Otwarcie nieba

Załoga wróciła do pracy.

Liny zostały napięte.

Żagle ustawione zgodnie z rozkazem kapitan.

Choć krople nadal spadały, nikt nie pozwolił sobie na panikę.

Marynarze byli zaskoczeni ich ciężarem i dźwiękiem, z jakim uderzały o pokład, ale ręce nadal pracowały w jednym rytmie.

Obsydian i Szafira stali pewnie na mostku.

Na rozkaz Szafiry…

utrzymać kurs.

Głos Obsydiana brzmiał stanowczo.

Pełna gotowość.

Nie odrywać wzroku od pracy.

Krótko.

Precyzyjnie.

Bez zbędnych słów.

Tak jest! — odpowiedziała załoga niemal jednym głosem.

I wtedy zerwał się wiatr.

Nie narastał.

Nie ostrzegał.

Po prostu uderzył.

Potężny podmuch przeszedł przez cały okręt, jakby niewidzialna siła chciała sprawdzić jego równowagę.

Statek zakołysał się gwałtownie.

Żagle napięły się z ostrym trzaskiem.

Liny zadrżały w dłoniach marynarzy.

Kilku z nich odruchowo spojrzało ku ciemnemu niebu.

Morze przestało być spokojne.

Fale zaczęły rozbijać się o kadłub z nową siłą, a otaczające ich góry wydawały się coraz bliższe.

Jakby milczące ściany skał powoli zamykały wokół nich przestrzeń.

Krople spadały coraz szybciej.

Ciężkie.

Zimne.

Nienaturalne.

Nie przypominały zwykiego deszczu.

Uderzały o drewno głucho, niemal miarowo, pozostawiając po sobie ciemne ślady pomiędzy deskami pokładu.

Wiatr nie ustępował.

A statek… płynął dalej.

Między milczącymi ścianami gór, które nie dawały odpowiedzi.

I czymś… co dopiero zaczynało się ujawniać.

Niebo przybrało inną barwę.

Jakby przebijacie się słońce pomiędzy chmurami chciało dać im znak.

Nagle jeden z marynarzy odwrócił się gwałtownie.

— Kapitanie… krople…

Jego głos nie brzmiał już pewnie.

Kilku członków załogi spojrzało na pokład.

Woda zbierała się coraz szybciej.

Zbyt szybko.

Nie spływała tak, jak powinna.

Krople uderzały jedna po drugiej, a statek zaczął napełniać się wodą w błyskawicznym tempie.

Na pokładzie zapadła ciężka cisza.

Marynarze spojrzeli na Szafirę.

Ktoś z lekkim drżeniem wyszeptał:

— Kapitanie… statek napełnia się wodą…

I w jednej chwili wszystkie spojrzenia skierowały się ku niej.

A wiatr… uderzył ponownie. 🌊⚓

W stronę gór

„Nie każda droga daje pewność,

ale są takie, które mimo wszystko trzeba wybrać.”

Morze było spokojne.

Zbyt spokojne, aby można było mu zaufać.

Statek przez chwilę trwał w bezruchu, jakby sam wsłuchiwał się w ciszę nocy, a drewno kadłuba chciało usłyszeć coś więcej niż tylko oddech wody.

Nad nimi rozciągało się niebo.

Pełne gwiazd z księżycem zawieszonym wysoko,

jak niemy świadek wszystkiego.

To co przed nimi dopiero miało nadejść.

Szafira i Obsydian stali na mostku.

Ich spojrzenia nie szukały odpowiedzi.

Wiedzieli , że wszechświat jest z nimi.

Ruszamy.

Powiedziała spokojnie Szafira.

Nie było wątpliwości.

Obsydian stał blisko.

Jeszcze trochę patrzył w niebo i na głębię wzburzonych delikatnie fal.

Kapitanie

dokąd kierujemy statek?

Zapytał spokojnie.

Zbyt spokojnie.

Nie zdradził niczego więcej.

Ani tego, co widział.

Ani tego, czego nie potrafił już odczytać.

Szafira uniosła wzrok.

Gdzieś daleko, na granicy widzenia pojawiły się zarysy gór.

Nie były tylko tłem.

Wznosiły się wysoko, surowe i milczące, jak strażnicy przejścia, które nie było dane każdemu.

Ich szczyty ginęły w chmurach, a zbocza zdawały się pochłaniać światło.

Budziły respekt.

Nie strach lecz ten rodzaj ciszy w której człowiek rozumie, że nie wszystko zostało stworzone po to,

by było łatwe.

— Widzisz, Obsydianie…

Jej głos był spokojny, ale niósł coś więcej niż tylko kierunek.

— Prosto przed nami, w oddali.

W stronę gór.

Zwiększyć moc.

Nie spojrzała na kompas.

Nie musiała.

Nie było potrzeby.

Jakby samo niebo na moment rozsunęło ciężkie chmury, tworząc wąski prześwit.

Delikatny, ledwo uchwytny, a jednak wystarczający, aby uwierzyć, że droga istnieje.

Załoga nie pytała. Ufała.

A morze czekało na nich jeszcze przez chwilę spokojne i ciche.

Wszyscy wiedzieli, byli gotowi.

Jakby zjednoczeni intuicją dusz, które nie potrzebują słów.

Góry nie obiecywały bezpieczeństwa.

Ale przyciągały czymś, czego nie dało się zignorować.

I w logiczny sposób wyjaśnić.

Niepewność była obecna.

Ale obok niej…była też wiara.

Cicha.

Niewypowiedziana.

Taka, która nie potrzebuje dowodów, aby zrobić pierwszy krok.

A statek…

Statek ruszył.

W stronę gór, które nie odpowiadały,

ale czekały właśnie na nich.

📘 Kup książkę