Między Ciszą a Nadzieją

Drodzy Czytelnicy.

Tomik Wierszy🌿 ;
„Między Ciszą a Nadzieją” już wkrótce w papierowej wersji. 📖

Zbliża się moment na który czekałam.

Prace do jego wydania w formie papierowej powoli zmierzają w dobrym kierunku.

Wiem, że część z Was czeka właśnie na możliwość wzięcia tej książki do ręki, dlatego z przyjemnością informuję, że wkrótce będzie taka możliwość.

To dla mnie szczególne uczucie

🩵

Wiersze i refleksje, które przez długi czas powstawały w ciszy, wśród codziennych chwil, natury, nadziei i zwyczajnego życia, niedługo znajdą swoje miejsce również na prawdziwych kartach książki.📖

Dziękuję wszystkim, którzy pytali o papierowe wydanie, czekają na nie i okazują mojej twórczości tyle życzliwości.
To naprawdę wiele dla mnie znaczy.

Kiedy będę mogła przekazać Wam kolejne szczegóły oczywiście dam znać.

A dzisiaj zostawiam Was na chwilę z ;
„Między Ciszą a Nadzieją”🩵

Z sercem dla Was
Katarzyna

W ciszy Dworu

Jeszcze tego samego wieczoru, gdy słońce powoli chowało się za horyzont, Serafina stała przy oknie swojej pracowni.

W dłoni wciąż trzymała pędzel, lecz jej wzrok wędrował gdzieś dalej, a myśli błądziły pośród róż kołysanych przez wiatr.

Czy próbowała odnaleźć odpowiedź?

A może wracała myślami do rozmowy z ojcem, która pozostawiła w jej sercu więcej pytań niż odpowiedzi?

Przez dłuższą chwilę nie poruszała się.

Słowa o przyszłym właścicielu obrazu powracały do niej cicho, niemal uporczywie.

Odwróciła się w stronę płótna.

Jej spojrzenie zatrzymało się na nim na dłużej.

Nie podeszła jednak bliżej.

Nie próbowała niczego zmieniać.

Jakby sama nie była jeszcze pewna, czy powinna.

W pracowni panowała cisza.

I właśnie wtedy, gdzieś w oddali, rozległ się stłumiony odgłos końskich kopyt, a do ciszy Dworu dołączyły ciche głosy służby i odgłos otwieranej bramy.

Nie wiedziała jeszcze kto przybył.

Tymczasem przed Dworem zatrzymał się jeździec.

Przez krótką chwilę spoglądał na budynek i rozciągający się wokół ogród.

Miejsce wydawało mu się spokojne i pełne harmonii.

Zsiadł z konia bez pośpiechu.

Nie było w jego zachowaniu nic gwałtownego.

Każdy gest zdradzał opanowanie i kulturę człowieka, który wiedział, że wkracza do czyjegoś domu i świata.

Gospodarz Dworu wyszedł mu na spotkanie.

Przywitał go z życzliwością i należnym szacunkiem.

Kilka spokojnych słów wystarczyło, aby gość poczuł, że jest tutaj mile widziany.

W tym samym czasie Serafina pozostawała jeszcze w swojej pracowni.

Nie wiedziała, że pod dachem Dworu pojawił się ktoś, kto już wkrótce stanie się częścią wydarzeń, których żadne z nich nie potrafiło jeszcze przewidzieć.

Po chwili do komnaty zajrzała Zofia.

Panienko… do Dworu przybył gość.

Serafina spojrzała na nią spokojnie.

Nie zapytała, kim był.

Nie podeszła w stronę okna.

Jej wzrok ponownie powędrował w stronę obrazu.

Dziękuję, Zofio — odpowiedziała cicho, a kobieta skinęła głową i pozostawiła ją samą.

Serafina jeszcze przez chwilę patrzyła na płótno.

Jakby pomiędzy tym, co już wiedziała, a tym, czego jeszcze nie potrafiła zrozumieć, pojawiła się nowa, niewidzialna nić.

Tego wieczoru pod dachem Dworu spotkały się dwa różne światy.

Serafina pozostała ze swoją tajemnicą.

A przybyły gość nie wiedział jeszcze, że jego obecność właśnie rozpoczęła kolejny etap tej historii.

Ciąg dalszy wkrótce..

Tam, gdzie prowadzi ciekawość

,,Opowieści z głębin”

🐢

Ocean tego dnia był wyjątkowo spokojny.

Promienie słońca przenikały przez taflę wody i wędrowały coraz głębiej, rozświetlając koralowce, morskie trawy i niewielkie muszle spoczywające na piaszczystym dnie.

Konik morski i Baltazar płynęli razem. Nie mieli wyznaczonego celu.

I chyba właśnie dlatego nigdzie się nie spieszyli.

Baltazar opowiadał o miejscach, które odwiedził przed laty. 

O dalekich wodach, niezwykłych rafach i prądach morskich, które potrafiły ponieść podróżnika bardzo daleko od domu.

Konik słuchał z zainteresowaniem, ale jak zwykle jego uwagę co chwilę przyciągało coś nowego.

Raz zatrzymywał się przy niewielkiej muszli.

Za chwilę obserwował maleńką rybkę ukrywającą się pomiędzy koralowcami.

Po chwili zachwyciły go pęcherzyki powietrza wędrujące ku powierzchni.

Baltazar przyglądał mu się z rozbawieniem.

Z tobą każda podróż trwa dwa razy dłużej powiedział w końcu.

Konik morski odwrócił się w jego stronę.

Przecież sam mówiłeś, że nie trzeba się spieszyć!

Baltazar zatrzymał się.

Przez chwilę patrzył na swojego małego przyjaciela, po czym roześmiał się serdecznie.

Chyba zaczynam żałować, że cię tego nauczyłem ale płynęli dalej.

Wkrótce dotarli w okolice wysokich skał. 

Światło docierało tutaj słabiej, a ocean przybierał głębszy, bardziej tajemniczy odcień błękitu.

Nagle konik morski stanął.

Baltazarze

Co się stało?

Spójrz.

Pomiędzy dwiema skałami znajdowało się niewielkie przejście.

Było tak wąskie, że z daleka można było go w ogóle nie zauważyć.

Ale konika zainteresowało coś jeszcze.

Z głębi szczeliny wydobywało się delikatne błękitne światło.

Baltazar podpłynął bliżej.

Przyglądał się miejscu przez chwilę.

Dziwne — powiedział.

Co ?

Nigdy wcześniej go nie widziałem.

Konik spojrzał na niego z niedowierzaniem.

Ty? Przecież znasz cały ocean!

Baltazar uśmiechnął się.

— Och, mały przyjacielu… nawet bardzo długie życie nie wystarczy, żeby poznać wszystkie tajemnice oceanu.

Konik morski ponownie spojrzał na szczelinę.

Ciekawość zwyciężyła.

— Sprawdzę, co jest po drugiej stronie.

Baltazar zmierzył wzrokiem wąskie przejście.

Ty możesz. Ja chyba musiałbym zostawić pancerz tutaj.

Konik spojrzał na niego.

I obaj wybuchnęli śmiechem.

Poczekaj na mnie! — zawołał konik i zniknął pomiędzy skałami.

Baltazar został sam.

Minęła chwila.

Potem druga.

Stary żółw spoglądał na szczelinę coraz uważniej.

Aż wreszcie zza skał dobiegł podekscytowany głos:

Baltazarze! Musisz to zobaczyć!

Bardzo chętnie! — odpowiedział. — Ale nadal jestem żółwiem!

Po chwili zza skały wychyliła się niewielka głowa konika.

Najpierw spojrzał na Baltazara.

Potem na przejście.

Rzeczywiście.

Nie było najmniejszej szansy.

Poczekaj! — zawołał. — Znajdę inną drogę.

Zniknął ponownie.

Tym razem trwało to trochę dłużej.

Baltazar cierpliwie czekał.

W końcu konik wrócił.

Był wyraźnie podekscytowany.

Znalazłem!

Co znalazłeś?

Drogę dla ciebie. Płyń za mną.

I wtedy wydarzyło się coś, czego konik morski jeszcze nigdy nie doświadczył.

To on popłynął pierwszy.

Baltazar ruszył za nim.

Mały konik prowadził starego podróżnika wzdłuż wysokiej skalnej ściany. 

Minęli niewielką grotę, opłynęli ogromny głaz i wpłynęli pomiędzy dwa skalne wzniesienia.

A potem ocean nagle się przed nimi otworzył.

Konik zatrzymał się.

Baltazar również.

Przed nimi znajdowała się ukryta zatoka.

Na jej dnie rosły delikatne koralowce, których końcówki połyskiwały błękitnym światłem. Pomiędzy nimi przemykały maleńkie rybki przypominające srebrne iskierki.

Wysoko nad nimi przez niewielką szczelinę pomiędzy skałami wpadała smuga światła.

Padała dokładnie na środek zatoki.

Woda migotała.

Przez chwilę żaden z nich się nie odezwał.

Nawet Baltazar, który podczas swoich licznych podróży widział niezliczone miejsca, patrzył przed siebie w milczeniu.

Konik zerknął na niego.

Naprawdę nigdy tutaj nie byłeś?

Nigdy.

W głosie starego żółwia nie było rozczarowania.

Był zachwyt.

Konik wyprostował się z dumą.

Czyli dzisiaj to ja pokazałem coś tobie.

Baltazar odwrócił głowę i spojrzał na swojego przyjaciela.

Tak.

Po chwili dodał:

I mam nadzieję, że zrobisz to jeszcze wiele razy.

Usiedli obok siebie na piaszczystym dnie.

Tego dnia Baltazar nie opowiadał o dalekich podróżach.

Nie dawał konikowi żadnych rad.

Nie próbował również tłumaczyć mu oceanu.

Nie było takiej potrzeby.

Bo tego dnia sam został zaproszony do świata, którego wcześniej nie znał.

Przez swojego małego przyjaciela.

Kiedy ruszyli w drogę powrotną, Baltazar pozwolił konikowi ponownie płynąć pierwszemu.

Wiesz, Baltazarze — powiedział konik — całkiem dobrze mi idzie prowadzenie.

Stary żółw uśmiechnął się.

Tylko się za bardzo nie przyzwyczajaj.

I znowu obaj się roześmiali.

Ocean przyjął ich śmiech i poniósł go gdzieś daleko pomiędzy skały.

A ukryta zatoka została za nimi.

Od tej chwili była jednak czymś więcej niż kolejnym pięknym miejscem.

Stała się ich wspólnym odkryciem.

🩵

,,Przesłanie”

W prawdziwej przyjaźni nie zawsze ta sama osoba zna odpowiedź.

Nie zawsze ten sam człowiek wskazuje drogę.

Czasami ktoś prowadzi nas przez wiele lat, dzieląc się doświadczeniem i mądrością.

A potem przychodzi dzień, kiedy role się zmieniają.

I okazuje się, że również my możemy pokazać mu coś, czego jeszcze nie widział.

Bo przyjaźń nie potrzebuje jednego przewodnika.

Raz Ty pokażesz mi drogę.

Innym razem ja pokażę ją Tobie.

A kiedy odkryjemy coś pięknego najważniejsze jest to, że mamy obok kogoś, z kim możemy się tym podzielić.

Wierzby Ciszy – Rozdział 4

„Ballada o Ogrodzie Różanym” 🥀— książka w trakcie tworzenia

Drodzy Czytelnicy,

Od pewnego czasu zapraszam Was do świata Serafiny poprzez „Balladę o Ogrodzie Różanym”, którą publikuję na blogu w skróconej formie.

To jednak tylko jedna z warstw tej opowieści.

Książka, nad którą pracuję, będzie znacznie bogatsza w szczegóły, emocje i relacje między bohaterami.

Chciałabym, aby czytelnik mógł nie tylko poznać ich losy, lecz także zatrzymać się przy tym, co często najważniejsze — przy gestach, ciszy, wspomnieniach i obecności drugiego człowieka.

Relacje rodzinne, szacunek, zaufanie i bliskość są dla mnie jednymi z najważniejszych wartości tej historii.

Świat Serafiny jest delikatny. Pełen natury, czułości, wspomnień i miejsc, które potrafią przechowywać więcej niż tylko obrazy przeszłości.

Jej relacja z ojcem jest jednym z tych wątków, które szczególnie chciałabym w książce rozwinąć.

Pokazuje bowiem, że prawdziwa miłość nie potrzebuje wielkich słów. Czasem wystarczy obecność, spojrzenie albo cisza, w której dwoje ludzi rozumie się bez wyjaśnień.

Armand powoli zaczyna wkraczać do świata Serafiny, ale o jego miejscu w tej historii opowiem Wam innym razem.

Dzisiaj chcę uchylić przed Wami niewielki fragment Rozdziału 4 „Wierzby Ciszy”.

Serafina powoli podeszła ku najbliższej wierzbie. Wyciągnęła dłoń i delikatnie musnęła zwisającą gałązkę.

Na chwilę się zamyśliła.

Po chwili jednak uśmiechnęła się.

Nie dlatego, że zapomniała o tym, co wydarzyło się kilka lat wcześniej.

Ale dlatego, że znalazła się w miejscu, które tak bardzo kochała.

Wiem, jak bardzo kochasz to miejsce — odezwał się cicho ojciec.

Serafina chciała odpowiedzieć, lecz zatrzymała słowa w ciszy swojego serca.

Serafino… wiem, jak ci ciężko.

Tyle wystarczyło.

Przez chwilę żadne z nich nie potrzebowało już słów.

Wszyscy tęsknimy, moja droga Serafino — wyszeptał ojciec. — Ale gdzieś pomiędzy tymi drzewami pozostała pamięć.

Serafina ponownie dotknęła gałązki.

Drzewa słyszą, Ojcze… — wyszeptała. — Już nieraz do nich szeptałam.

Ojciec uśmiechnął się lekko.

To właśnie te drobne chwile, moja kochana córko, kiedy drzewa nucą swoje ciche melodie… i można je usłyszeć.

Co skrywają Wierzby Ciszy?

Jakie wspomnienie powraca do Serafiny właśnie w tym miejscu?

Dlaczego cisza jeziora i starych wierzb ma dla niej tak szczególne znaczenie?

Na te odpowiedzi przyjdzie jeszcze czas.

Książka powstaje spokojnie, rozdział po rozdziale.

Nie spiszę się, a każdy fragment jest głęboko przemyślany.

Chciałabym pozwolić tej historii dojrzeć i zachować wszystkie szczegóły, dzięki którym pewnego dnia będziecie mogli wejść znacznie głębiej w świat Serafiny, niż pozwala na to skrócona wersja Ballady publikowana na blogu.

Dlatego od czasu do czasu bede publikować dla Was niewielki fragment powstającej książki, aby pokazać jak bardzo ten świat rozrasta się poza krótkimi opowieściami, które już znacie.

Mam nadzieję, że fragment rozdziału 4 pozostawił Wam odrobinę ciekawości.

Za miesiąc ponownie uchylę kilka stron powstającej książki.

Dziękuję, że towarzyszycie mi podczas jej tworzenia. I dziękuję, że tak chętnie przesyłacie swoje spostrzeżenia oraz refleksje do każdej kolejnej części ballady.

Serafina i Armand to bohaterowie, którzy stali się nie tylko częścią mojej ballady, ale również zagościli głęboko i Waszych sercach. ❤️

Świadomość, że gdzieś po drugiej stronie są osoby, które czekają na dalsze losy bohaterów, jest dla autora czymś naprawdę pięknym.

Katarzyna Fabczak.

Cisza pomiędzy skałami

Burza nie ustąpiła całkowicie.

Gdzieś wysoko, ponad kamiennymi ścianami przesmyku, wciąż przetaczał się odległy pomruk grzmotu.

Niebo pozostawało ciężkie i ciemne.

Jednak im głębiej statek wpływał pomiędzy góry, tym słabszy stawał się głos burzy.

Aż w pewnej chwili… ucichł zupełnie.

Szafira uniosła wzrok. Wiatr, który jeszcze niedawno napinał żagle, niemal całkowicie zamarł.

Morze również zaczęło się uspokajać.

Fale nie uderzały już z taką siłą o kadłub.

Statek płynął dalej, powoli przecinając spokojną taflę wody.

Mgła jednak nie zniknęła.

Wciąż wydobywała się ze szczelin kamiennych ścian, miejscami spływając po nich niczym delikatna, mlecznobiała zasłona.

Jeden z marynarzy podszedł do burty.

Przez chwilę obserwował wodę.

Kapitanie… — odezwał się cicho. — Nawet morze ucichło.

Szafira spojrzała w jego stronę.

Nie odpowiedziała.

Ona również to czuła.

Cisza była inna niż wcześniej.

Nie przynosiła ukojenia.

Była głęboka. Niemal nienaturalna.

Słychać było jedynie pojedyncze krople wody spadające ze skał.

Załoga zachowywała czujność.

Nikt nie opuszczał swojego stanowiska, choć spojrzenia marynarzy coraz częściej wędrowały ku wysokim ścianom otaczającym okręt.

Obsydian stał przy sterze.

Od czasu do czasu spoglądał na Szafirę, lecz nie zadawał pytań.

Wiedział, że ona również obserwuje każdy szczegół.

Nagle jeden z marynarzy zmrużył oczy.

Wysoko ponad nimi, na skalnej półce, dostrzegł ptaki.

Było ich wiele.

Siedziały obok siebie zupełnie nieruchomo.

Żaden nie wydawał głosu.

Spójrzcie… — powiedział cicho.

Kilku marynarzy uniosło głowy.

Szafira również spojrzała w górę.

Przez kilka sekund nic się nie wydarzyło.

A potem… wszystkie ptaki poderwały się jednocześnie.

Nagły szum skrzydeł przeciął ciszę.

Stado wzbiło się ponad skały, zatoczyło szeroki łuk nad przesmykiem i zniknęło za jedną z kamiennych ścian.

Załoga śledziła je wzrokiem.

Przed czym uciekają?… — zapytał ktoś półgłosem.

Nikt nie odpowiedział.

Szafira nadal patrzyła w miejsce, w którym ptaki zniknęły.

Obsydian również.

Załoga zachowywała czujność.

Chłodny wiatr przenikał pokład, a skalne ściany sprawiały wrażenie, jakby z każdym kolejnym metrem przesmyk stawał się coraz ciaśniejszy.

Jeden z marynarzy zapytał:

Kapitanie, płyniemy dalej…?

Zwolnić.

Spokojny rozkaz Szafiry uspokoił załogę.

Płynęli dalej.

Wolno.

Spokojnie.

I cicho.

Statek niemal bezszelestnie przemierzał wąski przesmyk, jakby nawet załoga nie chciała zakłócać ciszy panującej pomiędzy górami.

Jednak jeden z marynarzy wciąż spoglądał wysoko.

Nagle zrobił krok w stronę burty i zmarszczył brwi.

Kapitanie…

Szafira odwróciła się ku niemu.

Marynarz podniósł rękę i wskazał wysoko ponad pokładem.

Tam… na górze są…

Szafira natychmiast spojrzała we wskazanym kierunku.

Obsydian oderwał wzrok od steru.

Pozostali marynarze również unieśli głowy.

A dalej, na kolejnej skale pojawiły się inne ptaki. 

Niczym strażnicy gór stały nieruchomo, wpatrując się w załogę…

I nagle ktoś inny z załogi zawołał.

Nie miał na myśli ptaków.

Tam! Wysoko na skałach… Widzę coś…

Szafira spojrzała w górę, ku pochmurnemu niebu, po czym spokojnym tonem odpowiedziała:

— Nawet jeśli coś tu jest… zachować czujność. Na stanowiska.

Przez chwilę spoglądała na swoich ludzi.

Jedność to nasza siła i moc.

I płynęli dalej, zagłębiając się w ciszę przesmyku, pośród cichego szumu fal…

Ciąg dalszy już wkrótce..

Miejsce do którego się wraca.

Minęło kilka dni od ostatniego spotkania z Baltazarem.

Konik morski każdego ranka wypływał spomiędzy koralowców i ruszał swoją zwyczajną drogą. 

Zaglądał pomiędzy skały, zatrzymywał się przy wysokich trawach morskich i obserwował niewielkie ławice rybek przemykające w błękitnej wodzie.

Ocean wyglądał tak samo.

A jednak czegoś w nim brakowało.

Konik coraz częściej spoglądał w stronę miejsc, w których wcześniej spotykał starego żółwia.

Baltazara jednak nigdzie nie było.

Nie martwił się o niego. Wiedział przecież, że jego przyjaciel przez wiele lat przemierzał ocean i znał jego drogi lepiej niż niejeden mieszkaniec podwodnego świata.

Mimo to zauważył coś, czego wcześniej nie znał.

Tęsknił.

Brakowało mu spokojnego spojrzenia Baltazara. Jego powolnego sposobu mówienia. 

Nawet wspólnego milczenia, podczas którego nie działo się nic szczególnego, a jednak wszystko wydawało się być na swoim miejscu.

Pewnego popołudnia konik morski dotarł do niewielkiej skalnej zatoki.

Promienie słońca przenikały przez taflę wody i rozświetlały piaszczyste dno. Pomiędzy skałami kołysały się morskie rośliny, a kilka drobnych muszelek połyskiwało w świetle.

I wtedy go zobaczył.

Na piasku odpoczywał znajomy żółw.

Baltazar! — zawołał konik i natychmiast podpłynął bliżej. — Szukałem cię!

Stary żółw powoli odwrócił głowę.

W jego oczach pojawiło się ciepło.

— A więc ktoś zauważył, że mnie nie było?

Konik spojrzał na niego ze zdziwieniem.

Oczywiście, że zauważyłem. Przecież jesteś moim przyjacielem.

Baltazar nie odpowiedział od razu.

Przez chwilę patrzył na małego konika, jakby jego proste słowa znaczyły znacznie więcej, niż można było powiedzieć.

Potem spojrzał przed siebie.

— Wiesz, mały przyjacielu… przez wiele lat przemierzałem ocean. Widziałem miejsca, których piękna nie potrafiłbym ci nawet opisać.

Bardzo dalekie?

Bardzo.

— I zawsze wracałeś?

Baltazar zamyślił się.

— Wracałem w różne miejsca. Ale nie zawsze dlatego, że za nimi tęskniłem.

Konik morski podpłynął jeszcze trochę bliżej.

To dlaczego wróciłeś tutaj?

Baltazar spojrzał na niego łagodnie.

— Bo piękne miejsce nie zawsze jest tym, za którym najbardziej tęsknimy.

Konik przechylił głowę.

Nie bardzo rozumiał.

Baltazar uśmiechnął się.

— Czasem wracamy tam, gdzie ktoś cieszy się na nasz widok.

Przez chwilę żaden z nich nic nie powiedział.

Konik spojrzał na swojego przyjaciela i poczuł coś bardzo prostego.

Radość.

Nie dlatego, że wydarzyło się coś niezwykłego.

Nie znaleźli skarbu.

Nie odkryli nieznanej części oceanu.

Po prostu znowu byli razem.

— To dobrze, że wróciłeś, powiedział cicho.

Baltazar skinął głową.

Wiem. Teraz już wiem.

Zostali jeszcze przez jakiś czas w skalnej zatoce.

Baltazar nie opowiadał tego dnia o swoich dawnych podróżach.

Konik nie zadawał kolejnych pytań.

Nie potrzebowali ich.

Czasami przyjaźń najlepiej słychać właśnie wtedy, gdy zapada cisza.

Kiedy słońce zaczęło powoli przesuwać się nad oceanem, Baltazar uniósł się z piaszczystego dna.

Płyniemy?

Płyniemy.

Ruszyli.

Mały konik morski płynął tuż przy wielkim żółwiu.

Nie przed nim.

Nie za nim.

Obok.

Tak jak płyną przyjaciele.

I być może właśnie wtedy obaj zrozumieli, że przyjaźń nie potrzebuje wielkich obietnic.

Czasami wystarczy wiedzieć, że gdzieś pośród ogromnego oceanu istnieje ktoś, kto zauważy naszą nieobecność…i ucieszy się, kiedy wrócimy.

Nie zawsze domem jest miejsce.

Czasami staje się nim czyjaś obecność, spokojna, życzliwa i prawdziwa.

Bo najpiękniejsze w przyjaźni nie jest to, że zawsze płyniemy tą samą drogą.

Najpiękniejsze jest to, że nawet kiedy życie rozdziela nasze drogi, pozostaje ktoś, do kogo chce się wracać.

🩵

Pośród niewypowiedzianych słów 

Armand podziękował przyjacielowi za gościnę.

Choć tajemniczy ślad i zaginiony list wciąż pozostawały bez odpowiedzi, nie pozwolił, aby niepewność odebrała mu spokój.

Postanowił o świcie wyruszyć do Dworu.

Czuł, że właśnie tam kolejny fragment tej historii zacznie odsłaniać swoje tajemnice. 

Następnego poranka Serafina i jej ojciec ruszyli na poranną przejażdżkę.

Leśny zapach koił ich serca, a promienie słońca przenikały przez korony drzew, rozświetlając paprocie i stare konary.

Nie potrzebowali zbyt wielu słów.

Cisza tej wspólnej przejażdżki była dla nich równie cenna jak rozmowa.

Po pewnym czasie zatrzymali konie na rozległej łące.

Zeszli z siodeł i wsłuchali się w cichy szept natury…

Łąka mieniła się barwami bieli i złota jakby sama natura rozłożyła przed nimi najpiękniejszy kobierzec.

W oddali rozbrzmiewał śpiew ptaków, a lekki wiatr poruszał źdźbła traw, niosąc ze sobą ciszę, której nie zakłócał żaden pośpiech.

Ojciec i córka szli obok siebie bez słów.

Nie potrzebowali rozmowy.

Wystarczała im obecność drugiego człowieka i spokój tej niezwykłej chwili.

Oboje czuli, że są szczęśliwi, mogąc wspólnie podziwiać piękno natury, która zdawała się otulać ich swoim cichym szeptem.

Ale spacer po łące powoli dobiegał końca dlatego ruszyli w stronę koni.

Przez chwilę szli w ciszy, wsłuchani nadal w śpiew ptaków i spokojny rytm natury, a promienie słońca wciąż delikatnie tańczyły pośród wysokich traw.

W końcu ojciec spojrzał na Serafinę z łagodnym uśmiechem.

— Powiedz mi…,czy udało Ci się już dokończyć obraz moja droga ?

Serafina uniosła wzrok.

— Tak, Ojcze. Ostatnie pociągnięcia pędzla należały już tylko do cierpliwości.

Ojciec skinął głową z wyraźnym zadowoleniem.

Bardzo się cieszę. Wierzę, że będzie zachwycał tak samo, jak wszystkie Twoje dzieła.

Po krótkiej chwili dodał spokojnym głosem:

— Niebawem znajdzie swojego nowego właściciela.

Słowa ojca zatrzymały się w sercu Serafiny.

Na moment zamyśliła się, lecz nie odpowiedziała.

Spojrzała jedynie przed siebie, jakby pewna myśl cicho przemknęła przez jej duszę.

Nie zdradziła jednak tego, co naprawdę nosiła w sercu.

Po chwili oboje dosiedli koni i ruszyli dalej, a wiatr poniósł ich myśli w stronę wydarzeń, które miały dopiero nadejść.

Jeszcze tego samego wieczoru, gdy słońce powoli chowało się za horyzont, Serafina stanęła przy oknie swojej pracowni. 

W dłoni wciąż trzymała pędzel, lecz jej wzrok wędrował gdzieś dalej…, a myśli bładziły wsród róż kołysanych przez wiatr…

Czy próbowała odnaleźć odpowiedź?

A może wracała myślami do rozmowy, która pozostawiła w jej sercu więcej pytań niż odpowiedzi…

Ciąg dalszy wkrótce.

Kilka słów od serca.

Drodzy Czytelnicy i Przyjaciele… 

Niektóre chwile nabierają wyjątkowego znaczenia.

Dzisiejszą różę pragnę podarować właśnie Wam – ode mnie i od Milo. 🌹

Dziękujemy za każde dobre słowo, pozostawiony komentarz, wiadomość, serdeczne życzenia i za każdą chwilę, którą poświęcacie, odwiedzając moje miejsce wypełnione poezją, refleksją i pięknem natury.

Niektórzy z Was są ze mną od wielu lat, a inni dołączyli do tej wspólnej podróży nieco później.

Niezależnie od tego, kiedy nasze drogi się spotkały, jestem ogromnie wdzięczna, że jesteście.

To właśnie dzięki Wam z radością tworzę kolejne wiersze, opowieści, ballady i materiały, które mogę z Wami dzielić. 

Wasza życzliwość sprawia, że to miejsce od lat pozostaje przestrzenią pełną spokoju, wzajemnego szacunku i serdeczności.

Już dziś chciałabym zaprosić Was na niedzielne spotkanie z poezją.

„Nadzieja cichy przyjaciel człowieka”. 📖🌿

Moje filmy z poezją dostępne są na Facbooku na stronie : Zdrowo i Kolorowo Szczęśliwie. 

Mam nadzieję, że będzie to kilka spokojnych minut refleksji , a słowa mojego wiersza odnajdą drogę do serc dla których poezja jest prawdziwym ukojeniem.

❤️

Życzę Wam pięknej niedzieli – pełnej spokoju, życzliwości i małych chwil, za które warto być wdzięcznym.

Dziękuję, że jesteście.

Katarzyna i Milo 🐾🌹

Z serdecznymi pozdrowieniami dla Was❤️

Pytania bez odpowiedzi.

Słońce powoli chowało się za linią lasu, malując niebo odcieniami złota i ciepłej czerwieni.

Armand prowadził konia spokojnym krokiem, pozwalając, aby cisza wieczoru towarzyszyła jego myślom.

Od chwili, gdy ujrzał tajemniczy ślad na najstarszym drzewie, nie potrafił o nim zapomnieć.

Nie szukał jednak odpowiedzi na siłę.

Zastanawiał się jedynie, czy był to zwykły znak pozostawiony przed laty… , czy może coś więcej.

A może tylko zwykły przypadek lub subtelna wiadomość, której znaczenia jeszcze nie potrafił odczytać.

Nie pozwalał jednak, aby domysły przejęły nad nim kontrolę i zakłóciły spokój.

Wierzył, że pośpiech rzadko prowadzi do prawdy, a czas pozwala lepiej zrozumieć sens.

Dlatego pozwolił myślom płynąć własnym rytmem, a wieczorna cisza zdawała się porządkować je lepiej niż najdłuższe rozmowy.

Kiedy wyjechał z lasu, ostatnie promienie słońca otuliły drogę miękkim światłem.

Spojrzał jeszcze raz w stronę drzew, jakby z wdzięcznością, za majestat i historię które niszą w ciszy lasu…

Nie czuł niepokoju.

Jedynie cichą świadomość, że ta podróż pozostawiła w jego sercu pytanie, na które odpowiedź przyjdzie we właściwym czasie.

Ruszył dalej w stronę posiadłości swojego przyjaciela.

Przed stajnią zatrzymał konia i jeszcze przez chwilę spoglądał na spokojny krajobraz, który powoli otulał wieczór.

Przyjaciel wyszedł mu na spotkanie.

Dziękuję Ci za ten dzień — powiedział Armand z życzliwym uśmiechem.

Pokazałeś mi miejsce, którego długo nie zapomnę.

Cieszę się, że mogłem się nim z Tobą podzielić — odparł przyjaciel.

Mam przeczucie, że jeszcze tam wrócimy.

Armand skinął głową.

— Być może… , ale jutro o świcie chciałbym wyruszyć do Dworu. 

Czuję, że nadszedł właściwy moment.

Przyjaciel spojrzał na niego uważnie, jakby wyczuwał, że decyzja ta dojrzewała w nim już od dłuższej chwili.

W takim razie życzę Ci spokojnej drogi. 

Niech przyniesie odpowiedzi, których dziś jeszcze nie znasz.

Armand uśmiechnął się z wdzięcznością.

— Dziękuję… za gościnę i za zaufanie.

Uścisnęli sobie dłonie.

Wieczór powoli otulał okolicę, a nad lasem pojawiały się pierwsze gwiazdy.

Nazajutrz o poranku Armand miał wyruszyć do Dworu.

Tymczasem…w Dworze Serafiny pierwsze promienie porannego słońca zaczęły delikatnie rozświetlać ogród otaczający Dwór.

Powietrze było rześkie, a rosa połyskiwała na płatkach róż niczym drobne kryształy.

Serafina wraz z ojcem przygotowywali konie do porannej przejażdżki.

Od ostatniej rozmowy w gabinecie minęło już trochę czasu, lecz pewna myśl wciąż nie dawała jej spokoju.

Nie chodziło o słowa.

Chodziło o obraz.

Tajemniczy ślad, który pojawił się na płótnie, wciąż powracał do jej myśli.

Zastanawiała się, czy powinna opowiedzieć o nim ojcu.

Znała jego rozwagę i wiedziała, że potrafił patrzeć na świat z niezwykłym spokojem.

Nie była jednak pewna, czy jest to już właściwy moment.

Spojrzała na ojca, który z czułością pogładził Aleksandra po szyi.

Przez chwilę chciała rozpocząć rozmowę…

Lecz zamiast słów pojawił się jedynie cichy uśmiech.

Może ta przejażdżka podpowie jej, kiedy nadejdzie odpowiedni moment.

Serafina była szczęśliwa, że może ten czas spędzić z ukochanym ojcem.

Ruszyli w drogę…., a droga przez las koiła ich serce.

Gdy serce wybiera cierpliwość

Zachodzące słońce wpadało przez otwarte okno, otulając wnętrze ciepłym światłem. 

W ogrodzie nadal słychać było cichy szum fontanny, który towarzyszył jej myślom.

Przed nią znajdywał się obraz Wierzb Ciszy.

Przez dłuższą chwilę wpatrywała się w niego w milczeniu.

Dopiero po chwili uniosła pędzel i z niezwykłą delikatnością zaczęła nadawać obrazowi kolejne barwy.

Choć próbowała zrozumieć tajemniczy ślad, który niespodziewanie pojawił się na płótnie, nie pozwalała, aby odebrał jej wewnętrzny spokój.

Wierzyła, że nie wszystko trzeba zrozumieć od razu.

Czasem wystarczy cierpliwie iść naprzód, a odpowiedzi same odnajdą właściwy moment, aby ujawnić swoje znaczenie.

📘 Kup książkę 💙 Wesprzyj blog