Burza nie ustąpiła całkowicie.
Gdzieś wysoko, ponad kamiennymi ścianami przesmyku, wciąż przetaczał się odległy pomruk grzmotu.
Niebo pozostawało ciężkie i ciemne.
Jednak im głębiej statek wpływał pomiędzy góry, tym słabszy stawał się głos burzy.
Aż w pewnej chwili… ucichł zupełnie.
Szafira uniosła wzrok. Wiatr, który jeszcze niedawno napinał żagle, niemal całkowicie zamarł.
Morze również zaczęło się uspokajać.
Fale nie uderzały już z taką siłą o kadłub.
Statek płynął dalej, powoli przecinając spokojną taflę wody.
Mgła jednak nie zniknęła.

Wciąż wydobywała się ze szczelin kamiennych ścian, miejscami spływając po nich niczym delikatna, mlecznobiała zasłona.
Jeden z marynarzy podszedł do burty.
Przez chwilę obserwował wodę.
— Kapitanie… — odezwał się cicho. — Nawet morze ucichło.
Szafira spojrzała w jego stronę.
Nie odpowiedziała.
Ona również to czuła.
Cisza była inna niż wcześniej.
Nie przynosiła ukojenia.
Była głęboka. Niemal nienaturalna.
Słychać było jedynie pojedyncze krople wody spadające ze skał.
Załoga zachowywała czujność.
Nikt nie opuszczał swojego stanowiska, choć spojrzenia marynarzy coraz częściej wędrowały ku wysokim ścianom otaczającym okręt.
Obsydian stał przy sterze.
Od czasu do czasu spoglądał na Szafirę, lecz nie zadawał pytań.
Wiedział, że ona również obserwuje każdy szczegół.
Nagle jeden z marynarzy zmrużył oczy.
Wysoko ponad nimi, na skalnej półce, dostrzegł ptaki.
Było ich wiele.
Siedziały obok siebie zupełnie nieruchomo.
Żaden nie wydawał głosu.
— Spójrzcie… — powiedział cicho.
Kilku marynarzy uniosło głowy.
Szafira również spojrzała w górę.
Przez kilka sekund nic się nie wydarzyło.
A potem… wszystkie ptaki poderwały się jednocześnie.
Nagły szum skrzydeł przeciął ciszę.

Stado wzbiło się ponad skały, zatoczyło szeroki łuk nad przesmykiem i zniknęło za jedną z kamiennych ścian.
Załoga śledziła je wzrokiem.
— Przed czym uciekają?… — zapytał ktoś półgłosem.
Nikt nie odpowiedział.
Szafira nadal patrzyła w miejsce, w którym ptaki zniknęły.
Obsydian również.
Załoga zachowywała czujność.
Chłodny wiatr przenikał pokład, a skalne ściany sprawiały wrażenie, jakby z każdym kolejnym metrem przesmyk stawał się coraz ciaśniejszy.
Jeden z marynarzy zapytał:
— Kapitanie, płyniemy dalej…?
— Zwolnić.
Spokojny rozkaz Szafiry uspokoił załogę.
Płynęli dalej.
Wolno.
Spokojnie.
I cicho.
Statek niemal bezszelestnie przemierzał wąski przesmyk, jakby nawet załoga nie chciała zakłócać ciszy panującej pomiędzy górami.
Jednak jeden z marynarzy wciąż spoglądał wysoko.
Nagle zrobił krok w stronę burty i zmarszczył brwi.
— Kapitanie…
Szafira odwróciła się ku niemu.
Marynarz podniósł rękę i wskazał wysoko ponad pokładem.
— Tam… na górze są…
Szafira natychmiast spojrzała we wskazanym kierunku.
Obsydian oderwał wzrok od steru.
Pozostali marynarze również unieśli głowy.
A dalej, na kolejnej skale pojawiły się inne ptaki.
Niczym strażnicy gór stały nieruchomo, wpatrując się w załogę…
I nagle ktoś inny z załogi zawołał.
Nie miał na myśli ptaków.
— Tam! Wysoko na skałach… Widzę coś…
Szafira spojrzała w górę, ku pochmurnemu niebu, po czym spokojnym tonem odpowiedziała:
— Nawet jeśli coś tu jest… zachować czujność. Na stanowiska.
Przez chwilę spoglądała na swoich ludzi.
— Jedność to nasza siła i moc.
I płynęli dalej, zagłębiając się w ciszę przesmyku, pośród cichego szumu fal…
Ciąg dalszy już wkrótce..



Facebook Comments