Wierzby rosły nisko nad wodą, jakby same chciały dotknąć jej tafli.
Ich długie gałęzie poruszały się leniwie, muskane porannym powietrzem, a cisza, która tam panowała, nie była pustką — była miejscem, w którym wszystko mogło się wydarzyć albo nie wydarzyć wcale.
Serafina stała nieruchomo, pozwalając, by świat wokół niej mówił własnym językiem.

Jezioro odbijało długą trawę w miękkim, rozedrganym obrazie, jak nuta przeciągnięta zbyt długo, lecz wciąż czysta.
Akacje błyszczały w promieniach słońca, a światło układało się na liściach tak, jakby znało ich imiona.
Nie było potrzeby się spieszyć.
Czas w tym miejscu nie domagał się decyzji ani odpowiedzi.
Pozwalał trwać — bez lęku, bez oczekiwań, bez konieczności nazywania czegokolwiek.
Serafina czuła spokój, który nie wymagał samotności, lecz jej nie naruszał.
Była częścią krajobrazu, jakby wtopiła się w zieleń i światło, jakby wierzby przyjęły ją pod swoje ciche ramiona.
Powietrze drżało lekko, niosąc ze sobą zapach wilgotnej ziemi i wody.
Każdy oddech był wolniejszy od poprzedniego, a myśl — swobodna, nieskrępowana, błądząca bez potrzeby powrotu.
To było miejsce, w którym serce mogło odpocząć, zanim odważy się poczuć więcej.

Dopiero wtedy, z oddali, pojawiła się obecność, która nie burzyła ciszy.



Facebook Comments