Armand stał nieruchomo obok najstarszego drzewa.
Przyjaciel milczał.
Nie było już potrzeby słów.
W tym miejscu nawet najprostsze zdania wydawały się zbyt głośne.
Las wyglądał inaczej niż wcześniej.
Powietrze stało się chłodniejsze, a pomiędzy pniami drzew unosiła się cisza, której Armand nie potrafił wyjaśnić.
Nie była to zwykła cisza.
Było w niej coś osobliwego.
Coś, co sprawiało, że człowiek mimowolnie zwalniał krok.
Nagle wiatr ustał.
Całkowicie.
Nie poruszał się ani jeden liść.
Nie skrzypnęła żadna gałąź.
Nawet konie stojące nieopodal zachowywały się
wyjątkowo spokojnie.
Armand wsłuchał się w otoczenie.
I właśnie wtedy odniósł dziwne wrażenie.
Jakby to nie oni obserwowali las.
Jakby to las obserwował ich.
Przez krótką chwilę miał ochotę odwrócić się za siebie.
Sprawdzić, czy rzeczywiście są tutaj sami.
Ale nie zrobił tego.
Po chwili wiatr powrócił.
Delikatnie poruszył gałęziami.
Las znów wydawał się zwyczajny.
A jednak coś się zmieniło.
Armand podszedł bliżej starego drzewa.
Jego wzrok zatrzymał się na korze.
Dostrzegł coś, czego wcześniej nie zauważył.
Niewielki ślad.
Znak.
Nie przypominał zwykłego pęknięcia ani śladu po czasie.
Wyglądał tak, jakby miał swoje znaczenie.
Armand przyjrzał mu się uważnie.
I choć nie potrafił powiedzieć dlaczego, miał wrażenie, że ten znak nie znalazł się tutaj przypadkiem…
— Właśnie dlatego chciałem ci to pokazać. Powiedział cicho przyjaciel.
Armand nie odpowiedział.
Nie potrafił oderwać wzroku od starego drzewa.
A pytań było coraz więcej…



Facebook Comments