piękną i spokojną wyspę aż trudno uwierzyć, że jeszcze kilkaset lat temu natura pokazała tutaj swoją niezwykłą siłę.

Największe erupcje wulkaniczne trwały niemal sześć lat – od 1730 do 1736 roku.

Był to jeden z najdłuższych okresów aktywności wulkanicznej odnotowanych na Wyspach Kanaryjskich.

Wszystko rozpoczęło się 1 września 1730 roku w okolicach miejscowości Timanfaya.

Ziemia zaczęła pękać, a z jej wnętrza wydobywały się ogromne ilości lawy, popiołu i gazów.

Erupcje pojawiały się w różnych miejscach wyspy, tworząc kolejne stożki wulkaniczne i zmieniając krajobraz niemal z dnia na dzień.

Lawa oraz popiół pokryły ogromne obszary Lanzarote, niszcząc pola uprawne, domy i całe osady.

Wielu mieszkańców zostało zmuszonych do opuszczenia swoich domów i rozpoczęcia życia od nowa.

Dla ludzi był to czas ogromnego cierpienia i niepewności.

To, co przez lata budowali, często znikało pod warstwą gorącej lawy.

Natura przypomniała człowiekowi, jak potężne siły drzemią we wnętrzu naszej planety.

Jak lawa ukształtowała Lanzarote

Dzisiaj spacerując po wybrzeżu, możemy dostrzec ślady tamtych wydarzeń.

Czarne skały rozciągające się wzdłuż oceanu nie są zwykłymi kamieniami.

To zastygła lawa, która setki lat temu płynęła niczym ognista rzeka.

Kiedy rozgrzana do ponad tysiąca stopni lawa docierała do oceanu, następowało gwałtowne schłodzenie.

Powodowało ono pękanie skał oraz tworzenie niezwykłych formacji skalnych, które do dziś zachwycają swoim wyglądem.

Patrząc na nieregularne kształty skał, łatwo wyobrazić sobie kierunek, w którym płynęła lawa. Miejscami wygląda tak, jakby czas zatrzymał jej ruch w jednej chwili.

To właśnie dzięki tym procesom wybrzeże Lanzarote ma swój surowy, niepowtarzalny charakter.

Ocean i czas – najwięksi rzeźbiarze natury

Choć erupcje zakończyły się setki lat temu, natura nie przestała pracować.

Przez kolejne stulecia fale oceanu nieustannie uderzały o zastygłą lawę, stopniowo wygładzając jej powierzchnię, tworząc szczeliny, niewielkie zatoczki oraz naturalne baseny wypełniane wodą podczas przypływu.

To proces, który trwa do dziś.

Ogień stworzył ten krajobraz.

Ocean nadaje mu ostateczny kształt.

A czas sprawia, że każdego roku zmienia się on jeszcze odrobinę.

Mimo surowych warunków Lanzarote ponownie stało się miejscem tętniącym życiem.

Rośliny przystosowały się do niewielkiej ilości opadów, silnego słońca i wulkanicznego podłoża.

Dzisiaj wyspa zachwyca kontrastem czarnej lawy, białej architektury oraz intensywnych kolorów bugenwilli, opuncji i palm.

To niezwykły przykład tego, jak natura potrafi odrodzić się nawet po największych katastrofach.

Podczas pobytu na Lanzarote wielokrotnie miałam wrażenie, jakbym spacerowała po powierzchni innej planety.

Surowe krajobrazy, rozległe pola zastygłej lawy i wulkaniczne wzgórza tworzą widoki, których trudno szukać w innych częściach Europy.

Najbardziej poruszyły mnie jednak nie same wulkany.

To właśnie zastygła lawa opowiada historię tej wyspy.

Patrząc na nią, można niemal wyobrazić sobie ogromną siłę, z jaką płynęła przed wiekami, zmieniając wszystko na swojej drodze.

Dzisiaj w tym samym miejscu słychać już jedynie szum fal, a ocean cierpliwie wygładza skały, które kiedyś były płynnym ogniem.

To niezwykła lekcja historii, geologii i pokory wobec natury.

Podróże uczą nas nie tylko odkrywania nowych miejsc.

Uczą również dostrzegać, że świat, który dziś wydaje się spokojny i niezmienny, powstawał przez tysiące lat pod wpływem sił znacznie większych od człowieka.

Lanzarote przypomina mi o tym za każdym razem, gdy patrzę na zastygłą lawę.

Bo czas potrafi zamienić tragedię w krajobraz, który dziś zachwyca ludzi z całego świata.

Podsumowanie tygodnia z serca do serca.

,,Dary natury na Lanzarote”

🌴

Każdy tydzień pozostawia po sobie wspomnienia.

Jedne zapisują się w pamięci dzięki pięknym krajobrazom, inne dzięki spotkaniom, a jeszcze inne dzięki chwilom ciszy, podczas których po prostu zatrzymujemy się i patrzymy przed siebie.

Minione dni były dla mnie początkiem wyjątkowej podróży.

Lanzarote od pierwszych chwil zachwyca swoją surową naturą, oceanem i niezwykłym wulkanicznym krajobrazem.

Razem odkrywaliśmy pierwsze skarby wyspy – majestatyczną agawę, niezwykłą opuncję figową oraz miejsca, gdzie ocean każdego dnia spotyka się z czarnymi skałami ukształtowanymi przez dawną działalność wulkanów.

To jednak dopiero początek.

Przed nami jeszcze wiele wspólnych odkryć. Opowiem Wam o bugenwilli, historii tej niezwykłej wyspy, nocnym obliczu Lanzarote, piaskowych rzeźbach oraz roślinach, które potrafią zachwycić swoją urodą nawet po zachodzie słońca.

Na chwilę odpłynęliśmy również od naszych Ballad, aby w pełni zanurzyć się w tej podróży.

Wiem jednak, że Serafina, Armand oraz załoga Szafiry i Obsydiana już niedługo ponownie zaproszą Was do swoich opowieści.

W ubiegłym tygodniu pokazałam Wam również pierwszy etap kolejnej nowej kompozycji w stylu skandynawskim, następne etapy jej powstawania oraz ciekawe pomysły pokażę Wam po powrocie z Lanzarote.

Mam nadzieję, że wspólnie stworzymy jeszcze wiele pięknych ogrodowych inspiracji. 💚

Drodzy, ten tydzień był dla mnie ważny także z innego powodu.

Miałam ogromną radość przeżywać z Wami premierę mojego tomiku poezji. 📖🌿

Z całego serca dziękuję za wszystkie życzenia urodzinowe, gratulacje i każde dobre słowo.

Wasza obecność sprawiła, że te chwile pozostaną ze mną na długo.

Dziękuję, że jesteście częścią tej wspólnej drogi.🌹

Mam nadzieję, że kolejne dni przyniosą nam jeszcze wiele pięknych odkryć i inspiracji.

Życzę Wam spokojnego weekendu, dużo słońca w sercu i odwagi, aby spełniać nawet te marzenia, które wydają się bardzo odległe.

Do zobaczenia już wkrótce, ponieważ nasza podróż… wciąż trwa. 🌊☀️

Z serdecznymi pozdrowieniami dla Was.

Katarzyna.

🩵

Chee Dale – spacer wśród skał, lasu i szumu rzeki.

Opowieść o miejscu, które koi i zostaje w pamięci na dłużej.

Chee Dale tam, gdzie cisza ma swój własny rytm.

Drzewa pokryte mchem wyglądają, jakby pamiętały więcej niż my, a szum wody towarzyszy niemal przez całą drogę, prowadząc krok po kroku dalej.

Niektóre miejsca nie kończą się na jednej historii one zostają z nami na dłużej.

Szlak prowadził dalej, coraz głębiej między skały, które wznosiły się wysoko, jakby chciały zatrzymać czas w swoim cieniu.

Skały w Chee Dale mają w sobie coś niezwykłego.

Nie są tylko tłem dla wędrówki.

Są świadkami czasu.

Powstawały przez tysiące lat, warstwa po warstwie,

kształtowane przez wodę, wiatr i ciszę, której nie da się usłyszeć, a którą można poczuć.

Ich ściany są wysokie, miejscami niemal pionowe.

Surowe, a jednocześnie żywe ponieważ między nimi wciąż toczy się życie.

Woda powoli sączy się po ich powierzchni, kropla po kropli, jakby przypominała, że nawet najtwardsza skała ulega temu, co cierpliwe.

Można podejść bardzo blisko.

Stanąć tuż przy nich.

A nawet wejść pod skalne ściany i poczuć ich chłód.

To szczególne uczucie jakby na chwilę znaleźć się w innym świecie.

A gdzieś wyżej widać ludzi wspinających się po tych naturalnych formacjach.

Małe sylwetki na tle ogromu skał.

Pokazujące, jak niewielcy jesteśmy wobec natury,

a jednocześnie jak bardzo chcemy być jej częścią.

I właśnie w tym jest coś pięknego.

Nie tylko patrzeć ale być częścią leśnej delikatności.

Każdy krok w głąb lasu powoli odkrywał głębię i cudowne walory.

Zieleń stawała się jeszcze bardziej soczysto zielona z wyraźną głębią , wilgotna i spokojna.

Mech pokrywający kamienie i pnie drzew wyglądał jak naturalny dywan cichy, ale pełen życia.

A gdzieś obok, niemal przez cały czas, towarzyszył nam szum rzeki.

Nie narzucał się.

Nie przyciągał uwagi na siłę.

Był po prostu obecny stały, kojący, jakby prowadził nas swoją własną drogą.

Właśnie w tej ciszy, między jednym krokiem, a drugim, pojawiło się coś, czego się nie planuje.

Mała owieczka.

Stała spokojnie, patrząc z ciekawością,

jakby sama dopiero uczyła się tego świata.

Nie było w niej pośpiechu.

Tylko delikatność i obecność.

To było jedno z tych spotkań, które trwają krócej niż chwilę , a zostają na dłużej w myślach i sercu.

Bo czasem to nie miejsce jest najważniejsze, ale moment, w którym naprawdę się zatrzymujemy.

📘 Kup książkę