W Ogrodzie Różanym

Następnego dnia dwór rozbrzmiewał cichym, szlachetnym poruszeniem.
Wiadomość, iż przybył gość o wyjątkowej renomie i nienagannych manierach, rozeszła się szybciej niż zapach porannej herbaty unoszący się w ogrodzie.
Serafina, jak co rano, weszła pomiędzy róże, a jej zachwyt nad ich magią w blasku pięknego słońca nie miał końca.
Spojrzała w błękit nieba, na drzewa tańczące z wiatrem, aż uśmiech prawdziwego szczęścia rozświetlił jej twarz.
Była szczęśliwa, jakby świat zatrzymał się na moment.
Delikatne płatki, wilgotne od nocy, muskały jej dłonie niczym szept wiatru.
W ogrodzie odnajdywała wyciszenie — bo właśnie tam mogła być sobą.
Nagle Serafina zaskoczyła się niebywale, dostrzegłszy postać stojącą kilka kroków dalej. Dopiero gdy lekki szmer żwiru zdradził czyjąś obecność, uniosła głowę.
W oddali zobaczyła mężczyznę, który wpatrywał się w nią uważnie. Był elegancki, dostojnie ubrany, jak na szlachcica przystało. Jego postawa zdradzała pewność siebie, lecz łagodził ją szczery, subtelny uśmiech skierowany w stronę Serafiny.
Mężczyzna skłonił się z elegancją dawnych czasów, po czym rzekł:
— Przepraszam, czy nie naruszyłem spokoju Panny?
— Jestem gościem w tym domu… i pozwolono mi obejrzeć ogród.
Serafina skinęła głową, jakby chciała wyszeptać witaj, mości nieznajomy, lecz uczyniła to jedynie w myślach — zabrakło jej odwagi. Jego aksamitny, a zarazem męski i dostojny głos wprawił ją w lekkie zakłopotanie.
Po chwili ciszy odpowiedziała:
— To miejsce jest moją ukochaną częścią dworu.
Spędzam tu czas, bo błoga cisza i cudowny zapach kwiatów koją moje myśli… i uspokajają serce.
Mości dobrodzieju — róże wiele mówią tym, którzy potrafią ich słuchać.

Uśmiechnął się ledwie dostrzegalnie, jakby nie śmiał uczynić tego śmielej.
W takim razie mam wielkie szczęście — rzekł spokojnie — skoro przewodniczką jest Panna.
— Pozwoli Panna, że się przedstawię… Armand.
Imię zabrzmiało w powietrzu jak coś więcej niż zwykłe przedstawienie.
Jak obietnica historii, która dopiero zaczynała tkać swoje wątki.
Serafina odpowiedziała eterycznym ukłonem — drobnym i skromnym, jak nakazywała epoka.
A róże, poruszone wiatrem, zdawały się szeptać coś więcej, niż ktokolwiek odważyłby się wypowiedzieć na głos.




Facebook Comments