Statek znalazł się w przesmyku.
Kamienne ściany znajdowały się blisko..
– zbyt blisko.
Nie było strachu, choć niektórzy zastanawiali się, czy na pewno są bezpieczni.
Kamienne skały wyglądały inaczej niż te, które do tej pory widzieli.
Szafira podeszła do burty.
Przez chwilę patrzyła na kamienne ściany.
Nie powiedziała ani słowa.
Wyciągnęła dłoń.

Jej palce musnęły chłodną, wilgotną skałę.
Obsydian zrobił to samo.
Jakby oboje chcieli upewnić się, że to, co widzą, jest rzeczywistością.
Kamień był zimny.
Szorstki.
Prawdziwy.
A jednak oboje mieli wrażenie, że góry żyją własnym rytmem.
Statek płynął bardzo powoli.
Tak blisko skał, że niemal można było dotknąć ich na całej długości pokładu.
Załoga obserwowała każdy ruch swoich dowódców.
Nikt nie odważył się przerwać tej ciszy.
Morze pozostawało spokojne.
Lecz w powietrzu wyczuwało się napięcie, którego nie potrafił wyjaśnić żaden z marynarzy.
Dopiero po dłuższej chwili Szafira spokojnie odsunęła dłoń od kamiennej ściany.
— Płyniemy dalej.
Spokojnie powiedziała pewnym głosem.
Obsydian skinął głową.
Statek ruszył naprzód.
A góry nadal milczały, choć każdy z nich czuł dziwny otaczający ich chłód….







