Nie każda droga daje pewność…
ale są takie, które mimo wszystko trzeba wybrać.
Statek ruszył.
Spokojnie, niemal dostojnie, zbliżał się do masywnych gór, które z każdą chwilą zdawały się rosnąć w oczach załogi.
Nie były tylko przeszkodą.
Były obecnością.
Wysokie, surowe, niemal nierealne jakby wyrzeźbione nie przez czas, lecz przez coś starszego niż świat.
Ich ściany wznosiły się pionowo, pochłaniając światło i dźwięk, pozostawiając po sobie ciszę… cięższą niż morze.
Na pokładzie zapadło skupienie.

Oddechy marynarzy stały się głębsze, wolniejsze, jakby każdy z nich instynktownie próbował odnaleźć w sobie równowagę wobec tego, co ich otaczało.
Nie było paniki.
Była świadomość.
Szafira i Obsydian stali blisko siebie.
Nie potrzebowali słów.
Ich spojrzenia spotkały się tylko na moment
wystarczająco długo, aby potwierdzić to, co już wiedzieli.
Zaufanie.
Nie było w nim wątpliwości.
Jakby oboje rozumieli, że tylko jedność załogi i
zwarty, niewzruszony szereg może utrzymać kurs.
Między siłą, która nie poddaje się logice.
I wtedy… coś się zmieniło.
Nie od razu.
Nie gwałtownie.
Najpierw była jedna kropla.
Cicha.
Niemal niezauważalna.
Upadła na pokład, zostawiając ślad,
który nie przypominał wody z morza.
Potem kolejna.
I jeszcze jedna.
Załoga spojrzała po sobie.
Nikt nie mówił głośno ale każdy to zauważył.
Nie padało.
Nie było mgły.
A jednak krople pojawiały się znikąd.
Jakby coś nad nimi… oddychało.
Obsydian podniósł wzrok.
Nie w stronę nieba lecz wyżej.
Tam, gdzie światło nie sięgało w pełni.
— Kapitanie… — odezwał się cicho.
Szafira nie odwróciła się od razu.
Jakby już wiedziała.
— Wiem.
Jedno słowo.
Wystarczyło.
Nie padło więcej.
Nie było potrzeby.
Strażnik.
Obecny.
Cichy.
Czuwający.
Zostawili to dla siebie.
Nie dlatego, że się bali.
Ale dlatego, że spokój załogi był teraz ważniejszy niż prawda, której nie dało się jeszcze wyjaśnić.
I wtedy…zerwał się wiatr.

