Kamienne ściany.

Statek znalazł się w przesmyku.

Kamienne  ściany znajdowały się blisko..

– zbyt blisko. 

Nie było strachu, choć niektórzy zastanawiali się, czy na pewno są bezpieczni. 

Kamienne skały wyglądały inaczej niż te, które do tej pory widzieli.

Szafira podeszła do burty.

Przez chwilę patrzyła na kamienne ściany.

Nie powiedziała ani słowa.

Wyciągnęła dłoń.

Jej palce musnęły chłodną, wilgotną skałę.

Obsydian zrobił to samo.

Jakby oboje chcieli upewnić się, że to, co widzą, jest rzeczywistością.

Kamień był zimny.

Szorstki.

Prawdziwy.

A jednak oboje mieli wrażenie, że góry żyją własnym rytmem.

Statek płynął bardzo powoli.

Tak blisko skał, że niemal można było dotknąć ich na całej długości pokładu.

Załoga obserwowała każdy ruch swoich dowódców.

Nikt nie odważył się przerwać tej ciszy.

Morze pozostawało spokojne.

Lecz w powietrzu wyczuwało się napięcie, którego nie potrafił wyjaśnić żaden z marynarzy.

Dopiero po dłuższej chwili Szafira spokojnie odsunęła dłoń od kamiennej ściany.

Płyniemy dalej. 

Spokojnie powiedziała pewnym głosem. 

    Obsydian skinął głową.

    Statek ruszył naprzód.

    A góry nadal milczały, choć każdy z nich czuł dziwny  otaczający ich chłód….

    Kamienne ściany

    Morze nadal pozostawało spokojne.

    Aż nazbyt spokojne.

    Przechył statku zdawał się należeć już do przeszłości.

    Załoga szybko wróciła do swoich obowiązków.

    Jednak im głębiej wpływali pomiędzy góry, tym częściej ich spojrzenia uciekały ku skalnym ścianom przesmyku.

    Przesmyk wydawał się inny niż wcześniej.

    Coraz ciaśniejszy.

    Coraz bardziej ponury.

    Kamienne ściany wyrastały po obu stronach okrętu niczym strażnicy pilnujący przejścia.

    Niektórzy byli przekonani, że to tylko złudzenie.

    Inni milczeli.

    Nie chcieli wypowiadać swoich myśli na głos.

    Statek płynął dalej.

    Powoli.

    Ostrożnie.

    Z każdą chwilą góry wydawały się coraz bliższe.

    Jakby obserwowały każdy ruch okrętu.

    Nagle jeden z marynarzy zatrzymał się przy burcie.

    Zmrużył oczy.

    Widzieliście to? — zapytał cicho.

    Kilku członków załogi spojrzało we wskazanym kierunku.

    Co takiego?

    Marynarz nie odpowiedział od razu.

    Uważnie wpatrywał się w skały. 

    Dokładnie tam, gdzie pojawił się przesmyk miedzy górami.

    Przysiągłbym, że coś tam błysnęło…

    Na pokładzie zapadła cisza.

    Wszyscy spojrzeli w stronę skał.

    Jednak pomiędzy nimi panował tylko mrok.

    I cisza.

    Jakby nic nigdy się tam nie wydarzyło.

    Statek płynął dalej. 

    A góry wciąż milczały.

    Między światłem a cieniem

    Morze było spokojne.

    Zbyt spokojne.

    Po wydarzeniach ostatnich dni nikt nie spodziewał się takiej ciszy.

    Szafira nie zatrzymała okrętu.

    Rozkazała jedynie zwolnić.

    Przez krótki moment w wąskim przesmyku pomiędzy górami pojawił się widok, którego się nie spodziewali.

    Załoga zgromadziła się na pokładzie.

    Stali w ciszy.

    Spokojni z pełnym zaufaniem patrzyli w stronę przesmyku, gdzie pierwszy blask wschodzącego słońca rozświetlił ciemne zbocza gór do których się zbliżali.

    Nawet najbardziej doświadczeni marynarze patrzyli w milczeniu.

    Światło pojawiło się tylko na chwilę.

    Jakby góry na moment rozsunęły przed nimi zasłonę.

    Obsydian obserwował horyzont.

    Potem spojrzał na kompas.

    Wyjął go ostrożnie i zmarszczył brwi.

    Igła drżała.

    Przez chwilę wskazywała jeden kierunek.

    Potem drugi.

    Następnie zaczęła obracać się powoli wokół własnej osi.

    Jakby całkowicie utraciła orientację.

    Kapitanie… — odezwał się cicho ktoś z pokładu.

    Szafira spojrzała na kompas.

    Nie powiedziała ani słowa.

    Statek płynął dalej.

    Coraz głębiej pomiędzy kamienne ściany gór.

    Przesmyk stawał się coraz węższy.

    Góry otaczające przesmyk wydawały się coraz bliższe.

    Jakby kamienne ściany powoli przesuwały się ku sobie, gotowe w każdej chwili zamknąć przejście za ich rufą.

    Nikt nie wypowiedział tego głośno, ale wielu marynarzy miało wrażenie, że wpływają do miejsca, które niechętnie wpuszczało obcych.

    Nagle…

    Kadłub zadrżał.

    Jakby coś dotknęło go pod powierzchnią wody.

    Statek lekko przechylił się na bok.

    Niezbyt mocno.

    Ale na tyle wyraźnie, że kilku marynarzy odruchowo chwyciło liny.

    Na pokładzie zapadła cisza.

    Pełna gotowość! — rozkazała Szafira.

    Utrzymać kurs! — donośnym głosem powtórzył Obsydian, stając przy sterze.

    Załoga natychmiast zajęła swoje stanowiska.

    Wszyscy skupili wzrok przed sobą.

    I wtedy rozległ się krzyk jednego z marynarzy.

    Kapitanie! Coś nad przesmykiem !

    W jednej chwili wszystkie spojrzenia skierowały się ku przesmykowi.

    Szafira odwróciła się natychmiast.

    Obsydian również uniósł wzrok znad steru.

    Jednak jedyne, co dostrzegli, to ciemność…, która zasłoniła niebo.

    Ciężkie chmury ponownie zasłoniły przejście pomiędzy górami.

    A przez krótką chwilę wydawało się, że ktoś lub coś próbowało zwrócić ich uwagę.

    Lecz teraz nie było tam nic.

    Tylko skały.

    Morze.

    Cisza.

    I statek, który płynął dalej….

    ⚓️

    Krótka chwila światła

    Przez pewien moment chmury rozstąpiły się nad przesmykiem.

    Między górami pojawił się pierwszy blask wschodzącego słońca.

    Szafira i Obsydian obserwowali go w milczeniu.

    Ale nie trwało to długo.

    Zaledwie kilka chwil.

    Wystarczyło jednak, aby przypomnieć załodze, że nawet po najciemniejszej nocy światło zawsze odnajduje drogę.

    A potem chmury ponownie zamknęły przejście.

    I wszystko wróciło do ciszy…

    Cisza, która nie dawała odpowiedzi.

    Noc otuliła statek spokojem.

    Po raz pierwszy od wielu godzin na pokładzie nie było słychać pośpiesznych kroków, nawoływań ani odgłosów wylewanej za burtę wody.

    Załoga spała.

    Zmęczona walką z tajemniczym deszczem i ciężkimi kroplami, które jeszcze niedawno zalewały pokład.

    Morze wydawało się spokojne.

    Zbyt spokojne.

    Szafira stała przy burcie.

    Nie mogła zasnąć.

    Jej wzrok błądził po ciemnej tafli wody, która odbijała srebrne światło księżyca.

    Coś nie dawało jej spokoju.

    Nie potrafiła tego nazwać.

    Nie był to strach.

    Nie było też żadnego zagrożenia, które mogłaby dostrzec.

    A jednak czuła, że coś się zmieniło.

    Jakby samo morze wstrzymało oddech.

    Daleko nad górami przesuwały się resztki chmur.

    Pomiędzy nimi błyszczał księżyc.

    Wąski i srebrzysty.

    Przypominający strażnika czuwającego nad przejściem pomiędzy skalnymi ścianami.

    Szafira spojrzała ku horyzontowi.

    Wydawało jej się, że góry są bliżej niż wcześniej.

    Znacznie bliżej.

    Jakby powoli zamykały wokół nich swoją kamienną bramę.

    W tym samym czasie Obsydian sprawdzał mapy.

    Rozłożone jedna obok drugiej.

    Po raz kolejny próbował ustalić ich położenie.

    Liczby się zgadzały.

    Ale kierunek nie.

    Zmarszczył brwi.

    Spojrzał na kompas.

    Igła zadrżała.

    Przez chwilę wskazała północ.

    Potem zachód.

    Następnie obróciła się jeszcze raz.

    Jakby sama nie wiedziała, gdzie znajduje się statek.

    Obsydian milczał.

    Nie powiedział o tym Szafirze, która z lekkim niepokojem spoglądała w dal i głębię cichego morza. 

    Jakby wiedziała, że między górami kryje się coś czego nikt potrafił zrozumieć. 

    Obsydian odłożył kompas i w ciszy zastanawiał się szukając odpowiedzi której nie było. 

    Ale były pytania.

    Coraz więcej myśli zaprzątało jego głowę. 

    Na pokładzie nadal panowała błoga cisza.

    Fale delikatnie uderzały o kadłub.

    Liny wisiały nieruchomo.

    Nawet wiatr zdawał się odpoczywać.

    Kilku marynarzy spało opartych o beczki.

    Inni przykryli się płaszczami i zasnęli tam, gdzie wcześniej walczyli z wodą.

    Po raz pierwszy od wielu godzin wszystko wyglądało normalnie.

    Spokojnie.

    Bezpiecznie.

    I wtedy…

    Statek drgnął.

    Lekko.

    Prawie niezauważalnie.

    Szafira odwróciła głowę.

    Obsydian podniósł wzrok znad map.

    Przez pokład przebiegł cichy trzask drewna.

    Nastąpił drugi ruch.

    Mocniejszy.

    Statek przechylił się na bok.

    Nie było wiatru.

    Nie było fali.

    Nie było sztormu.

    A jednak cały okręt wyraźnie pochylił się w jedną stronę.

    Kubek stojący przy mapach zsunął się ze stołu.

    Kilka osób z załogi gwałtownie się obudziło.

    Na pokładzie zapadła cisza cięższa niż wcześniej.

    Kapitanie… — odezwał się ktoś w ciemności.

    Szafira nie odpowiedziała.

    Patrzyła przed siebie.

    Bo po raz pierwszy od początku wyprawy wiedziała jedno.

    To nie był przypadek.

    Nocny wpis do pokładu

    ⚓️

    Gdy większość załogi odpoczywała po trudach minionego dnia, na pokładzie nadal paliło się jedno światło.

    Obsydian pochylał się nad mapami.

    Kompas wciąż nie dawał odpowiedzi.

    Po obu stronach wyrastały ciemne ściany gór, a morze było spokojniejsze niż kiedykolwiek wcześniej.

    Zbyt spokojne.

    Tego wieczoru nikt jeszcze nie wiedział, że cisza również potrafi być ostrzeżeniem.

    🌙

    Otwarcie nieba

    Załoga wróciła do pracy.

    Liny zostały napięte.

    Żagle ustawione zgodnie z rozkazem kapitan.

    Choć krople nadal spadały, nikt nie pozwolił sobie na panikę.

    Marynarze byli zaskoczeni ich ciężarem i dźwiękiem, z jakim uderzały o pokład, ale ręce nadal pracowały w jednym rytmie.

    Obsydian i Szafira stali pewnie na mostku.

    Na rozkaz Szafiry…

    utrzymać kurs.

    Głos Obsydiana brzmiał stanowczo.

    Pełna gotowość.

    Nie odrywać wzroku od pracy.

    Krótko.

    Precyzyjnie.

    Bez zbędnych słów.

    Tak jest! — odpowiedziała załoga niemal jednym głosem.

    I wtedy zerwał się wiatr.

    Nie narastał.

    Nie ostrzegał.

    Po prostu uderzył.

    Potężny podmuch przeszedł przez cały okręt, jakby niewidzialna siła chciała sprawdzić jego równowagę.

    Statek zakołysał się gwałtownie.

    Żagle napięły się z ostrym trzaskiem.

    Liny zadrżały w dłoniach marynarzy.

    Kilku z nich odruchowo spojrzało ku ciemnemu niebu.

    Morze przestało być spokojne.

    Fale zaczęły rozbijać się o kadłub z nową siłą, a otaczające ich góry wydawały się coraz bliższe.

    Jakby milczące ściany skał powoli zamykały wokół nich przestrzeń.

    Krople spadały coraz szybciej.

    Ciężkie.

    Zimne.

    Nienaturalne.

    Nie przypominały zwykiego deszczu.

    Uderzały o drewno głucho, niemal miarowo, pozostawiając po sobie ciemne ślady pomiędzy deskami pokładu.

    Wiatr nie ustępował.

    A statek… płynął dalej.

    Między milczącymi ścianami gór, które nie dawały odpowiedzi.

    I czymś… co dopiero zaczynało się ujawniać.

    Niebo przybrało inną barwę.

    Jakby przebijacie się słońce pomiędzy chmurami chciało dać im znak.

    Nagle jeden z marynarzy odwrócił się gwałtownie.

    — Kapitanie… krople…

    Jego głos nie brzmiał już pewnie.

    Kilku członków załogi spojrzało na pokład.

    Woda zbierała się coraz szybciej.

    Zbyt szybko.

    Nie spływała tak, jak powinna.

    Krople uderzały jedna po drugiej, a statek zaczął napełniać się wodą w błyskawicznym tempie.

    Na pokładzie zapadła ciężka cisza.

    Marynarze spojrzeli na Szafirę.

    Ktoś z lekkim drżeniem wyszeptał:

    — Kapitanie… statek napełnia się wodą…

    I w jednej chwili wszystkie spojrzenia skierowały się ku niej.

    A wiatr… uderzył ponownie. 🌊⚓

    W stronę gór

    „Nie każda droga daje pewność,

    ale są takie, które mimo wszystko trzeba wybrać.”

    Morze było spokojne.

    Zbyt spokojne, aby można było mu zaufać.

    Statek przez chwilę trwał w bezruchu, jakby sam wsłuchiwał się w ciszę nocy, a drewno kadłuba chciało usłyszeć coś więcej niż tylko oddech wody.

    Nad nimi rozciągało się niebo.

    Pełne gwiazd z księżycem zawieszonym wysoko,

    jak niemy świadek wszystkiego.

    To co przed nimi dopiero miało nadejść.

    Szafira i Obsydian stali na mostku.

    Ich spojrzenia nie szukały odpowiedzi.

    Wiedzieli , że wszechświat jest z nimi.

    Ruszamy.

    Powiedziała spokojnie Szafira.

    Nie było wątpliwości.

    Obsydian stał blisko.

    Jeszcze trochę patrzył w niebo i na głębię wzburzonych delikatnie fal.

    Kapitanie

    dokąd kierujemy statek?

    Zapytał spokojnie.

    Zbyt spokojnie.

    Nie zdradził niczego więcej.

    Ani tego, co widział.

    Ani tego, czego nie potrafił już odczytać.

    Szafira uniosła wzrok.

    Gdzieś daleko, na granicy widzenia pojawiły się zarysy gór.

    Nie były tylko tłem.

    Wznosiły się wysoko, surowe i milczące, jak strażnicy przejścia, które nie było dane każdemu.

    Ich szczyty ginęły w chmurach, a zbocza zdawały się pochłaniać światło.

    Budziły respekt.

    Nie strach lecz ten rodzaj ciszy w której człowiek rozumie, że nie wszystko zostało stworzone po to,

    by było łatwe.

    — Widzisz, Obsydianie…

    Jej głos był spokojny, ale niósł coś więcej niż tylko kierunek.

    — Prosto przed nami, w oddali.

    W stronę gór.

    Zwiększyć moc.

    Nie spojrzała na kompas.

    Nie musiała.

    Nie było potrzeby.

    Jakby samo niebo na moment rozsunęło ciężkie chmury, tworząc wąski prześwit.

    Delikatny, ledwo uchwytny, a jednak wystarczający, aby uwierzyć, że droga istnieje.

    Załoga nie pytała. Ufała.

    A morze czekało na nich jeszcze przez chwilę spokojne i ciche.

    Wszyscy wiedzieli, byli gotowi.

    Jakby zjednoczeni intuicją dusz, które nie potrzebują słów.

    Góry nie obiecywały bezpieczeństwa.

    Ale przyciągały czymś, czego nie dało się zignorować.

    I w logiczny sposób wyjaśnić.

    Niepewność była obecna.

    Ale obok niej…była też wiara.

    Cicha.

    Niewypowiedziana.

    Taka, która nie potrzebuje dowodów, aby zrobić pierwszy krok.

    A statek…

    Statek ruszył.

    W stronę gór, które nie odpowiadały,

    ale czekały właśnie na nich.

    📘 Kup książkę