Krótka chwila światła

Przez pewien moment chmury rozstąpiły się nad przesmykiem.

Między górami pojawił się pierwszy blask wschodzącego słońca.

Szafira i Obsydian obserwowali go w milczeniu.

Ale nie trwało to długo.

Zaledwie kilka chwil.

Wystarczyło jednak, aby przypomnieć załodze, że nawet po najciemniejszej nocy światło zawsze odnajduje drogę.

A potem chmury ponownie zamknęły przejście.

I wszystko wróciło do ciszy…

Gdzie las skrywa tajemnice

Wieczorne powietrze było chłodne, a wiatr poruszał gałęziami w sposób, który budził niepokój.

Armand czuł, że ta droga prowadzi do czegoś znacznie większego niż zaginięcie listu.

A odpowiedzi, których szukał, mogły zmienić więcej, niż przypuszczał.

Las z każdą chwilą stawał się coraz bardziej cichy.

Droga, którą podążali, nie przypominała już ścieżek znanych mieszkańcom okolicy.

Powietrze zrobiło się chłodniejsze.

Nie był to jednak zwykły chłód wieczoru.

Pomiędzy drzewami unosiło się coś trudnego do opisania.

Jakby samo miejsce skrywało własny oddech.

Armand od pierwszej chwili miał wrażenie, że ten fragment lasu różni się od wszystkich pozostałych.

Drzewa rosły bliżej siebie.

Ich pnie były znacznie grubsze, a korony tak rozłożyste, że niemal całkowicie przesłaniały niebo.

Niektóre wyglądały tak, jakby pamiętały czasy, o których nie zachowała się już żadna opowieść.

Przyjaciel zauważył jego spojrzenie.

Mój dziadek mawiał, że ten fragment lasu ma własną historię — powiedział cicho.

Armand spojrzał na niego z zaciekawieniem.

Własną historię?

Tak.

Przez pokolenia opowiadano, że niektóre z tych drzew są starsze niż najdawniejsze kroniki.

Starsze niż pamięć ludzi.

Mówiono również, że las nigdy nie zdradza swoich tajemnic tym, którzy przychodzą tu jedynie z ciekawości.

Armand słuchał uważnie.

Przyjaciel przez chwilę milczał.

Posłuchaj.

Las wydawał się nieruchomy.

Początkowo Armand nie słyszał nic.

Potem jednak dotarł do niego bardzo delikatny dźwięk.

Tak subtelny, że trudno było stwierdzić, czy naprawdę istnieje.

Nie przypominał śpiewu ptaków.

Ani szumu liści.

Brzmiał raczej jak cichy szept unoszący się gdzieś pomiędzy korzeniami i wędrujący ku najwyższym konarom.

Jakby całe to miejsce mówiło własnym językiem.

Nagle pomiędzy drzewami przemknął zimny podmuch.

Tak gwałtowny, że poruszył gałęzie nad ich głowami.

A chwilę później wszystko ucichło.

Zupełnie.

Las zamarł.

Jakby nasłuchiwał każdego kroku przybysza.

Przyjaciel ruszył powoli przed siebie.

Zmierzał w stronę jednego z drzew.

Było potężniejsze od pozostałych.

Stare.

Milczące.

Jakby od wieków strzegło czegoś, czego nie wolno było naruszyć.

Chodź — powiedział spokojnie.

Armand podszedł bliżej.

Wtedy jego wzrok zatrzymał się na czymś znajdującym się na korze.

Przez chwilę nie potrafił oderwać od tego spojrzenia.

Coś tam było.

Coś nietypowego.

Coś, czego nie spodziewał się zobaczyć.

A jednak właśnie to przykuło jego uwagę bardziej niż wszystko, co zobaczył tego dnia.

I wtedy zrozumiał, że przyjaciel nie przyprowadził go tutaj bez powodu.

Cisza, która nie dawała odpowiedzi.

Noc otuliła statek spokojem.

Po raz pierwszy od wielu godzin na pokładzie nie było słychać pośpiesznych kroków, nawoływań ani odgłosów wylewanej za burtę wody.

Załoga spała.

Zmęczona walką z tajemniczym deszczem i ciężkimi kroplami, które jeszcze niedawno zalewały pokład.

Morze wydawało się spokojne.

Zbyt spokojne.

Szafira stała przy burcie.

Nie mogła zasnąć.

Jej wzrok błądził po ciemnej tafli wody, która odbijała srebrne światło księżyca.

Coś nie dawało jej spokoju.

Nie potrafiła tego nazwać.

Nie był to strach.

Nie było też żadnego zagrożenia, które mogłaby dostrzec.

A jednak czuła, że coś się zmieniło.

Jakby samo morze wstrzymało oddech.

Daleko nad górami przesuwały się resztki chmur.

Pomiędzy nimi błyszczał księżyc.

Wąski i srebrzysty.

Przypominający strażnika czuwającego nad przejściem pomiędzy skalnymi ścianami.

Szafira spojrzała ku horyzontowi.

Wydawało jej się, że góry są bliżej niż wcześniej.

Znacznie bliżej.

Jakby powoli zamykały wokół nich swoją kamienną bramę.

W tym samym czasie Obsydian sprawdzał mapy.

Rozłożone jedna obok drugiej.

Po raz kolejny próbował ustalić ich położenie.

Liczby się zgadzały.

Ale kierunek nie.

Zmarszczył brwi.

Spojrzał na kompas.

Igła zadrżała.

Przez chwilę wskazała północ.

Potem zachód.

Następnie obróciła się jeszcze raz.

Jakby sama nie wiedziała, gdzie znajduje się statek.

Obsydian milczał.

Nie powiedział o tym Szafirze, która z lekkim niepokojem spoglądała w dal i głębię cichego morza. 

Jakby wiedziała, że między górami kryje się coś czego nikt potrafił zrozumieć. 

Obsydian odłożył kompas i w ciszy zastanawiał się szukając odpowiedzi której nie było. 

Ale były pytania.

Coraz więcej myśli zaprzątało jego głowę. 

Na pokładzie nadal panowała błoga cisza.

Fale delikatnie uderzały o kadłub.

Liny wisiały nieruchomo.

Nawet wiatr zdawał się odpoczywać.

Kilku marynarzy spało opartych o beczki.

Inni przykryli się płaszczami i zasnęli tam, gdzie wcześniej walczyli z wodą.

Po raz pierwszy od wielu godzin wszystko wyglądało normalnie.

Spokojnie.

Bezpiecznie.

I wtedy…

Statek drgnął.

Lekko.

Prawie niezauważalnie.

Szafira odwróciła głowę.

Obsydian podniósł wzrok znad map.

Przez pokład przebiegł cichy trzask drewna.

Nastąpił drugi ruch.

Mocniejszy.

Statek przechylił się na bok.

Nie było wiatru.

Nie było fali.

Nie było sztormu.

A jednak cały okręt wyraźnie pochylił się w jedną stronę.

Kubek stojący przy mapach zsunął się ze stołu.

Kilka osób z załogi gwałtownie się obudziło.

Na pokładzie zapadła cisza cięższa niż wcześniej.

Kapitanie… — odezwał się ktoś w ciemności.

Szafira nie odpowiedziała.

Patrzyła przed siebie.

Bo po raz pierwszy od początku wyprawy wiedziała jedno.

To nie był przypadek.

W ciszy gabinetu

Serafina zatrzymała się przed ciężkimi drzwiami gabinetu.

Przez chwilę patrzyła na rzeźbione drewno, zastanawiając się, dlaczego ojciec poprosił ją o rozmowę.

Zapukała cicho.

Wejdź, moja droga.

W głosie ojca nie było pośpiechu.

Gabinet pachniał drewnem, starymi księgami i suszonymi ziołami, które od lat stały na parapecie.

Ojciec siedział przy biurku.

Na jego twarzy pojawił się łagodny uśmiech, gdy zauważył bukiet róż, który Serafina przyniosła ze sobą.

Są piękne — powiedział.

Delikatnie dotknął jednego z kwiatów.

Tak jak osoba, która je wybrała.

Serafina uśmiechnęła się nieśmiało.

Wiedziałam, że będą ci się podobały.

Ojciec spojrzał na nią z czułością.

— Wszystko, co wychodzi spod twoich rąk, sprawia mi radość.

Na chwilę w gabinecie zapadła cisza.

Serafina usiadła naprzeciw niego.

Wciąż jednak nie wiedziała, dlaczego ją wezwał.

Ojciec zauważył pytanie ukryte w jej spojrzeniu.

— Domyślam się, że zastanawiasz się, po co cię poprosiłem.

Odrobinę — przyznała.

Ojciec odchylił się w fotelu.

Chciałem z tobą porozmawiać o Julianie.

Serafina nie odpowiedziała.

Jego przyjazd nie jest przypadkowy.

Wyszeptał delikatne ojciec.

Są spotkania, które planujemy sami, Serafino… i takie, które przychodzą do nas we właściwym czasie.

Przez moment zastanawiała się nad znaczeniem tych słów.

Ojciec jednak nie rozwijał tematu.

Jakby celowo pozostawiał część odpowiedzi dla przyszłości.

Po chwili spojrzał w stronę okna i na obraz Serafiny, który namalowała dla niego jakiś czas temu.

Malujesz pięknie Serafino – wyszeptał czule ojciec.

– Ten obraz wiele dla mnie znaczy.

Wiesz o tym.

Przypomina mi nasze wspólne wyprawy do Wierzb Ciszy i łąki przyozdobionej w urzekające kolorowe kwiaty.

A powiedz mi proszę, co z Twoim nowym obrazem ? – zapytał spokojnie ojciec.

Serafina zamarła.

Przed oczami natychmiast pojawił się tajemniczy ślad na płótnie.

Ten sam, którego nie potrafiła wyjaśnić.

Pracuję nad nim — odpowiedziała ze spokojem w sercu.

Ojciec skinął głową.

Nie zadawał więcej pytań.

Nie nalegał.

Znał swoją córkę wystarczająco dobrze, aby wiedzieć, że sama opowie mu wszystko, gdy nadejdzie odpowiedni moment.

Twoje obrazy są darem, Serafino.

Nigdy o tym nie zapominaj.

W jego głosie pobrzmiewała szczera troska.

To właśnie w nich odnajdujesz siebie.

I właśnie dlatego tak bardzo zależy mi na twojej przyszłości.

Słowa ojca ogrzały jej serce.

Po chwili rozmowa dobiegła końca.

Serafina opuściła gabinet żegnając ojca.

Ale postanowiła jeszcze tego samego popołudnia udać się do swojej pracowni.

Za oknem dzień powoli przechodził w wieczór.

Na sztaludze czekał obraz.

A wraz z nim ślad, którego nie potrafiła zrozumieć.

Przez chwilę stała nieruchomo.

Potem sięgnęła po pędzel.

Na palecie pojawiły się nowe barwy.

Jedna po drugiej nakładała je na płótno.

Z cierpliwością.

Z nadzieją.

Próbując przywrócić obrazowi dawną harmonię.

A czy jej się udało wiedziała tego wieczoru tylko ona.

W drodze do Dworu

Serafina szykowała się na spotkanie z ojcem.

Kosz róż, który przygotowywała wcześniej z takim zaangażowaniem czekał na odpowiedni moment.

Moment w którym będzie mogła podziękować ojcu.

I tylko ona wiedziała jak bardzo go kocha.

A każda wspólna rozmowa była dla niej powodem do wdzięczności za wszystko co dla niej robi.

Tymczasem Julian przemierzał leśne ścieżki prowadzące w stronę Dworu.

Promienie słońca przedzierały się przez korony drzew, oświetlając drogę, którą podążał spokojnym krokiem.

Las zdawał się skrywać własne tajemnice, a on pozostawał sam ze swoimi myślami.

Nie spieszył się.

Każdy kolejny zakręt przybliżał go do miejsca, o którym słyszał już tak wiele.

Do spokojnego Dworu Serafiny.

Jednak to, co naprawdę zaprzątało jego umysł, pozostawało wyłącznie jego tajemnicą.

Tego dnia jedynie wiatr był świadkiem myśli, które towarzyszyły mu w drodze…

Spacer W Ogrodzie Róż

Po powrocie z przejażdżki z ojcem i jej ukochanym Aleksandrem Serafina udała się do ogrodu.

Potrzebowała ciszy.

Choć poranek przyniósł jej spokój, myśli wciąż wracały do obrazu pozostawionego w pracowni.

Nie potrafiła zrozumieć, dlaczego na płótnie pojawił się ślad, którego wcześniej tam nie było.

Spacerowała powoli pomiędzy alejkami róż, jakby właśnie pośród nich próbowała odnaleźć odpowiedź.

Delikatnie dotykała płatków kwiatów, zatrzymując się co chwilę przy tych, które najbardziej kochała.

Aby uspokoić myśli, zebrała bukiet róż do koszyka.

Kilka dla siebie.

Kilka dla ojca.

To właśnie wtedy w ogrodzie pojawiła się Zofia, która towarzyszyła Serafinie od najmłodszych lat.

Panienko… — odezwała się spokojnie.

Z tego, co donoszą, Julian już wyruszył do Dworu.

Serafina uniosła wzrok tylko na chwilę.

Wieść, która od rana budziła poruszenie wśród służby, nie wywołała na jej twarzy większego zachwytu.

Zofia zauważyła to od razu.

Przez moment chciała powiedzieć coś jeszcze, lecz ostatecznie jedynie skinęła głową i wycofała się w stronę Dworu.

Z czystej troski postanowiła przekazać wszystko ojcu Serafiny.

Niedługo później jedna ze służących odnalazła Serafinę w ogrodzie.

— Panienko… ojciec prosi, aby przyszła pani do niego w wolnej chwili.

Chce coś pani przekazać.

Serafina spojrzała w stronę Dworu.

A wiatr, który jeszcze chwilę wcześniej delikatnie poruszał róże, nagle ucichł zupełnie.

Tam gdzie milczą drzewa

Wieczór powoli otulał wnętrze gabinetu ciepłym światłem lampy, lecz Julian wciąż pozostawał zamyślony.

Na biurku leżały szkice, listy i niedokończone notatki, którym od dłuższego czasu nie potrafił poświęcić pełnej uwagi.

Myśli nieustannie wracały do Dworu Serafiny.

To miejsce przyciągało go w sposób, którego nie umiał wyjaśnić.

Nie chodziło jedynie o sztukę i obrazy zdobiące stare salony.
Było tam coś więcej.
Spokój, którego ostatnio coraz bardziej mu brakowało.

Ojciec Serafiny darzył Juliana szacunkiem.
Cenił jego wiedzę, kulturę i opanowanie, które wyróżniały go pośród innych mężczyzn.

Julian nigdy nie należał do ludzi pochopnych.
Potrafił słuchać uważnie, mówił niewiele, lecz z wyraźnym spokojem człowieka, który zna własną wartość.

A jednak ostatnimi czasy nawet sztuka nie przynosiła mu ukojenia.
Coś nie pozwalało mu zaznać pełnego spokoju.

Jakby przeczuwał, że odpowiedzi na pytania, których jeszcze nie potrafił nazwać… czekają właśnie tam.

Tymczasem Armand spędzał wieczór w towarzystwie przyjaciela.

Spacerowali w blasku księżyca.

Przyjaciel bardzo dobrze rozumiał niepokój Armanda.

W pomieszczeniu panowała cisza, przerywana jedynie odgłosem drewna trzaskającego w kominku.

Przyjaciel obserwował go uważnie, jak ktoś, kto wie więcej, niż chce powiedzieć.

Dopiero po chwili Armand odwrócił się w jego stronę.

List zaginął — powiedział spokojnie.
A ja nie wierzę w przypadki.

Cisza przeciągnęła się zbyt długo.

Przyjaciel spuścił wzrok, jakby ważył każde słowo.

Nie wiem… — odpowiedział w końcu ostrożnie.

Zbyt ostrożnie.

Armand zrobił krok bliżej.

To coś więcej niż zagubiony list.

W jego głosie nie było gniewu.
Jedynie stanowczość człowieka, który nie zamierza pozostawić tej sprawy bez odpowiedzi.

Przyjaciel milczał jeszcze przez chwilę, po czym spojrzał w stronę okna.

Chodź ze mną — powiedział cicho.
Jest coś, co powinieneś zobaczyć.

Niedługo później obaj przemierzali konno leśną drogę ukrytą wśród wysokich drzew.

Wieczorne powietrze było chłodne, a wiatr poruszał gałęziami w sposób, który budził niepokój.

Armand czuł, że ta droga prowadzi do czegoś znacznie większego niż zaginięcie listu.

A odpowiedzi, których szukał…mogły zmienić więcej, niż przypuszczał.

W cieniu własnych myśli

Wieczór powoli otulał wnętrze gabinetu ciepłym światłem lampy, lecz Julian wciąż pozostawał zamyślony.

Na biurku leżały szkice, listy i kilka niedokończonych notatek, którym od dłuższego czasu nie potrafił poświęcić pełnej uwagi.

Myśli nieustannie wracały gdzieś dalej.

Do Dworu.

Do miejsca, które pamiętał nie tylko ze względu na sztukę i obrazy zdobiące ściany starych salonów, lecz także przez niezwykły spokój, jaki tam odnajdywał.

Ojciec Serafiny darzył go dużym szacunkiem.

Cenił jego wiedzę, sposób prowadzenia rozmów i kulturę, która w dzisiejszych czasach stawała się coraz rzadsza.

Julian nigdy nie należał do ludzi pochopnych.

Potrafił słuchać uważnie, mówił niewiele, lecz z wyraźnym spokojem człowieka, który zna własną wartość.

Sztuka była dla niego czymś więcej niż tylko pasją.

Była próbą zrozumienia świata i emocji, których nie sposób wyrazić zwykłymi słowami.

A jednak ostatnimi czasy nawet obrazy nie przynosiły mu pełnego ukojenia.

Coś nie pozwalało mu zaznać spokoju.

Dlatego coraz częściej wracał myślami do Dworu Serafiny.

Jakby przeczuwał, że właśnie tam czeka odpowiedź na pytania, których jeszcze nie potrafił nazwać.

Spacer w ogrodzie róż

Po krótkim spotkaniu z ojcem Serafina na moment zamilkła.

W jego słowach było coś, nad czym nie chciała jeszcze zbyt długo się zatrzymywać.

Została w ogrodzie aż do wieczora.

Chciała pobyć ze swoimi różami w samotności.

🌹

To właśnie tam odnajdywała ciszę, której tak bardzo potrzebowała.

Wśród róż, kamiennych alei i delikatnego śpiewu ptaków świat wydawał się spokojniejszy , jakby czas płynął wolniej, łagodniej.

Ogród był dla niej czymś więcej niż tylko pięknym miejscem.

Był schronieniem.

Uwielbiała przechadzać się pomiędzy alejkami, dotykać płatków róż i z czułością pielęgnować każdą z nich.

To właśnie tutaj mogła ukryć swoje myśli przed światem.

Każda róża przypominała jej, że nawet delikatność potrafi przetrwać burze.

Każdy podmuch wiatru koił myśli, które nosiła głęboko w sercu.

A jednak nawet w tej ciszy pozostawała ostrożna.

Bo w jej sercu istniała tajemnica, o której wiedziała tylko ona sama.

Serafina uwielbiała przebywać sama pośród kwiatów.

Tam nie musiała niczego udowadniać.

I tam mogła być sobą. 

I może właśnie dlatego ogród był jej najbliższy.

Bo pozwalał uciec do świata, który należał wyłącznie do niej.

Tam gdzie rodzi się odwaga

,,Opowieści z głębin”

🪼

Ocean tej nocy był niespokojny.

Woda poruszała się inaczej niż zwykle, a prądy morskie uderzały o skały z dziwną siłą.

Mały konik morski ukrył się pomiędzy koralowcami.

Słyszał wokół pośpiech.

Widział cień większych stworzeń, które płynęły szybko, jakby chciały uciec przed czymś, czego same nie rozumiały.

Przez chwilę i on chciał zawrócić.

Bo są momenty w których nawet spokojne serce

zaczyna drżeć.

Ale wtedy zauważył coś niezwykłego.

Pośród wzburzonej wody mała meduza unosiła się zupełnie sama.

Była słaba.

Nurt spychał ją coraz bliżej skał.

Inne stworzenia przepływały obok.

Nie zatrzymywały się.

Każde było zajęte własnym lękiem.

Konik morski spojrzał na nią uważnie.

I choć sam się bał…podpłynął bliżej.

Nie był silny.

Nie potrafił zatrzymać oceanu.

Ale mógł zrobić coś znacznie ważniejszego.

Mógł zostać.

Płynął obok meduzy powoli, osłaniając ją przed najmocniejszym nurtem.

Razem schowali się pomiędzy skałami, gdzie woda była spokojniejsza.

I wtedy zrozumiał, że odwaga nie zawsze oznacza brak strachu.

Czasem odwaga to pozostanie przy kimś nawet wtedy, gdy samemu jest ciężko.

🩵

Bo największe światło często rodzi się wtedy,

gdy ktoś potrafi być obok drugiego stworzenia

w jego najciemniejszej chwili.

Kolejna opowieść już w przyszłym tygodniu.

Z sercem dla Was Katarzyna

Podwodny Świat 🪸

📘 Kup książkę 💙 Wesprzyj blog